
Sobota wstała dziś w Polsce jak człowiek, który wieczorem mówił, że wypije tylko jednego. Szara. Spuchnięta. Wilgotna. Bez szczególnej ochoty do życia.
Za oknem deszcz, wiatr i sierpień przebrany za listopad. Lato najwyraźniej obraziło się na Polskę i wyszło bez pożegnania, zostawiając na stole mokry ręcznik oraz rachunek za wakacje.
W nocy ewakuowano dwanaście obozów harcerskich. W Łódzkiem tysiące ludzi zostały bez prądu. Harcerze znaleźli dach nad głową, drzewa znalazły się na drogach, a Polak po przebudzeniu znalazł kolejny powód, żeby powiedzieć: „Za moich czasów to były lata.”
IMGW nadal ostrzega przed wiatrem, ulewami i burzami. W Warszawie rano 17 stopni, lekki deszcz, wiatr jak po dyskusji parlamentarnej.
Tymczasem agencja Fitch zajrzała Polsce do portfela i powiedziała: **A minus. **To bardzo polska ocena. Nie pała. Nie tragedia. Ale rodzice mają się zgłosić po wywiadówce.
Rating został utrzymany, tylko perspektywa jest negatywna. Deficyt duży, dług rośnie, politycy przed wyborami raczej nie będą oszczędzać. A więc finanse publiczne przypominają rodzinny kredyt hipoteczny: wszyscy wiedzą, że trzeba będzie coś z tym zrobić, ale dziś jest sobota, więc kupmy grilla.
Minister finansów mówi, że gospodarka jest odporna. Oczywiście. Polska gospodarka jest tak odporna, ponieważ od trzydziestu lat żyje w permanentnym stresie. To już nie odporność. To syndrom sztokholmski PKB.
Na świecie również spokojnie, czyli źle. Rosyjskie MSZ ostrzegło Polskę po słowach Tuska dotyczących wysadzenia Nord Streamu. Moskwa martwi się o przestrzeganie prawa międzynarodowego.
To mniej więcej tak, jakby Hannibal Lecter został rzecznikiem Państwowej Inspekcji Sanitarnej.
Donald Trump natomiast obudził się dziś z nowymi cłami na Kanadę. Pięćdziesiąt procent na część kanadyjskich towarów, bo rozmowy handlowe się nie udały. Kanada odpowie tym samym.
Szczególnie ucierpieć mogą między innymi kije hokejowe. I tutaj historia zatacza koło. Przez lata Ameryka i Kanada były najlepszymi sąsiadami świata. Teraz trwa dyskusja, kto komu drożej sprzeda kij.
Cywilizacja zachodnia osiągnęła stadium bójki na parkingu pod marketem.
Na szczęście mamy kulturę. Wczoraj Onet pokazał przedpremierowo fragment nowej powieści Olgi Tokarczuk „Świata jest za dużo”. Sama książka ukaże się 14 października.
Tytuł wyjątkowo dobrze pasuje do sobotniego poranka. Świata rzeczywiście jest za dużo. Za dużo wiadomości. Za dużo alertów. Za dużo polityków. Za dużo ekspertów. Za dużo aplikacji, które przypominają człowiekowi, że powinien pić wodę, chodzić, spać, oddychać, inwestować i rozwijać się duchowo.
Kiedyś człowiek rano otwierał okno. Dziś otwiera telefon i po pięciu minutach wie, że Trump pokłócił się z Kanadą, Iran z Ameryką, Fitch z polskim budżetem, Rosja z Tuskiem, a ciśnienie atmosferyczne z jego zatokami.
Tokarczuk pisze o powojennych przesiedleniach, Dolnym Śląsku, ludziach wrzuconych przez historię w obce miejsca. Dzisiaj wystarczy czasem włączyć internet, żeby również poczuć się przesiedleńcem.
Tylko nie wiadomo dokąd.
Wieczorem zaś Warszawa będzie miała finał Męskiego Grania: Nosowska, Ralph Kaminski, Kaliber 44, Edyta Bartosiewicz, Acid Drinkers i cała reszta.
Bardzo dobrze. Skoro politycy przez cały tydzień grali nam na nerwach, niech w sobotę ktoś wreszcie zagra na instrumencie.
Na Śląsku rusza z kolei Memoriał Kamili Skolimowskiej. Dziś zawody wychodzą na katowicki Rynek: skok w dal, skok wzwyż, kula. Jutro wielki mityng na Stadionie Śląskim.
Sport ma tę cudowną przewagę nad polityką, że tam centymetr jest centymetrem. Jeśli ktoś skoczył 2,30 — skoczył 2,30. Nie wychodzi potem rzecznik i nie tłumaczy, że według innej metodologii było 2,47, a opozycja zaniża wynik.
To może być największa zaleta lekkoatletyki.
A jeśli komuś nie chce się dziś ani biegać, ani skakać, ani uczestniczyć w kulturze — też dobrze. Można się ponudzić. Nauka od pewnego czasu próbuje nam powiedzieć, że krótkotrwała nuda wcale nie jest nieszczęściem. Potrafi pobudzać swobodne skojarzenia, refleksję i kreatywność.
To wiadomość rewolucyjna. Przez pół wieku wymyślaliśmy urządzenia mające sprawić, żeby człowiek nie nudził się nawet przez czternaście sekund, aż w końcu naukowcy odkryli, że właśnie w tych czternastu sekundach mógł mieć pomysł.
Tymczasem my stojąc w windzie między trzecim a czwartym piętrem zdążymy już sprawdzić pogodę, kurs euro, trzy wojny, sześć memów i czy ktoś przypadkiem nie polubił zdjęcia naszego śniadania.
Potem zastanawiamy się, dlaczego jesteśmy zmęczeni.
Lekarz sportowy przypomina dziś z kolei rzecz jeszcze bardziej skandaliczną: człowiek powinien się wysypiać, regenerować i pić wodę. Siedem i pół godziny snu. To brzmi jak radykalny program polityczny. W kraju, w którym sukces mierzy się liczbą maili wysłanych po 23.00, sen zaczyna wyglądać jak forma obywatelskiego nieposłuszeństwa.
Może więc dzisiejsza pogoda wcale nie jest taka zła. Deszcz daje alibi. Nie trzeba kosić. Nie trzeba pielić. Nie trzeba „korzystać z lata”. Nie trzeba publikować w mediach społecznościowych zdjęcia stóp na pomoście z podpisem „chwilo trwaj”.
Można siedzieć. Pić kawę. Czytać. Patrzeć, jak pada. Przez chwilę niczego nie optymalizować. To jest dziś niemal luksus, bo świat przez całą dobę usiłuje nam wmówić, że trzeba gdzieś być, coś wiedzieć, coś komentować, coś kupić, coś obejrzeć, coś poprawić i najlepiej jeszcze zrobić dziesięć tysięcy kroków.
A może czasem nie trzeba. Może wystarczy przeżyć sobotę. Fitch nas dziś nie zdegraduje, Rosja nie polubi, Trump nie odwoła ceł tylko dlatego, że będziemy od dziewiątej rano odświeżać wiadomości.
Świata naprawdę jest za dużo. Dlatego na dziś proponuję program minimum: kawa. Śniadanie. Książka. Odrobina nudy. Gdyby ktoś pytał, co robimy dla zdrowia psychicznego, odpowiedzieć z godnością: nic. I konsekwentnie się tego trzymać przynajmniej do obiadu.

Dodaj komentarz