ŚRODA, CZYLI REPUBLIKA NA SPRZEDAŻ I GROCH NA OBIAD

Warszawa

Środa zaczęła się od wiadomości krzepiącej: Telewizja Republika była do kupienia.

Nie cała, oczywiście, bo patriotyzmu nie sprzedaje się hurtem. Patriotyzm sprzedaje się w pakietach.

Według dzisiejszych ustaleń Onetu Tomasz Sakiewicz prowadził z Przemysławem Kralem rozmowy o sprzedaży szefowi Zondacrypto od 5 do 20 procent akcji stacji, podpisał list intencyjny, a maksymalny pakiet miał kosztować około 16 milionów złotych. Kilka dni przed dopinaniem dokumentów Sakiewicz przebywał w Monako, gdzie rachunek za jego hotel — 2300 euro — zapłacił Kral. Sam Sakiewicz potwierdza negocjacje, ale twierdzi, że z transakcji ostatecznie zrezygnował z powodu narastających obaw o sytuację Zondacrypto.

I tu trzeba docenić urodę wolnego rynku.

Człowiek może być rano redaktorem niezależnego medium, w południe negocjować sprzedaż jego części właścicielowi giełdy kryptowalut, wieczorem spać w hotelu opłaconym przez tegoż potencjalnego inwestora, a następnego dnia nadal z kamienną twarzą pytać na antenie, kto właściwie stoi za mediami i czyje interesy reprezentują.

Kapitalizm nie zna ironii. On ją po prostu finansuje.

Jeszcze ciekawsze jest to, że od marca do grudnia 2025 roku Zondacrypto miała wydać w Republice co najmniej 37,5 miliona złotych na reklamy, co według wyliczeń przytaczanych przez Onet stanowiło blisko dwie trzecie telewizyjnego budżetu reklamowego giełdy. Spoty miały się pojawiać na antenie średnio osiemnaście razy dziennie.

Osiemnaście razy dziennie. To już nie jest reklama. To jest członek rodziny.

Po tygodniu widz mógł się budzić w nocy i szeptać „Zondacrypto” do żony, a ona odpowiadała: „śpij, Kaziu, jeszcze nie pora inwestować”.

Kral interesował się jednak nie tylko reklamą. Według dokumentów miał wejść do Republiki kapitałowo, co dawałoby mu jednocześnie dostęp do atrakcyjnej grupy klientów, udział w szybko rozwijającym się medium i — co w okresie sporu o przepisy dotyczące kryptowalut było szczególnie interesujące — trwałą obecność w ważnym kanale komunikacji z prawicowym elektoratem.

Nie twierdzę, że jest w tym przestępstwo. Zakup akcji telewizji nie jest przestępstwem, reklama kryptowalut nie jest przestępstwem, hotel w Monako też, póki ostatnio sprawdzałem, pozostaje legalny.

Urok całej historii leży gdzie indziej. Przez lata polska prawica opowiadała o straszliwym splocie biznesu, mediów i polityki, zwykle mając na myśli biznes, media i politykę należące do kogoś innego.

Teraz okazuje się, że własny splot wygląda znacznie przyjemniej. Ma prywatną plażę.

Zondacrypto robi się zresztą coraz bardziej podobne do książki telefonicznej polskiej prawicy. Prokuratura sprawdza przepływy finansowe związane między innymi z fundacjami Zbigniewa Ziobry i Przemysława Wiplera, Telewizją Republika, CPAC oraz Radosławem Piesiewiczem. Waldemar Żurek mówi o „istotnym przełomie” w śledztwie, a Przemysław Wipler wydał już oświadczenie podkreślające, że nie uczestniczył aktywnie w pracach nad ustawą o kryptowalutach i nie kontaktował się w tej sprawie z Kancelarią Prezydenta. To ważne zastrzeżenia, bo samo badanie przepływów pieniędzy nie przesądza przecież niczyjej winy.

Tymczasem TVN24 ujawnił następny obrazek z tej kolekcji: 7 sierpnia 2025 roku poseł PiS Michał Moskal spotkał się z Kralem na Ibizie. Według TVN24 Moskal chciał rozmawiać o współpracy, a później zaczął aktywniej zajmować się tematyką kryptowalut w Sejmie.

Monako. Ibiza. Złoty zegarek. Telewizja. Politycy. Kryptowaluty. Gdyby scenarzysta serialu napisał coś takiego, producent powiedziałby:  Panie, mniej symboliki. Ludzie nie uwierzą.

Polska polityka jest od dawna gatunkiem, który sam sobie nie wierzy, a jednak trwa.

I w tej atmosferze warto przejść do szkoły, bo dzieci również muszą się jakoś przygotować do dorosłości.

Od 1 września w szkolnych stołówkach i sklepikach zaczną obowiązywać nowe przepisy żywieniowe. Ma być więcej warzyw, strączków i produktów lokalnych, mniej mięsa, a zupy mają być częściej przygotowywane na wywarach warzywnych. Nowe rozporządzenie zostało podpisane w lutym i rzeczywiście zacznie obowiązywać wraz z początkiem roku szkolnego.

Dzieci dostaną więc dietę planetarną. To piękna wiadomość.

Polskie dziecko przez ostatnich kilkadziesiąt lat funkcjonowało w systemie żywieniowym opartym na zasadzie, że jeżeli coś można panierować, to należy to panierować, a jeżeli nie można — trzeba najpierw spróbować.

Teraz na talerzu pojawi się soczewica. Przewiduję, że 1 września około godziny 12.40 nastąpi pierwsze w historii Polski masowe powstanie klasy IV przeciwko ciecierzycy.

Ministerstwo może zwyciężyć. Ale łatwo nie będzie.

Dziesięciolatek jest bowiem stworzeniem politycznie znacznie bardziej konsekwentnym niż poseł. Jeżeli raz powiedział, że brokuła nie zje, to nie zmieni klubu przed głosowaniem.

Oczywiście intencja reformy jest rozsądna. Polskie dzieci jedzą za dużo produktów wysoko przetworzonych, warzywa nie gryzą, a fasola nie została dotąd wpisana na listę organizacji wywrotowych.

Problem polega na tym, że każde państwo od czasu do czasu odkrywa, iż najłatwiej naprawić społeczeństwo rozporządzeniem. Jeżeli dzieci jedzą źle, wydajemy rozporządzenie. Jeżeli ludzie mało czytają, robimy program czytelnictwa. Jeżeli mało się ruszają, ustanawiamy Narodowy Dzień Aktywności. Jeszcze trochę i Ministerstwo Zdrowia nakaże małżeństwom kochać się dwa razy w tygodniu, najlepiej przy produkcie lokalnym.

Państwo bardzo lubi poprawiać człowieka tam, gdzie nie musi najpierw poprawić siebie.

Za to z poprawianiem finansów publicznych robi się już trudniej. Ministerstwo Finansów pracuje nad zmianami w ryczałcie, które miałyby między innymi mocno obniżyć limit przychodów uprawniający do korzystania z tej formy opodatkowania i wprowadzić w części przypadków wyższą stawkę. Na razie to założenia, nie uchwalone prawo, ale przedsiębiorcy mogą już rozpocząć tradycyjny polski rytuał fiskalny, czyli czytanie informacji Ministerstwa Finansów trzy razy, za każdym razem z innym kalkulatorem.

Rząd mówi, że chce poprawić system. Przedsiębiorca słyszy słowo „poprawić” i automatycznie siada. Tak jest bezpieczniej. Polskie podatki przypominają bowiem pogodę w górach: jeżeli o ósmej rano jest słonecznie, nie oznacza to, że o jedenastej nie będzie obowiązywać nowa stawka.

Na tym tle ciekawie brzmi dzisiejsza wiadomość Lewicy, która szykuje kolejny projekt emerytur stażowych i chce tym razem zrównać wymagany staż kobiet i mężczyzn. Szczegóły mają zostać ustalone na początku września.

To może być interesująca chwila. Lewica będzie tłumaczyła wyborcom, że równość oznacza również równość wtedy, kiedy trzeba dłużej pracować. Każdy jest bowiem zwolennikiem równouprawnienia do momentu, gdy równouprawnienie przychodzi z ZUS-u.

