ŚRODA, CZYLI DZIEŃ, W KTÓRYM ŚWIAT POSTANOWIŁ PRZYPOMNIEĆ, ŻE ROZSĄDEK JEST TOWAREM DEFICYTOWYM

Warszawa

Środa miała być zwyczajnym początkiem lipca. Wakacje rozgościły się już na dobre, dzieci zniknęły ze szkolnych korytarzy, politycy powinni choć na chwilę zwolnić tempo, a media zacząć rozpaczliwie szukać tematów w rodzaju „czy upał szkodzi pelargoniom”. Nic z tego. Sezon ogórkowy znów okazał się najbardziej zapracowanym okresem w roku. Gdy tylko człowiek otworzył rano serwisy informacyjne, dostał całą taczkę wydarzeń, z których każde osobno wystarczyłoby na spokojną debatę. Wszystkie razem przypominały natomiast szafę, do której ktoś próbował wepchnąć jeszcze jedno zimowe palto, choć drzwi od dawna się nie domykały.

Najgłośniej było oczywiście o Ukrainie. Ale nie dlatego, że na froncie wydarzyło się coś przełomowego. Tym razem detonatorem okazała się historia, a historia ma tę irytującą właściwość, że nawet po stu latach potrafi zachowywać się jak obrażony krewny na weselu. Wystarczy jedno nieostrożne zdanie, jeden symbol albo jedna decyzja i natychmiast przypomina wszystkim, że nigdzie się nie wybiera.

Rada Najwyższa Ukrainy uchwaliła ustawę powołującą Panteon Narodowy – miejsce mające upamiętniać osoby szczególnie zasłużone dla państwa i walki o jego niepodległość. Sama idea nie budziłaby większych emocji. Każde państwo buduje własną pamięć, własne symbole i własny panteon bohaterów. Problem polega na tym, że w Europie Środkowo-Wschodniej bohater jednego narodu bardzo często okazuje się koszmarem drugiego. Lista osób, które znajdą się w ukraińskim Panteonie, nie została jeszcze ogłoszona, ale już sama możliwość, że mogą się na niej pojawić postacie związane z OUN czy UPA, wystarczyła, by temperatura debaty ponownie przekroczyła stan wrzenia.

To wszystko dzieje się zaledwie kilka dni po sporze wywołanym nadaniem jednej z ukraińskich jednostek wojskowych honorowego imienia „Bohaterów UPA” i po bezprecedensowej decyzji o odebraniu Wołodymyrowi Zełenskiemu Orderu Orła Białego. Gest odpowiedział na gest, emocja na emocję, a historia znów zaczęła pisać scenariusz, którego nikt rozsądny nie powinien chcieć oglądać do końca.

Najrozsądniejsze wydaje się dziś jedno: mówić spokojnie, ale stanowczo. Polska ma pełne prawo przypominać o Wołyniu, domagać się ekshumacji ofiar i uczciwego nazwania zbrodni. Ukraina ma prawo budować własną tożsamość narodową. Problem pojawia się dopiero wtedy, gdy pamięć historyczna przestaje być mostem prowadzącym do rozmowy, a staje się młotkiem służącym do rozbijania kolejnych cegieł wzajemnego zaufania. W takiej sytuacji wygrywa wyłącznie ten, kto od początku marzył o skłóceniu sąsiadów. I nie siedzi ani w Warszawie, ani w Kijowie.

Na szczęście pojawił się również sygnał, że dyplomacja jeszcze żyje. Zapowiedziano wizytę ministra spraw zagranicznych Ukrainy w Polsce. Oby okazała się początkiem spokojniejszej rozmowy, bo w polityce zagranicznej znacznie łatwiej jest rozpalić ognisko niż później ugasić las.

Tyle że Ukraina była tylko jednym z rozdziałów tej niezwykle gęstej środy. Znacznie ciszej przeszła wiadomość, która z perspektywy historii może okazać się równie ważna, choć nie dotyczy ani czołgów, ani granic, ani wyborów. Dotyczy instytucji istniejącej od dwóch tysięcy lat, która przez wieki przetrwała cesarzy, rewolucje, wojny światowe i totalitaryzmy, a teraz po raz kolejny musi zmierzyć się z pęknięciem we własnym wnętrzu.

W szwajcarskim Écône wydarzyło się coś, co dla wielu zabrzmiało jak wiadomość z rubryki kościelnej, a w rzeczywistości może przejść do historii jako jedna z najważniejszych decyzji religijnych ostatnich lat. Bractwo Kapłańskie św. Piusa X, czyli lefebryści, mimo jednoznacznego sprzeciwu papieża Leona XIV wyświęciło czterech nowych biskupów. Dla Kościoła katolickiego oznacza to powrót do pełnej schizmy, ponowną ekskomunikę zarówno wyświęconych, jak i wyświęcających oraz zamknięcie etapu dialogu, który trwał niemal czterdzieści lat.

To nie jest historia o tym, czy msza ma być odprawiana po łacinie, czy w języku narodowym. Tak przedstawiają ją ci, którzy czytają jedynie nagłówki. W istocie chodzi o pytanie znacznie poważniejsze – kto ma prawo definiować Kościół. Czy wspólnota zbudowana wokół następcy świętego Piotra, czy grupa przekonana, że to właśnie ona zachowała jedyną prawdziwą interpretację wiary.

Przez lata Watykan robił wszystko, aby tego rozłamu uniknąć. Benedykt XVI zdjął ekskomuniki nałożone po wydarzeniach z 1988 roku. Franciszek poszedł jeszcze dalej, dopuszczając kolejne rozwiązania kanoniczne, które miały ułatwić pojednanie. Leon XIV kilka dni temu napisał do przełożonych Bractwa list, w którym przestrzegał, że wyświęcenie biskupów bez zgody papieża będzie aktem schizmy, odbierającym wiernym możliwość godziwego, a w niektórych przypadkach nawet ważnego korzystania z sakramentów.

Nie pomogło.

Jest w tej historii coś niezwykle współczesnego. Żyjemy przecież w epoce, w której niemal każdy uważa się za własny autorytet. Każdy ma własne media, własnych ekspertów, własną prawdę i własną wersję rzeczywistości. Instytucje przestały być miejscem zaufania. Coraz częściej są jedynie przeszkodą, którą należy ominąć, jeżeli nie potwierdza naszych przekonań.

Kościół okazuje się tylko kolejnym miejscem, gdzie ten proces stał się widoczny. Partie polityczne pękają. Społeczeństwa zamykają się w bańkach informacyjnych. Uniwersytety coraz częściej prowadzą wojny kulturowe zamiast debat. Nawet rodziny potrafią przestać ze sobą rozmawiać z powodu jednego posta w mediach społecznościowych. Teraz podobny mechanizm obserwujemy w jednej z najstarszych instytucji świata.

Paradoks polega na tym, że rozłamy prawie nigdy nie zaczynają się od wielkiego huku. Najpierw pojawia się przekonanie, że „to my wiemy lepiej”. Potem znika cierpliwość do rozmowy. Następnie autorytet przestaje być autorytetem, bo zawsze można znaleźć własny. A kiedy wszyscy orientują się, że most został spalony, pozostaje już tylko wybór, po której stronie rzeki chce się mieszkać.

Tego samego dnia Polska żyła jednak czymś znacznie bardziej przyziemnym. Szpital Południowy w Warszawie od trzech tygodni nie schodzi z czołówek serwisów informacyjnych. Kontrole trwają, kolejne informacje pojawiają się niemal codziennie, a politycy gorączkowo próbują przekonać opinię publiczną, że sytuacja jest pod kontrolą. Problem polega na tym, że wyborcy przestali oceniać tę sprawę jako historię jednego szpitala.

To już nie jest opowieść o jednym lekarzu, jednym stanowisku czy jednym konkursie. To opowieść o czymś znacznie prostszym i dlatego znacznie groźniejszym. O przekonaniu, że istnieją dwa systemy. Jeden dla ludzi stojących w kolejce od piątej rano z numerkiem w ręku. Drugi dla tych, którzy najwyraźniej znają wejście od zaplecza.

Politycy od lat nie doceniają siły takich historii. Uwielbiają mówić o miliardach złotych przeznaczonych na ochronę zdrowia, liczbie nowych programów, reformach i strategiach. Tymczasem obywatel zapamiętuje jedną scenę. Jednego człowieka. Jedną kolejkę. Jedne zamknięte drzwi. I właśnie z takich obrazów rodzą się później polityczne katastrofy.

Bo demokracja, wbrew temu, co sądzą sztaby wyborcze, nie mieszka w sondażach. Mieszka w poczekalni.

Jakby tego było mało, od północy kierowcy przekonali się, że promocje w polityce są jeszcze krótsze niż letnie wyprzedaże. Skończył się program czasowego obniżania cen paliw i dystrybutory natychmiast odzyskały pamięć o wolnym rynku. Na wielu stacjach ceny wzrosły o kilkadziesiąt groszy, a miejscami nawet o złotówkę za litr oleju napędowego. Kierowcy z minami filozofów patrzyli na wyświetlacze i dochodzili do jedynego możliwego wniosku – samochód nadal pali tyle samo, tylko portfel zaczął jeździć na rezerwie.

W cieniu tych wszystkich sporów niemal niezauważona przeszła informacja o powołaniu nowego prezesa ZUS. I to też jest znak naszych czasów. Człowiek, od którego decyzji zależeć będą emerytury milionów Polaków, przegrywa medialnie z kolejną awanturą o symbol, kolejnym politycznym gestem i kolejnym internetowym oburzeniem. Instytucje stały się nudne. Emocje są znacznie bardziej dochodowe.

Tak wyglądała ta środa. Niby zwyczajny dzień na początku wakacji, a jednak wystarczyło kilka godzin, by Polska jednocześnie rozmawiała o Wołyniu, ukraińskim Panteonie Narodowym, kościelnej schizmie, kryzysie ochrony zdrowia, droższym paliwie, sondażach i politycznych konsekwencjach wszystkiego naraz. Każdy z tych tematów wydaje się osobnym światem, ale w rzeczywistości łączy je jedna wspólna cecha.

Coraz trudniej rozmawiamy, coraz łatwiej reagujemy.

Najpierw reaguje internet. Potem politycy. Później telewizje. Dopiero na końcu, gdzieś pomiędzy kolejną konferencją prasową a następnym sondażem, pojawia się miejsce na zastanowienie. O ile w ogóle jeszcze się pojawia.

To chyba największa choroba współczesności. Nie brak informacji. Tych mamy więcej niż kiedykolwiek. Nie brak ekspertów. Tych również nie brakuje, zwłaszcza przed kamerami. Brakuje czegoś znacznie prostszego – cierpliwości. Świat przypomina człowieka, który usłyszał pierwsze zdanie rozmówcy i już pisze odpowiedź, nie czekając na drugie.

A przecież większość katastrof nie zaczyna się od wielkich eksplozji. Zaczyna się od drobnych pęknięć, których przez długi czas nikt nie chce zauważyć. Od jednego gestu. Jednej źle przemyślanej decyzji. Jednego symbolu. Jednej kolejki w szpitalu. Jednej niepotrzebnej prowokacji. Jednego przekonania, że „jakoś to będzie”. Historia zna takich „jakoś” całe tomy, dlatego, patrząc na tę środę, trudno oprzeć się wrażeniu, że nie była ona dniem wielkich wydarzeń. Była dniem wielkich sygnałów. A sygnały mają tę nieprzyjemną właściwość, że bardzo często ostrzegają nas przed tym, co stanie się dopiero jutro.

Pytanie tylko, czy tym razem ktoś jeszcze zechce ich wysłuchać. Czy też, jak zwykle, poczekamy do chwili, gdy zamiast syren alarmowych usłyszymy już tylko trzask pękających belek.

Bo wtedy felietony piszą się same. Szkoda tylko, że rzeczywistość wystawia coraz wyższe rachunki.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights