SOBOTA NA PLANECIE ABSURDU. OD WASZYNGTONU PRZEZ MOSKWĘ I TEHERAN AŻ PO WARSZAWĘ

Warszawa

Jest sobotni poranek. Normalny człowiek robi kawę, patrzy przez okno, zastanawia się czy kupić bułki czy croissanta. Tymczasem planeta Ziemia – to małe, niebieskie mieszkanie we Wszechświecie – wygląda dziś jak salon po imprezie prowadzonej przez pijanych piromanów.

Na środku pokoju stoi Donald Trump. Człowiek, który prowadzi politykę zagraniczną tak, jakby była konkursem na najgłośniejsze uderzanie pięścią w stół.

I właśnie odkrył coś, co w dyplomacji było oczywiste od stu lat: że Ameryka jednak potrzebuje sojuszników.

Olśnienie przyszło nagle. Jak grom z jasnego nieba albo raczej jak cegła spadająca na głowę.

Po miesiącach obrażania Europy, pouczania jej, straszenia cłami i traktowania NATO jak klubu golfowego dla bogatych wujków, Waszyngton nagle zorientował się, że wojna z Iranem nie jest grą komputerową.

I że w prawdziwym świecie przydają się bazy wojskowe, lotniska, tankowce i – o zgrozo – przyjaciele.

Problem w tym, że przyjaciele mają pamięć.

Premier Wielkiej Brytanii Keir Starmer spojrzał na pomysł bombardowania Iranu z brytyjskich baz z miną człowieka, który właśnie usłyszał propozycję grillowania w bibliotece.

I powiedział: nie.

Premier Hiszpanii Pedro Sánchez dorzucił coś jeszcze bardziej irytującego dla amerykańskiego ego – słowa „prawo międzynarodowe”.

A Francja, jak to Francja, zrobiła to co robi najlepiej: wzruszyła ramionami z elegancją kelnera w paryskiej restauracji i poinformowała, że wojna brzmi jak pomysł dość… nierozsądny.

Trump wpadł w furię. Bo Trump wierzy w dyplomację przypominającą negocjacje na bazarze: jeśli ktoś się nie zgadza, trzeba krzyczeć głośniej.

A kiedy krzyk nie działa, pojawia się drugi etap tej polityki: wielkie deklaracje.

Na przykład takie, że Iran musi dokonać „bezwarunkowej kapitulacji”.

Nie negocjacji. Nie rozmów. Nie kompromisu.

Kapitulacji.

Najlepiej jeszcze połączonej z wyborem – jak zapowiada Trump – „wspaniałego i akceptowalnego przywódcy”.

Czyli w skrócie: Ameryka bombarduje kraj, potem pomaga mu wybrać nowego szefa, a na końcu ogłasza sukces dyplomatyczny.

Brzmi to trochę jak plan remontu mieszkania polegający na wysadzeniu ściany dynamitem, a potem dumne ogłoszenie, że powstało więcej przestrzeni.

Trump potrafi przy tym bagatelizować rzeczy, które w innych epokach nazywano po prostu wojną światową w wersji demo.

Gdy pojawiły się pytania o możliwą pomoc Rosji dla Iranu, prezydent USA uznał to za „łatwy problem”.

Bo w tym samym czasie ważniejsza była dla niego… reforma uniwersyteckich rozgrywek sportowych.

Rakiety nad Bliskim Wschodem. Debata o sporcie akademickim w Białym Domu.

Tak wygląda współczesna geopolityka.


Na drugim końcu sceny siedzi Władimir Putin – człowiek, który podpalił pół Europy i teraz udaje strażaka.

Putin przypomina właściciela baru, który najpierw wywołał bójkę, a potem oferuje mediację między klientami.

Obok niego pojawia się Benjamin Netanjahu, który prowadzi politykę regionalną tak, jakby Bliski Wschód był planszą do Monopoly, tylko zamiast hoteli stawia się tam bazy wojskowe.

A nad tym wszystkim krąży cień Iranu – kraju, który w tej globalnej operze pełni rolę bohatera tragedii greckiej: wie, że wszystko zmierza ku katastrofie, ale i tak idzie dalej.


Europa wygląda w tym czasie jak strażacy próbujący gasić pożar w budynku, w którym politycy jednocześnie dolewają benzyny i prowadzą debatę, czy ogień jest wystarczająco patriotyczny.

Bruksela liczy miliardy dla Ukrainy. Viktor Orban blokuje decyzje z determinacją kota siedzącego na klawiaturze.

Jedno weto, drugie weto, trzecie weto – i cała Unia przypomina orkiestrę, w której jeden skrzypek postanowił grać marsza pogrzebowego w środku walca.

A Ukraina? Ukraina robi to, co robi od dwóch lat: walczy.

