
Środa była dniem przemieszczania się. Maciej Berek opuścił rząd i być może zmierza do Trybunału Konstytucyjnego, Marcin Romanowski odezwał się pocztowo z Tyraspola, prawie dziewiętnaście milionów Polaków wypuściło w świat swoje dane, choć większość nic o tym nie wiedziała, ORP „Wicher” poszedł do wody, a wieczorem nawet Słońce postanowiło częściowo zniknąć. W kraju, w którym zazwyczaj trudno kogokolwiek ruszyć z miejsca, był to dzień wyjątkowo mobilny.
Najbardziej elegancko przemieszcza się Maciej Berek. Jeszcze niedawno minister, prawa ręka Tuska i człowiek od pilnowania, żeby rządowa maszyneria nie połknęła własnej śrubki, nagle wyszedł z gabinetu, a natychmiast pojawiła się wiadomość, że być może przygotowuje się dla niego fotel sędziego Trybunału Konstytucyjnego. Donald Tusk pytany w środę o tę możliwość poprosił o cierpliwość do czwartkowej konferencji, zaś prof. Marcin Matczak uznał, że taki ruch byłby kpiną z ludzi, którzy bronili apolityczności Trybunału.
Trudno odmówić temu argumentowi urody. Przez lata słyszeliśmy, że Trybunał Konstytucyjny nie powinien być polityczną szatnią, do której poseł wchodzi jeszcze w barwach klubowych, zdejmuje szalik partyjny, zakłada togę i po trzech minutach jest niezależny jak pustelnik w Bieszczadach. Krystyna Pawłowicz i Stanisław Piotrowicz mieli być przykładem tej patologii. Jeżeli teraz lekarstwem miałoby zostać zrobienie mniej więcej tego samego, tyle że człowiekiem inteligentniejszym, spokojniejszym i z właściwej strony sceny, byłaby to reforma w stylu polskiej hydrauliki: cieknący kran naprawiamy przez przemalowanie wiadra.
Berek jest zresztą prawnikiem znakomitym, co sytuację czyni jeszcze bardziej kłopotliwą. Człowieka kompetentnego można bowiem powołać na niewłaściwe stanowisko z dużo większą elegancją niż niekompetentnego. Problem nie polega na tym, czy Berek zna konstytucję. Zapewne zna ją lepiej niż większość osób, które przez ostatnie lata urządzały jej publiczną sekcję zwłok. Problem polega na tym, że jeszcze przed chwilą współtworzył politykę rządu, której konstytucyjność miałby następnie bezstronnie badać. To trochę jakby kucharz po kolacji przeszedł do stolika Michelin i anonimowo oceniał własną kaczkę.
Marcin Kierwiński dla odmiany nigdzie na razie nie odchodzi, chociaż według „Rzeczpospolitej” ktoś w samej Koalicji Obywatelskiej bardzo chętnie pomógłby mu znaleźć drzwi. Sprawa dotyczy między innymi pieniędzy przeznaczonych na pomoc po powodzi; 4,5 miliona złotych z Karkonoskiej Agencji Rozwoju Regionalnego miało trafić do trzech podmiotów, których rzeczywiste poszkodowanie zakwestionowali informatorzy mediów, a sprawę badają CBA i BGK. Otoczenie Tuska zapewnia, że dymisji Kierwińskiego nie będzie, ale zarazem mówi o „polowaniu” na ministra i kolejnych możliwych uderzeniach jesienią.
Polityczne polowanie jest szczególną dyscypliną, bo najczęściej organizują je koledzy myśliwego. Opozycja strzela z daleka i zwykle pudłuje, natomiast własna partia zna ścieżkę do paśnika, godziny spacerów i wie, gdzie człowiek trzyma kanapki. Dlatego gdy polityk dowiaduje się, że broni go własne środowisko przed atakami własnego środowiska, powinien powoli zacząć pakować rodzinne zdjęcia z biurka. Nie dlatego, że zaraz wyleci. Dlatego, że koledzy właśnie odkryli, iż może.
Znacznie ciekawszą metodę unikania problemów wybrał Marcin Romanowski. Do polskiego sądu trafił podpisany przez niego wniosek o list żelazny. Przesyłkę nadano w Tyraspolu, stolicy prorosyjskiego Naddniestrza, a we wniosku wskazano konkretny adres. Romanowski deklaruje, że może pojawić się przed sądem lub prokuratorem, ale chciałby odpowiadać z wolnej stopy.
To już nie jest polityka. To literatura podróżnicza.
Polski konserwatysta zaczyna od obrony Zachodu, chrześcijańskiej Europy i cywilizacji łacińskiej, po czym kiedy cywilizacja łacińska przysyła prokuratora, odkrywa nieodparty urok miejsc, gdzie rosyjski żołnierz stoi trochę bliżej. Jeszcze kilka lat temu Naddniestrze znało w Polsce głównie kilkunastu specjalistów od Europy Wschodniej, kolekcjonerzy dziwnych banknotów i ludzie, którzy pomylili kierunek podczas wakacji w Mołdawii. Teraz może wejść do polskiej geografii politycznej jako miejsce wypoczynku z opcją procesową.
List żelazny też nabiera przy tym nowego znaczenia. Dawniej miał gwarantować oskarżonemu bezpieczne stawienie się przed sądem. Dzisiaj przypomina trochę ofertę biura podróży: obywatel informuje wymiar sprawiedliwości, że chętnie wróci do kraju, jeżeli państwo zapewni mu odpowiedni standard pobytu. Brakuje tylko śniadania, późnego wymeldowania i transferu z lotniska.
Tymczasem do podróży bez pytania właścicieli ruszyły dane prawie dziewiętnastu milionów Polaków. Po cyberataku na firmę MyDr wykradziona baza ma ponad dwa terabajty i obejmuje dane osób korzystających z ochrony zdrowia, w tym informacje o szczególnym znaczeniu. Krzysztof Gawkowski poinformował, że służby zostały postawione w stan gotowości; na razie nic nie wskazuje, żeby za atakiem stało obce państwo.
To jest już wiadomość znacznie mniej zabawna, choć polska rzeczywistość usilnie próbuje dostarczyć jej puenty. Tego samego dnia czytamy bowiem, że emigracja coraz mniej kusi Polaków, co oznacza, że obywatele postanowili zostać w kraju, ale ich PESEL-e najwyraźniej mają bardziej kosmopolityczne aspiracje.
Dawniej człowiek bał się, że złodziej ukradnie mu portfel. Portfel miał tę zaletę, że po kradzieży można było policzyć straty i kupić nowy. PESEL ma charakter bardziej uczuciowy. Jest z człowiekiem dłużej niż większość małżeństw i trudniej go wymienić. W dodatku złodziej portfela musiał przynajmniej podejść na odległość ręki. Współczesny złodziej może siedzieć tysiąc kilometrów dalej w kapciach, popijać kawę i jednocześnie wiedzieć o naszym zdrowiu więcej niż kuzynka, której rodzina od lat niczego nie mówi.
Na szczęście państwo ma również sukces bardziej tradycyjny i wykonany ze stali. W Gdyni ochrzczono i zwodowano ORP „Wicher”, pierwszą fregatę programu „Miecznik”. Na uroczystości byli Donald Tusk i Karol Nawrocki, a premier zapowiedział nawet, że Polska będzie morską potęgą.
Bardzo dobrze. W czasach, gdy część polityków odpływa, część przecieka, część jest pod ostrzałem, a część próbuje zacumować w Trybunale Konstytucyjnym, duży okręt wydaje się instytucją wyjątkowo stabilną. Ma przynajmniej jasno określony kurs, kapitana i kadłub. Są to trzy cechy, których w polskiej polityce nie należy lekceważyć.
Wieczorem nastąpi zaś częściowe zaćmienie Słońca. W Polsce będzie ono widoczne szczególnie dobrze na północnym zachodzie, a eksperci przestrzegają, żeby nie patrzeć na Słońce bez odpowiednich filtrów, ponieważ można trwale uszkodzić wzrok.
Jest to prawdopodobnie najpraktyczniejsza rada polityczna całej środy.
Na Berka również warto patrzeć przez filtr. Na Kierwińskiego przez kilka. Romanowskiego najlepiej przez mapę. Dane osobowe przez system alarmowy. Na ORP „Wicher” można normalnie, bo jest duży i dobrze widoczny.
A na polską politykę?
Najbezpieczniej bokiem, przez przydymione szkło doświadczenia, i niezbyt długo.
Bo Księżyc zasłoni dziś Słońce tylko na chwilę.
U nas niektóre zaćmienia trwają całe kadencje.

Dodaj komentarz