


To był dzień, który nadawałby się na scenariusz do thrillera: nocny atak ponad 20 rosyjskich dronów, pierwsze w historii NATO realne użycie broni wobec agresora, uruchomienie artykułu 4 Traktatu Północnoatlantyckiego, giełda pędząca w dół jak saneczki po stoku… i na dokładkę wysyp konferencji prasowych. Środa 10 września 2025 r. — dzień, w którym nikt nie mógł narzekać na nudę.
Donald Tusk od rana mówi i zachowuje się jak państwowiec, nie jak komentator w serwisie X. Jego przemówienie w Sejmie było jak zimny prysznic: klarowne, poważne, bez nadęcia. „To nie jest nasza wojna, to nie jest wojna wyłącznie Ukraińców. To jest wojna, którą Rosja wypowiedziała całemu wolnemu światu” – powiedział premier i przyjął propozycje wsparcia obrony powietrznej od Macrona, Starmera, Meloni, Merza, Rutte i reszty europejskiej orkiestry. Tym razem orkiestra nie fałszowała.
Warto podkreślić: ponoć to holenderskie F-35 strąciły część dronów. Tak, Holendrzy. Dowiedli, że nie tylko potrafią projektować rowery i sery, ale też zestrzelić Shaheda. Symbolicznie i praktycznie — historia skręciła w nowy zakręt.
Na scenie pojawił się też prezydent Karol Nawrocki. Chciał grać pierwsze skrzypce, ale jego wystąpienie brzmiało raczej jak partia na cymbałkach podczas próby filharmonii. Zapewniał o „kompleksowym ataku” i „kontakcie z dowódcami”. Brzmiało to mniej więcej tak, jakby dyrektor muzeum ogłaszał zwołanie komisji ds. analizy obrazu Rembrandta. Dużo słów, mało światła. Wystarczy, żeby nie przeszkadzał.
Sławomir Cenckiewicz z BBN wypadł odrobinę lepiej. Było krócej, treściwiej i z pewną dozą powagi. Mimo wszystko miał się za kronikarza „sytuacji bez precedensu”. Choć wyglądał, jakby marzył, żeby zabrać dziennikarzy do bunkra i tam zrobić objazdową wycieczkę edukacyjną.
Eksperci wojskowi, jak gen. Roman Polko, uspokajają: to nie był początek III wojny światowej, tylko element wojny hybrydowej, w którą jesteśmy wplątani od dawna. Gen. Jarosław Kraszewski dorzuca, że atak na 32 kraje NATO byłby „skrajnym szaleństwem”. Putin więc testuje — cierpliwie jak uczeń, który sprawdza, ile razy może nadepnąć nauczycielowi na but, zanim wyleci z klasy.
A rynki finansowe? Jak to rynki — spanikowały. Złoty się zachwiał, obligacje posmutniały, a inwestorzy uznali, że Polska to chwilowo kiepski adres. Ale niech rynki się martwią — państwo polskie zareagowało tak, jak powinno. Procedury zadziałały, wojsko strzelało, sojusznicy wsparli. To się liczy.
Podsumujmy: dzień pełen wrażeń, ale nie koniec świata. Polska nie dała się zastraszyć, NATO odpowiedziało, a premier mówił językiem odpowiedzialności, nie propagandy. I to jest ta wiadomość, z którą warto pójść spać spokojnie.
Bo styropianowe drony mogą budzić nas w nocy, ale najgorsze byłoby, gdyby obudziły naszą naiwność. A na to już naprawdę nikt nie ma ochoty.

Dodaj komentarz