I nagle okazuje się, że kraj, który jeszcze niedawno miał „nie mieć kart”, stał się światowym ekspertem od niszczenia irańskich dronów.

Ironia historii jest tu tak gruba, że można by ją kroić nożem.


A teraz spójrzmy na własne podwórko.

Bo byłoby zbyt łatwo śmiać się tylko z Trumpa, Putina i reszty międzynarodowej menażerii, gdybyśmy nie mieli własnej, całkiem pokaźnej kolekcji politycznych eksperymentów.

W Polsce bowiem trwa festiwal pomysłów ekonomicznych, które wyglądają tak, jakby ktoś pisał podręcznik makroekonomii na serwetce w barze mlecznym o trzeciej nad ranem. Oto pojawia się pomysł „polskiego SAFE 0 procent”.

Prezydent Karol Nawrocki i prezes NBP Adam Glapiński ogłaszają, że Polska może mieć własny system finansowania zbrojeń – lepszy, bardziej patriotyczny i oczywiście tańszy niż unijny program.

Brzmi to trochę jak reklama cudownej patelni w telezakupach: nic nie przywiera, wszystko działa samo, i jeszcze jest za darmo. Tyle że ekonomia – niestety dla polityków – nie jest telezakupem.

Na ten pomysł zareagował profesor Leszek Balcerowicz. Jeden z najwybitniejszych polskich ekonomistów.

Człowiek, który współtworzył transformację gospodarczą po 1989 roku i przeprowadził Polskę z gospodarki socjalistycznej do kapitalizmu. Były minister finansów. Były prezes Narodowego Banku Polskiego.

Balcerowicz nie jest znany z przesadnych emocji. To raczej typ ekonomisty, który mówi spokojnie, liczy liczby i sprawdza, czy równanie się zgadza. Tym razem jednak jego diagnoza była krótka.

Z ekonomicznego i konstytucyjnego punktu widzenia – powiedział – jest to po prostu brednia.

Słowo mocne. Ale w ustach człowieka, który przez trzy dekady pilnował stabilności finansowej państwa, brzmi raczej jak diagnoza lekarza niż polityczna obelga.

Bo nagle okazuje się, że pomysł polega na czymś mglistym, niejasnym i przypominającym próbę wyciągnięcia pieniędzy z banku centralnego tak, żeby wyglądało to jak magia.

Rezerwy walutowe NBP – czyli finansowa poduszka bezpieczeństwa państwa – zaczęły w tej opowieści krążyć jak złote monety w bajce o Aladynie. Tyle że w prawdziwej ekonomii mają one chronić stabilność pieniądza.

Nie finansować polityczne pomysły dnia.

Profesor Ryszard Bugaj – ekonomista z bardziej socjalnej szkoły myślenia, często uznawany przez liberałów za ekonomicznego utopistę – spojrzał na sprawę z innej strony. I uznał, że cała operacja może być zwyczajną polityczną pułapką. Wielkim planem bez szczegółów. Planem, który dobrze wygląda w telewizji. Ale w praktyce stawia rząd w niewygodnej sytuacji.

Innymi słowy – polityka. A czasem nawet polityka w wersji kabaretowej.

I tak oto wielka geopolityczna opera świata ma także swój polski akt.

Na scenie globalnej Trump żąda bezwarunkowej kapitulacji Iranu.

Rosja przekazuje Teheranowi dane wywiadowcze.

Europa liczy miliardy i zastanawia się, jak przeżyć kolejną geopolityczną burzę.

A w Polsce toczy się dyskusja, czy można finansować obronność z pieniędzy, których ruszać właściwie nie wolno.

To trochę tak, jakby w czasie sztormu załoga statku prowadziła poważną debatę, czy można sprzedać koło ratunkowe, żeby kupić nową flagę.


Historia ma jedną brutalną cechę. Nie jest pisana przez najmądrzejszych. Najczęściej piszą ją ludzie o pewności siebie znacznie większej niż ich rozum.

Trump. Putin. Netanjahu. Orban. I dziesiątki lokalnych geniuszy w garniturach – także nad Wisłą – którzy patrzą na świat jak na planszę do gry. A reszta ludzkości siedzi w pierwszym rzędzie tego przedstawienia.

Z kawą. Z gazetą. I z coraz silniejszym podejrzeniem, że ktoś przez pomyłkę oddał stery cywilizacji ludziom, którzy nie powinni nawet prowadzić wózka sklepowego.

A jeśli historia kiedyś zapyta, jak wyglądał świat w tej epoce, odpowiedź będzie prosta:

To był moment, w którym najpotężniejsze państwa świata prowadziły politykę jak reality show.

A ekonomiści i obywatele mogli jedynie patrzeć na scenę i pytać:

kto właściwie zgubił instrukcję obsługi tej planety.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights