
Sobota miała być dniem odpoczynku, lecz polska polityka po raz kolejny nie przeczytała regulaminu weekendu. Człowiek chciał spokojnie skosić trawnik, otworzyć piwo i przez kilka godzin nie wiedzieć, kto z kim rozmawia, kto komu wypowiedział lojalność oraz ilu posłów mieści się w jednym zdrowym płucu Mateusza Morawieckiego. Niestety, politycy mają podobny stosunek do ciszy jak dzieci do świeżo pomalowanej ściany: dostrzegają ją wyłącznie jako powierzchnię do natychmiastowego wykorzystania.
W piątek rozpadł się PiS. W sobotę trwało już zbieranie odłamków, nadawanie im nazw, ważenie, mierzenie oraz zapraszanie do studiów telewizyjnych ludzi, którzy jeszcze dzień wcześniej zapewniali, że żadnego rozpadu nie będzie.
Prawo i Sprawiedliwość przez lata przedstawiało się jako monolit. Monolit był twardy, jednolity, niewzruszony i przemawiał głosem Jarosława Kaczyńskiego. W środku znajdowali się wprawdzie ludzie wzajemnie się nienawidzący, podsłuchujący, podgryzający i kopiący po kostkach, ale na zewnątrz stali równym szeregiem, ponieważ każdy wiedział, że kto wychyli głowę, ten może zobaczyć świat poza listą wyborczą.
Teraz monolit pękł. Nie od błyskawicy, ideowej różnicy ani moralnego olśnienia. Pękł od nadmiaru ambicji zgromadzonej w zbyt małej objętości.
To największa secesja w historii PiS. Polska Jest Najważniejsza liczyła kiedyś jedenaścioro parlamentarzystów i europosłów. Solidarna Polska zaczynała z szesnaściorgiem posłów, senatorem oraz trzema eurodeputowanymi. Morawiecki zabrał ze sobą ponad trzydziestu parlamentarzystów, a według własnych obliczeń zgromadził czterdziestu posłów, senatora i trzech europosłów.
Kaczyński chciał amputować buntowniczy palec, lecz chirurgiczny rozmach poniósł go tak bardzo, że na stole operacyjnym pozostała prawie połowa kończyny.
Morawiecki wystąpił w sobotę w Telewizji Republika i oznajmił, że on oraz jego stronnicy zostali „brutalnie wypchnięci”. Następnie sięgnął po metaforę medyczną:
„Jedno zdrowe płuco zostało amputowane”.
To zdanie wymaga chwili skupienia. Były premier uważa się za zdrowe płuco PiS. Drugim pozostaje zapewne Jarosław Kaczyński, wspomagany aparaturą w postaci Czarnka, Błaszczaka, Sasina i Macierewicza. Pacjent po amputacji płuca ma teraz oddychać bardziej patriotycznie, a usunięty organ zamierza założyć własny klub parlamentarny i udowodnić, że potrafi funkcjonować bez klatki piersiowej. Polska polityka medyczna weszła na poziom, przy którym Ministerstwo Zdrowia może się już tylko przyglądać i robić notatki.
Morawiecki twierdzi również: „Ja umiem rządzić i wiem, jak zwyciężać z Donaldem Tuskiem”.
Jest to oświadczenie pełne tej charakterystycznej skromności, dzięki której były premier przez lata mieścił jednocześnie w jednym garniturze ekonomistę, bankowca, historyka, chłopca z Solidarności, stratega geopolitycznego, budowniczego promów, producenta samochodów elektrycznych oraz człowieka, który zawsze dowiadywał się ostatni, co robi jego własny rząd.
„Umiem rządzić” brzmi imponująco, jeśli nie zagląda się do rachunków, wyroków europejskich trybunałów, dokumentacji wyborów kopertowych, ruin Ostrołęki i harmonogramu produkcji Izery. Morawiecki rzeczywiście umiał rządzić w takim sensie, w jakim kapitan „Titanica” umiał prowadzić statek: przez większą część podróży wszystko wyglądało elegancko, orkiestra grała, a bilety pierwszej klasy sprzedawały się znakomicie.
Były premier mówi, że jego celem jest pokonanie Tuska. Nie reforma państwa, nie naprawa ochrony zdrowia, nie odbudowa praworządności i nie wyjaśnienie własnego udziału w ośmiu latach rządów PiS. Podstawową przesłanką działania jest pokonanie jednego człowieka.
W polskiej polityce program pozytywny polega już głównie na bardzo energicznym określeniu, kogo zamierza się zniszczyć.
Morawiecki nie zdecydował jeszcze, czy powstanie nowa partia. Podobno nie było nawet debaty w tej sprawie. To osobliwe, ponieważ posiada już posłów, senatora, eurodeputowanych, stowarzyszenie, przewodniczącego, nazwę roboczą, program telewizyjny i wspólnego wroga. Brakuje jedynie partii. To jak zgromadzić narzeczonych, obrączki, księdza, orkiestrę i tort, a następnie oświadczyć, że rozmowa o ewentualnym ślubie jeszcze się nie rozpoczęła.
W istocie Morawiecki robi to, co robił zawsze: przygotowuje kilka wzajemnie wykluczających się wariantów, aby później móc ogłosić realizację planu. Jeśli założy partię, będzie wizjonerem. Jeśli nie założy, okaże się odpowiedzialnym rzecznikiem jedności prawicy. Jeżeli wróci do PiS, uczyni to dla Polski. Jeśli sprzymierzy się z PSL-em, zrobi to dla stabilności. Gdy znajdzie się pod progiem, wyjaśni, że społeczeństwo nie dojrzało jeszcze do jego wizji.
Mateusz Morawiecki nie ponosi porażek. Zdarzają mu się najwyżej sukcesy o przedłużonym terminie realizacji.
Jarosław Kaczyński może oczywiście liczyć, że historia się powtórzy. PJN zniknęła. Solidarna Polska wróciła pod skrzydła PiS, choć przez pewien czas gryzła żywiciela w nadziei, że przejmie stołówkę. Każdy poprzedni buntownik odkrywał w końcu, że poza partią prezesa powietrze jest świeższe, ale tlenu wyborczego znacznie mniej.
Tym razem różnica polega na skali oraz wieku głównych bohaterów. Morawiecki jest młodszy, ma doświadczenie, pieniądze, kontakty i zdolność wypowiedzenia w jednym zdaniu słów „innowacyjność”, „suwerenność”, „kapitał” oraz „tożsamość”, nie odpowiadając przy tym na żadne pytanie. Kaczyński ma natomiast Przemysława Czarnka, który jest ofertą dla młodzieży mniej więcej tak nowoczesną jak adapter Bambino rozdawany na festiwalu muzyki elektronicznej.
Świat Kaczyńskiego coraz bardziej przypomina muzeum figur woskowych, w którym eksponaty nadal udzielają wywiadów. Antoni Macierewicz wciąż bada, Jacek Sasin wciąż tłumaczy, Mariusz Błaszczak wciąż stoi, Joachim Brudziński wciąż mruga znacząco, a prezes nadal uważa, że wystarczy odpowiednio surowo spojrzeć na rzeczywistość, aby ta wróciła do roku 2015.
Nie wróci!
Sobotni sondaż SW Research dla „Rzeczpospolitej” pokazał, że PiS za najlepszego przedstawiciela prawicy uważa 22,2 proc. badanych, Konfederację 16 proc., a Koalicję Obywatelską 13,9 proc. KO wyprzedziła więc Konfederację Korony Polskiej Grzegorza Brauna, wskazaną przez 9,2 proc. respondentów. Wśród ludzi w wieku od 18 do 24 lat Konfederacja uzyskała 32,1 proc. wskazań, PiS 10,1 proc., a KO 12 proc.
Donald Tusk wyprzedza więc Brauna w konkursie na reprezentanta prawicy, chociaż zapewne nie wie, że bierze w nim udział. To kolejny dowód, że polska scena polityczna nie jest już sceną. Jest szafą po przeprowadzce: wszystko leży nie tam, gdzie powinno, część rzeczy jest podpisana błędnie, a z tylnej półki wysuwa się PSL i pyta, czy nie potrzeba premiera.
Najbardziej niepokojące są jednak wyniki wśród młodych. PiS starzeje się razem z Kaczyńskim, natomiast młodzi prawicowi wyborcy idą do Mentzena, Bosaka i Brauna. Stary radykalizm prezesa okazuje się dla nich zbyt mało radykalny, a jednocześnie za mało atrakcyjny wizualnie. Kaczyński oferuje im Czarnka, historię narodową i kolejną konferencję w samo południe. Konfederacja oferuje memy, kryptowaluty, niskie podatki, prostą odpowiedź na każdy skomplikowany problem oraz przekonanie, że świat naprawi się sam, jeśli usunie się z niego podatki, Unię Europejską i kilka grup społecznych.
Młodość zawsze chce buntu. Kłopot zaczyna się wtedy, gdy bunt przychodzi w garniturze, sprzedaje bilety na piwo z politykiem i tłumaczy, że solidarność społeczna jest spiskiem ludzi, którzy zachorowali bez wystarczającego kapitału początkowego.
Gdy Polska śledziła oddech dwóch płuc prawicy, Ukraina zajmowała się bardziej dosłowną walką o możliwość oddychania.
SBU poinformowała o uderzeniach dronów na Morzu Kaspijskim. Trafione miały zostać platforma wydobywcza na złożu Filanowskiego, dwa objęte sankcjami statki używane — według strony ukraińskiej — do przewozu ładunków wojskowych między Iranem a Rosją oraz rosyjski okręt rakietowy „Mołnija”.
Równocześnie w Noworosyjsku stanął terminal Szescharis. Obsługiwał średnio około 650 tysięcy baryłek ropy dziennie, a przerwa miała zatrzymać jedną piątą rosyjskiego eksportu ropy. Zagrożony został także eksport zboża, którego mniej więcej jedna trzecia przechodzi przez Noworosyjsk. Dane o wstrzymaniu pracy terminalu
Wojna weszła więc w fazę, w której dron nie musi zatopić floty. Wystarczy, że sprawi, iż ubezpieczyciel, kapitan i właściciel tankowca jednocześnie przypomną sobie o rodzinie.
Nie ma w tym nic zabawnego. Rosja nadal bombarduje ukraińskie miasta, zabija ludzi i niszczy domy. W nocy zaatakowane zostało Zaporoże, a kolejne doniesienia mówiły o ofiarach po obu stronach frontu. Sobota przypomniała po raz kolejny, że podczas gdy w Warszawie wojna oznacza spór o jedność partyjnego klubu, w Ukrainie oznacza brak dachu, syrenę alarmową i telefon, który może już nie zostać odebrany.
Warto zachować tę proporcję. Polskie „trzęsienie ziemi” przesunęło trzydziestu kilku posłów o kilkanaście metrów w Sejmie. Ukraińskie trzęsienie ziemi mierzy się liczbą zabitych, płonących miast i dzieci śpiących w schronach.
Gdzie indziej sobota pokazała, że młodzież potrafi osiągnąć coś więcej niż wykonanie selfie z politykiem.
W Indiach do dymisji podał się minister edukacji Dharmendra Pradhan. Zmusił go do tego masowy ruch młodych ludzi nazwany Cockroach Janta Party — Partią Karaluchów. Protesty wybuchły po wycieku arkuszy ogólnokrajowego egzaminu medycznego, przez który dwa miliony osób musiały ponownie przystąpić do testu. Po tygodniach demonstracji, starciach z policją i użyciu gazu łzawiącego rząd Narendry Modiego przyjął żądania protestujących: reformę systemu egzaminacyjnego, wycofanie spraw przeciw demonstrantom i rekompensaty dla rodzin studentów, którzy popełnili samobójstwo.
Karaluchy wygrały z ministrem.
W Polsce to minister zwykle przeżywa nawet katastrofę systemu, ponieważ stanowisko polityczne jest jedyną znaną formą życia odporną na promieniowanie, kompromitację i wyniki kontroli. Gdyby wyciekł egzamin dla dwóch milionów polskich uczniów, najpierw powstałby zespół, następnie podzespół, potem konferencja o rosyjskiej dezinformacji, a na końcu minister wyjaśniłby, że ponowne zdawanie egzaminu stanowi wyjątkową szansę edukacyjną.
Indyjscy młodzi nazwali się karaluchami, ponieważ karaluchy potrafią przetrwać wszystko. Polska klasa polityczna nie potrzebuje podobnej nazwy. Posiada tę właściwość bez reklamy.
Także w gospodarce nie każdy związek dotrwał do niedzieli. Japoński koncern Seven & i Holdings wycofał się z rozmów o inwestycji w Żabkę. Jeszcze niedawno akcje sieci rosły na wieść o możliwym mariażu z właścicielem 7-Eleven. W sobotę Japończycy oznajmili, że nie udało się uzgodnić warunków korzystnych dla akcjonariuszy. Żabka miała na koniec marca 12 750 sklepów w Polsce i Rumunii, lecz nawet tak liczna populacja płazów nie zdołała zatrzymać japońskiego bociana.
Polacy mogą odetchnąć. Nadal będzie można wejść po bułkę, wyjść z kawą, hot dogiem, przesyłką, kuponem, ładowarką i poczuciem, że właśnie odbyło się pełne posiedzenie gospodarstwa domowego.
Japończycy zapewniają, że Europa wciąż ich interesuje. Być może po prostu uznali, że polskiego handlu nie da się zrozumieć bez wieloletnich studiów nad niedzielami handlowymi, franczyzą, promocją „dwa plus jeden” oraz fenomenem człowieka, który o drugiej w nocy kupuje parówki, baterie i bukiet róż, nie chcąc odpowiadać na żadne pytania.
Na zakończenie dnia „Rzeczpospolita” poinformowała, że Homer, jakiego sobie wyobrażamy, prawdopodobnie nigdy nie istniał. „Iliada” i „Odyseja” mogły powstawać z wielu przekazywanych ustnie pieśni, składanych i uzupełnianych przez kolejnych twórców. Homer mógł być autorem, grupą autorów albo symboliczną nazwą wielowiekowego procesu. O sporze dotyczącym autorstwa poematów
To odkrycie idealnie pasuje do polskiej polityki.
PiS również długo uchodził za dzieło jednego autora. Teraz okazuje się, że pod wspólną okładką znajdowało się wiele oddzielnych pieśni: „Iliada Sasina”, „Odyseja Morawieckiego”, „Powrót Czarnka”, „Gniew prezesa”, „Tułaczka Obajtka” oraz niewydany poemat Macierewicza, którego treść pozostaje tajna ze względu na bezpieczeństwo państwa.
Kaczyński był Homerem polskiej prawicy. Nie dlatego, że tworzył wielką literaturę, lecz dlatego, że przez lata firmował zbiorowe dzieło, poprawiał cudze wersy i decydował, który bohater zostanie Achillesem, a który ma zniknąć przed następną pieśnią.
Morawiecki chce dziś napisać własną „Odyseję”. Opuścił Itakę przy Nowogrodzkiej, zabrał czterdziestu wioślarzy i wyruszył na poszukiwanie centrum. Po drodze czyhają na niego syreny sondaży, cyklop Kaczyński, czarodziejka Konfederacja i PSL, który od stulecia siedzi na brzegu, sprzedaje zboże oraz czeka, aż rozbitkowie zapytają o koalicję.
Nie wiadomo, czy Morawiecki wróci jako król, czy jako człowiek sprzedający prezentacje o tym, jak blisko był powrotu. Wiadomo natomiast, że jego nowa opowieść powstaje z bardzo starego materiału. Ten sam premier, ten sam bilans rządów, ci sami posłowie i ten sam podstawowy program: pokonać Tuska.
Sobotni krajobraz był więc osobliwy.
PiS przestał być monolitem. Morawiecki został amputowanym płucem. Kaczyński pozostał Homerem bez części chóru. Konfederacja przejmowała młodzież. KO odkryła, że bywa prawicą. Ukraińskie drony doleciały nad Morze Kaspijskie. Rosyjskie porty przestały pracować. Indyjskie karaluchy obaliły ministra. Żabka straciła Japończyka, a Homer stracił akt urodzenia.
Chiny nadal czekały, aż Polska zdecyduje, czy są dla niej partnerem, rywalem, rynkiem, zagrożeniem czy po prostu krajem, z którego przychodzi paczka, zanim polska administracja zdąży odpowiedzieć na e-mail.
Wieczorem politycy PiS nadal liczyli ludzi. Morawiecki liczył przyszłych wyborców. Kaczyński liczył zdrajców. Konfederacja liczyła młodych. Żabka liczyła sklepy. Rosja liczyła stojące tankowce. Ukraina liczyła kolejne alarmy i ofiary.
Tylko obywatel chciał przestać liczyć. Usiadł więc na balkonie, otworzył piwo i pomyślał, że sobota miała być dniem wolnym. Po chwili telefon poinformował go o końcu epoki Kaczyńskiego, narodzinach epoki Morawieckiego, możliwym powrocie epoki Kaczyńskiego oraz siedmiu wariantach koalicji po wyborach.
Wyłączył telefon. Była to jedyna skuteczna secesja tego dnia.

Dodaj komentarz