
Sobota przyszła do Polski nad ranem, trochę bokiem, jak człowiek wracający z imienin, który nie jest pewien, czy zgubił klucze, czy tylko godność. Nad jednym województwem świeciło słońce, nad drugim wisiała burza, a nad trzecim meteorolog rozłożył ręce i zalecił ubieranie się warstwowo. Polskie lato jest bowiem jedynym systemem wielowarstwowym, który działa bez unijnych funduszy: rano człowiek wkłada sweter, w południe szuka cienia, po południu łapie parasol, a wieczorem leczy zatoki.
Weekend miał służyć odpoczynkowi. Jest to piękna idea, podobnie jak tanie mieszkanie, szybka wizyta u specjalisty i samochód palący tyle, ile obiecywał sprzedawca. W praktyce człowiek budzi się w sobotę wcześniej niż do pracy, ponieważ organizm przyzwyczaił się do stresu i bez niego nie potrafi spać. Leży więc o szóstej trzydzieści, patrzy w sufit i zastanawia się, czy boli go kręgosłup, czy może przyszłość.
Zdrowie po siedemdziesiątce nie jest już stanem organizmu, lecz hobby administracyjnym. Człowiek zbiera skierowania, wyniki i terminy. Ma aplikację pacjenta, konto pacjenta, historię pacjenta oraz coraz słabsze przekonanie, że system interesuje się samym pacjentem. Najbardziej dostępna pozostaje profilaktyka prywatna, polegająca na tym, że człowiek rano przykłada palec do nadgarstka, stwierdza obecność pulsu i uznaje dzień za medyczny sukces.
Lekarz zaleca ruch, spokój, mniej tłuszczu, mniej soli, mniej cukru, mniej alkoholu i więcej snu. Po zastosowaniu wszystkich zaleceń człowiek żyje być może dłużej, choć traci wyraźny powód, dla którego miałby to robić.
Najlepszym kompromisem zdrowotnym pozostaje zatem spacer nad jezioro. Idzie się powoli, żeby nie przeciążyć serca, ale dostatecznie szybko, by zegarek zaliczył aktywność. Nowoczesny człowiek nie spaceruje bowiem dla przyjemności. Produkuje kroki. Gdy zrobi ich dziewięć tysięcy osiemset, zaczyna krążyć wokół samochodu jak podejrzany, ponieważ urządzenie nie uznaje dnia za pełnowartościowy bez okrągłej liczby.
Nad jeziorem siedzą już ludzie rozsądniejsi. Rozłożyli koce, wyjęli kiełbasę, plastikowe kubki i piwo chłodzone metodą tradycyjną, czyli zanurzone w wodzie i przywiązane sznurkiem do korzenia. Piwo nad jeziorem ma inne właściwości niż piwo w domu. W domu jest alkoholem i pustą kalorią. Nad jeziorem staje się elementem krajobrazu, produktem regionalnym oraz częścią terapii światłem naturalnym.
Człowiek bierze pierwszy łyk, patrzy na wodę i przez chwilę nie interesuje go, kto z kim utworzy koalicję. Jest to stan bliski oświeceniu. Niestety telefon leży obok.
Telefon współczesnego człowieka nie znosi ciszy. Ciszę interpretuje jako usterkę i natychmiast wysyła powiadomienie. Najpierw wiadomość, że temperatura odczuwalna wynosi trzydzieści jeden stopni. Człowiek odczuwa dwadzieścia siedem, ale nie zamierza się spierać z aparatem, który zna jego pogodę lepiej od niego. Potem przychodzi ostrzeżenie przed gwałtowną burzą, aktualizacja ostrzeżenia przed burzą oraz informacja, że ostrzeżenie przed burzą zostało odwołane z powodu nadejścia innego ostrzeżenia.
Meteorologia stała się dyscypliną polityczną. Każda prognoza zawiera wszystkie możliwości, żeby po fakcie można było wykazać trafność przewidywań. Będzie słonecznie z możliwością zachmurzenia, miejscami opady, lokalnie bez opadów, wiatr słaby i umiarkowany, w porywach silny. Gdyby partie pisały programy równie uczciwie, obiecywałyby wzrost dobrobytu z możliwością zubożenia, miejscami praworządność, lokalnie chaos oraz podatki słabe i umiarkowane, w porywach wysokie.
Polityka też miała odpocząć. Nie odpoczęła. Polityk bez kamery czuje się jak lodówka po odłączeniu prądu: z zewnątrz nadal wygląda okazale, ale wewnątrz szybko zaczyna zachodzić proces, którego lepiej nie obserwować.
Dlatego od rana pojawiają się konferencje, wpisy, sprostowania i historyczne oświadczenia. Jeden polityk zapewnia, że nic się nie stało, drugi ogłasza koniec epoki, trzeci przewiduje nowe otwarcie, a czwarty tłumaczy, że od dawna wiedział, iż wydarzy się dokładnie to, co jeszcze wczoraj stanowczo wykluczał.
Wieszcz polityczny ma zawód bezpieczniejszy od sapera. Saper myli się raz. Wieszcz myli się codziennie, ale następnego ranka wraca do studia jako ekspert od nowej sytuacji. Jeśli jego prognoza się nie sprawdziła, oznacza to, że wydarzenia przyspieszyły. Jeśli sprawdziła się przypadkiem, zostaje autorem przenikliwej analizy. Meteorolog przynajmniej pokazuje chmurę. Politolog często pokazuje własne przeczucie, ale za to w marynarce.
Dziennikarze muszą tymczasem znaleźć sensację. Sobota bez sensacji jest dla redakcji tym, czym sklep bez klienta i poseł bez immunitetu: stanem wprawdzie możliwym, lecz budzącym niepokój. Reporter stoi więc pod pustym budynkiem i przekazuje, że na razie nikt nie przyjechał. Kamera pokazuje bramę, chodnik i krzak, który po chwili staje się jedynym uczestnikiem wydarzeń na żywo.
Gdy wreszcie podjeżdża samochód, rozpoczyna się analiza. Czy przybyły polityk siedział z przodu, czy z tyłu? Czy wysiadł szybko? Czy miał marynarkę zapiętą? Dlaczego nie pomachał? Ekspert od komunikacji niewerbalnej wyjaśnia, że lewa brew zdradza napięcie, prawa determinację, a fakt, że człowiek wszedł do budynku, może oznaczać gotowość do rozmów.
Tak powstaje historia. Najpierw ktoś parkuje, potem pięć osób omawia przełom.
Na szczęście psy mają lepiej. Nowe przepisy mają wreszcie uwalniać je od życia na łańcuchach. To jedna z tych reform, przy których trudno zrozumieć, dlaczego potrzeba było aż tylu lat, debat, ekspertyz i prezydenckich długopisów, aby odkryć, że żywe stworzenie nie jest elementem ogrodzenia.
Pies spuszczony z łańcucha najpierw nie dowierza, później biegnie, wącha trawę i sprawdza, jak daleko sięga świat. Polski obywatel po otrzymaniu wolnej soboty robi podobnie, z tym że zamiast trawy wącha karkówkę z grilla, a granice świata sprawdza ceną benzyny.
Samochód miał dać człowiekowi wolność. Dał ratę, ubezpieczenie, przegląd, wymianę oleju, dwa komplety opon oraz stałą więź emocjonalną ze stacją paliw. Kierowca podjeżdża pod dystrybutor z miną człowieka odwiedzającego prywatną klinikę: wie, że zaboli, ale liczy, iż przynajmniej szybko.
Współczesne auto samo hamuje, ostrzega, rozpoznaje znaki, pilnuje pasa ruchu i przypomina o kawie. Zostało zaprojektowane dla kierowcy, któremu producent najwyraźniej nie ufa. Słusznie. Kierowca równocześnie prowadzi, sprawdza trasę, zmienia muzykę, odpisuje na wiadomość i tłumaczy pasażerom, że wszystko ma pod kontrolą. Zwykle jest to ostatnie zdanie wypowiadane przed przeoczeniem zjazdu.
Samochody drożeją, paliwo drożeje, naprawy drożeją, a emerytury rosną ze wzruszającą delikatnością, aby nie spłoszyć inflacji. Emeryt otrzymuje waloryzację, po czym idzie do sklepu sprawdzić, na ile minut poprawiła ona jego sytuację materialną. Najczęściej do działu z masłem.
Ekonomiści wyjaśniają, że realne dochody zależą od koszyka inflacyjnego. Emeryt także ma koszyk, tylko mniej teoretyczny. Wkłada do niego chleb, leki, warzywa i przez chwilę patrzy na ser. Ser patrzy na niego z półki jak dobro luksusowe, które pamięta czasy, gdy było nabiałem.
Drożyzna ma wielki talent wychowawczy. Uczy matematyki szybciej niż szkoła. Człowiek stojący przy kasie potrafi w kilka sekund policzyć rabat, cenę jednostkową, punkty lojalnościowe, przyszłą ratę i prawdopodobieństwo, że kasjerka przyjmie zwrot awokado po poznaniu ceny.
Politycy przekonują, że sytuacja jest dobra albo wina poprzedników. Zależy, kto akurat rządzi. Poprzednik jest w polskiej polityce najważniejszym źródłem energii odnawialnej. Można go wykorzystywać bez końca, nie emituje dwutlenku węgla i zasila każde wystąpienie prasowe.
Nad jeziorem tymczasem zaczyna padać. Deszcz trwa siedem minut, ale wystarcza, aby cała Polska rekreacyjna wykonała gwałtowny odwrót do samochodów. Koce zwijają się razem z piaskiem, dzieci zostają policzone, piwo uratowane, kiełbasa zabezpieczona. Po ośmiu minutach wychodzi słońce i wszyscy wracają, udając, że właśnie tak planowali.
Wypoczynek wymaga odporności psychicznej.
Po powrocie do domu człowiek włącza telewizor. Telewizja w weekend troszczy się, aby nie został przeciążony nowością. Pokazuje więc film, który widział sześć razy, odcinek serialu znany na pamięć oraz program rozrywkowy, w którym celebryta udaje, że pierwszy raz słyszy pytanie zadawane mu od dziesięciu lat.
Powtórki mają jednak działanie terapeutyczne. Świat na ekranie jest przewidywalny. Człowiek wie, kto zabił, kto się zakocha, kto odpadnie i kiedy pojawi się reklama środka na wątrobę. Po całym tygodniu politycznych zwrotów akcji widok porucznika Columbo, który ponownie łapie tego samego mordercę, przywraca wiarę w porządek moralny. Przynajmniej tam śledztwo kończy się przed kolejną kadencją.
Gorzej, gdy człowiek podczas reklamy sięga po telefon. Media społecznościowe nie uznają weekendu, ciszy ani rozejmu. Ktoś opublikował zdjęcie chmury, a pod nim trwa już wojna o geoinżynierię. Ktoś pokazał psa, więc komentatorzy dzielą się na obrońców zwierząt, przeciwników psów, przeciwników obrońców zwierząt oraz człowieka, który żąda ujawnienia, gdzie był ten pies podczas pandemii.
Dyskusja internetowa przypomina bójkę w ciemnym pokoju, w którym każdy uderza na wszelki wypadek, bo nie chce wyjść na niezdecydowanego. Nikt nikogo nie przekonuje. Strony jedynie dostarczają sobie nowych dowodów, że druga strona jest głupia. Najbardziej stanowczo wypowiadają się ludzie posiadający najmniej informacji, ponieważ wiedza komplikuje poglądy, a komplikacja źle wygląda w komentarzu.
Dawniej głupota miała zasięg stołu w kuchni. Dziś ma światłowód, konto premium i film nagrany pionowo z samochodu. Postęp technologiczny nie uczynił nas mądrzejszymi. Sprawił jedynie, że znacznie szybciej dowiadujemy się, ilu głupców jest aktualnie online.
Najrozsądniej byłoby telefon wyłączyć. Człowiek jednak nie wyłącza, bo może wydarzyć się coś ważnego. Nie wydarza się. Przez dwie godziny ogląda cudze obiady, awantury obcych ludzi, reklamę cudownego preparatu na stawy i film, na którym kot spada z szafy. Kot okazuje się jedyną treścią wartą poświęconego czasu.
Wieczorem świat wreszcie cichnie. Samochód stoi pod domem i traci wartość. Emerytura czeka na następną waloryzację. Politycy przygotowują niedzielne występy. Dziennikarze szukają gościa, który przewidzi poniedziałek. Meteorolodzy przesuwają burzę o trzy powiaty. Psy śpią bez łańcuchów, zdziwione, że wolność może być tak zwyczajna.
Człowiek siada na balkonie z drugim piwem, chociaż pierwsze miało być ostatnie. Nie sprawdza liczby kroków. Nie mierzy ciśnienia. Nie pyta internetu, co powinien myśleć. Patrzy, jak dzień gaśnie, i odkrywa rzecz niemal wywrotową: przez kilka minut świat radzi sobie bez jego opinii.
Może na tym właśnie polega weekend. Nie na wyjeździe, grillu ani oglądaniu powtórek, lecz na chwilowym zawieszeniu obowiązku uczestniczenia we wszystkim. Nie każda wypowiedź polityka wymaga naszej reakcji. Nie każda prognoza jest proroctwem. Nie każda internetowa głupota potrzebuje prostowania. Nie każda wiadomość zasługuje, żeby wpuszczać ją do własnej głowy i częstować kawą.
Po tygodniu pracy człowiekowi należy się odpoczynek. Po tygodniu polityki należy mu się cisza. Po tygodniu ekspertów należy mu się prawo do niewiedzy. Po tygodniu drożyzny — choć jedno piwo nad jeziorem, zanim ktoś przeliczy je na koszt roczny.
Pies dostał wolność od łańcucha. Człowiek powinien spróbować uwolnić się choć na sobotę od powiadomień, komentatorów, wieszczów, pasków informacyjnych i cudzych pewności.
Polityków spuszczać nie należy. Mogliby pobiec w stronę kamer.

Dodaj komentarz