Tymczasem polityka szykuje nam jeszcze jedną niespodziankę. W sondażu, w którym wyborcy mieli do wyboru tylko dwa wielkie bloki — centrolewicowy z KO, PSL, Lewicą, Razem i Unią Centrum oraz prawicowy obejmujący PiS, Konfederację, partię Brauna i Rozwój Plus — pierwszy uzyskał około 55 procent, drugi około 43 procent. To oczywiście eksperyment sondażowy, nie prognoza wyborów, ale dowodzi rzeczy ważnej: jeżeli zamkniemy Polakowi wszystkie małe drzwi i zostawimy tylko dwie duże bramy, w końcu przez którąś przejdzie.

Marzeniem polskiej polityki od lat jest zresztą doprowadzić wyborcę do sytuacji, w której nie głosuje „za”, tylko wybiera, kogo boi się trochę mniej. Program wyborczy można wtedy skrócić do jednego zdania: „Tamci są jeszcze gorsi”.

Niezwykle ekonomiczne.

Business Insider przygotował natomiast ranking najlepszych miast do życia i zwycięzcą został niespodziewanie Szczecin, który poprzednio zajmował ósme miejsce. Drugie miejsce przypadło Lublinowi, trzecie Łodzi. Szczecin wygrał nie dlatego, że jest najlepszy we wszystkim, lecz dlatego, że w wielu kategoriach jest po prostu przyzwoity: ma dobre powietrze, rozsądniejszą relację cen mieszkań do zarobków i względnie krótkie kolejki do lekarzy.

To jest bardzo polski sposób na zwycięstwo. Nie być wybitnym. Nie zawalić niczego szczególnie spektakularnie. Gdyby według tych kryteriów wybierać rząd, mielibyśmy zupełnie nową ordynację wyborczą.

Szczecin może być szczególnie dumny, bo jeszcze niedawno Amerykanin Padraic Kenney wybierał Polskę i właśnie Szczecin jako miejsce do życia, a dziś okazuje się, że statystyka zaczyna doganiać emigranta. Niedługo Brytyjczycy, o których „Telegraph” pisze, że coraz chętniej wybierają Polskę, zaczną przyjeżdżać do Szczecina i pytać, gdzie tu właściwie przechowujemy tę słynną „najsilniejszą etykę pracy na kontynencie”.

Proszę nie pokazywać urzędu w piątek o 14.55.

Wieczorem natomiast Sopot przypomniał, że w Polsce istnieją jeszcze rzeczy, których nie wymyślili politycy. Drugi dzień Top of the Top przyniósł sukces młodego duetu Kuba i Kuba, a recenzenci Onetu zwracają uwagę, że publiczność dobrze przyjęła świeższe, mniej oczywiste propozycje, zamiast wyłącznie sprawdzonych nazwisk odkurzanych co lato razem z Operą Leśną.

To pocieszające. Okazuje się, że Polacy czasem chcą czegoś nowego. Pod warunkiem że nie chodzi o system podatkowy.

I tak wchodzimy w środę. Sakiewicz tłumaczy, dlaczego nie sprzedał kawałka Republiki Kralowi, prokuratura sprawdza, dokąd płynęły kryptopieniądze, politycy przypominają sobie spotkania na Ibizie, szkoły przygotowują soczewicę, przedsiębiorcy kalkulatory, Lewica emerytury, a Szczecin niespodziewanie odkrywa, że jest najlepszym miejscem do życia w Polsce.

Wszystko więc rozwija się prawidłowo. Najbardziej przyszłościowym zawodem w kraju pozostaje specjalista od wyjaśnień.

Jeżeli afera Zondacrypto będzie rosła w obecnym tempie, za tydzień połowa polskiej prawicy będzie tłumaczyła, że Krala nie znała, druga połowa, że znała wyłącznie zawodowo, trzecia, że spotkała go przypadkiem w Monako, a czwarta, że na Ibizie była akurat na rekolekcjach.

W Polsce, jak wiadomo, zawsze są cztery połowy. Zwłaszcza kiedy pojawia się prokurator.

A do obiadu będzie fasola.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights