ŚRODA, CZYLI ŚWIAT PŁYNIE, POLSKA LICZY SŁUPKI

Warszawa

Środa okazała się dniem, w którym świat wyjątkowo zgodnie postanowił udowodnić, że geografia jednak ma znaczenie. Zwłaszcza ta morska. Jeszcze niedawno większość z nas była przekonana, że cieśnina Ormuz to nazwa nowego modelu odkurzacza, a Morze Azowskie kojarzyło się głównie z pytaniem z teleturnieju za pięćset złotych. Tymczasem w ciągu kilku tygodni przeciętny Polak przeszedł przyspieszony kurs geopolityki morskiej. Wie już, że jeśli coś wybucha w Ormuz, drożeje paliwo pod Radomiem, a jeśli Ukraińcy zatopią rosyjski statek na Morzu Azowskim, to nerwowo robi się nie tylko na Kremlu, ale również na światowych giełdach.

To niezwykłe, jak bardzo współczesny świat przypomina osiedlowy blok. Ktoś na czwartym piętrze przypali schabowego, a po dziesięciu minutach cały pion otwiera okna. Wystarczy kilka rakiet w Zatoce Perskiej, by baryłka ropy wspięła się w okolice 80 dolarów, kierowcy zaczęli zerkać na wskaźnik paliwa z czułością, z jaką dawniej patrzyli na zakochaną sąsiadkę, a właściciele domów już w lipcu zaczęli zastanawiać się, ile tej zimy będzie kosztowało ogrzewanie.

Donald Trump oczywiście nie pomaga. Jego polityka wobec Iranu przypomina grę w cymbergaja rozgrywaną młotkiem pneumatycznym. Najpierw negocjacje, potem bombardowanie, następnie zapowiedź nowych negocjacji, po czym stwierdzenie, że rozmowy są stratą czasu. Dyplomacja w wydaniu Trumpa coraz bardziej przypomina człowieka, który najpierw tłucze sąsiadowi szyby, a potem proponuje mu wspólną kawę, dziwiąc się, że atmosfera zrobiła się nieco napięta.

Tymczasem na drugim końcu świata Ukraińcy zrobili coś, czego rosyjska marynarka zapewne nie wpisała do planów na ten rok. W ciągu zaledwie kilku dni zdołali praktycznie sparaliżować rosyjski transport morski na Morzu Azowskim i w rejonie okupowanego Krymu. Jeszcze niedawno świat zachwycał się ukraińskimi dronami atakującymi rafinerie oddalone setki kilometrów od frontu. Dziś równie skutecznie polują na statki. Rosja, która od stuleci uważała morza za swoją naturalną strefę wpływów, nagle odkryła, że nawet okręt wojenny może dziś przegrać z maszyną wielkości motorówki sterowaną przez operatora siedzącego setki kilometrów dalej.

To jest prawdziwa rewolucja wojskowa. Kiedyś imperia budowało się przez pancerniki. Dziś wystarczy grupa inżynierów, drukarka 3D, sztuczna inteligencja i kilku operatorów z dobrym internetem. Historia, jak zwykle, nie uprzedziła generałów, że zmienia zasady gry.

Na tym tle polska polityka wyglądała jak grupa pasażerów, którzy podczas sztormu na oceanie kłócą się o kolor zasłon w kajucie.

Sondaże przyniosły kolejne złe wiadomości dla Prawa i Sprawiedliwości. Obie Konfederacje wyprzedzają partię Jarosława Kaczyńskiego, a jeszcze kilka lat temu wydawało się to równie prawdopodobne jak awans Podlasia Białystok do ligi mistrzów galaktyki. Dziś PiS odkrywa brutalną prawdę polityki: jeśli przez lata hoduje się wyborców przekonanych, że zawsze można być jeszcze bardziej radykalnym, to prędzej czy później znajdzie się ktoś, kto tę licytację wygra.

Jarosław Kaczyński próbuje więc zszywać prawicę niczym krawiec, któremu właśnie rozpruł się najdroższy garnitur. Zaprasza mniejsze ugrupowania, zawiera pakty, wysyła sygnały, próbuje odzyskać inicjatywę. Problem polega na tym, że polityka nie przypomina już szachów, lecz internetową aukcję. Kto zaoferuje mocniejsze emocje, ten zbiera kliknięcia i głosy.

Nie mniej ciekawie wygląda sytuacja w Koalicji Obywatelskiej. Coraz częściej pojawiają się pytania, co stanie się, gdyby Donald Tusk postanowił zrobić krok w bok albo został do tego zmuszony przez polityczne okoliczności. Jeszcze niedawno takie rozważania uznano by za political fiction. Dziś są tematem całkiem poważnych analiz. W polityce najkrótszą drogą do dyskusji o sukcesji jest zwykle pierwszy wyraźniejszy kryzys.

Na szczęście gospodarka postanowiła poprawić wszystkim humor. Inflacja spadła do 2,5 procent, a żywność po raz pierwszy od ponad dekady potaniała rok do roku. Polacy przyjęli tę wiadomość z charakterystycznym dla siebie entuzjazmem. Najpierw stwierdzili, że to niemożliwe, potem że na pewno manipulacja, a na końcu poszli do sklepu i uznali, że masło wprawdzie kosztuje mniej, ale za to ogórki patrzyły jakoś podejrzanie.

Żyjemy w epoce, w której wszystko jest ze sobą połączone. Sułtan Brunei świętuje osiemdziesiąte urodziny z wojskową paradą, Warren Buffett odcina kolejne miliardy od Fundacji Gatesów, Ukraina blokuje rosyjskie porty, Trump obraża Iran, ropa drożeje, PiS walczy z Konfederacją, KO liczy scenariusze awaryjne, a przeciętny Kowalski zastanawia się, czy zatankować już dzisiaj, czy może jeszcze poczekać do piątku.

Świat stał się globalną układanką domina. Wystarczy przewrócić jeden klocek w Zatoce Perskiej, żeby następny przewrócił się w Moskwie, kolejny w Brukseli, a ostatni przy kasie na stacji benzynowej pod Mińskiem Mazowieckim.

I chyba właśnie tego nauczyła nas ta środa. Że największym luksusem XXI wieku nie jest już tani gaz ani tania ropa. Największym luksusem jest przewidywalność. A tę, niestety, świat właśnie wyprzedał do ostatniej sztuki.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights