
Sobota przyszła nad ranem z wiadomością, że Radosław Piesiewicz najbliższe trzy miesiące może spędzić w miejscu, w którym Patek Philippe rzeczywiście nie jest szczególnie potrzebny, ponieważ plan dnia ustala administracja.
Katowicki sąd zdecydował o tymczasowym aresztowaniu prezesa Polskiego Komitetu Olimpijskiego. Posiedzenie zaczęło się około północy i skończyło około piątej rano. Prokuratura wskazała między innymi na obawę matactwa. Piesiewicz nie przyznaje się do winy. Jeszcze przed wejściem do sądu zdążył natomiast powiedzieć dziennikarzom, że stracił 200 tys. euro, zapłacił za zegarek i właściwie nie rozumie, do czego miałby się przyznawać.
Jest to linia obrony o niezwykłej elegancji.
Człowiek słucha i zaczyna podejrzewać, że nie uczestniczymy w postępowaniu karnym, tylko w reklamacji w butiku przy Bahnhofstrasse. „Ja straciłem, zegarek kupiłem, gotówką zapłaciłem, proszę następny paragon”.
Sąd najwyraźniej nie podzielił optymizmu klienta.
Piesiewicz staje się tym samym pierwszym znanym mi działaczem olimpijskim, dla którego najważniejszy wynik weekendu brzmi 3:0 dla prokuratury, przy czym rewanż odbędzie się przed sądem odwoławczym.
Afera Zondacrypto ma już tę właściwość dobrego serialu, że kiedy człowiek sądzi, iż zna całą obsadę, scenarzysta otwiera drzwi i wpuszcza następnego bohatera. Mieliśmy Monako, Ibizę, zegarki, polityków, fundacje, telewizję, byłych agentów, Romanowskiego rozglądającego się za Zatoką Perską, a teraz prezes PKOl jedzie do aresztu. Jeszcze trochę i okaże się, że logo Zondacrypto było ukryte na odwrocie polskiego godła.
Tymczasem Donald Tusk piątkowy wieczór spędził z młodzieżą na Campusie Polska w Olsztynie i dostał pytanie niezwykle sympatyczne: czy może nie byłoby już lepiej, gdyby zniknął z polityki i pozwolił komuś innemu zostać premierem.
Młodzież jednak potrafi rozmawiać z seniorami bez zbędnego paternalizmu.
Tusk odpowiedział, że gdyby pojawił się ktoś lepszy, to „by tę władzę wziął”, a on sam nie miałby problemu z jej oddaniem.
To jest piękna konstrukcja demokratyczna. Stanowisko jest otwarte. Kandydaci mogą się zgłaszać. Warunek jeden: muszą być lepsi od Donalda Tuska według Donalda Tuska.
Komisja rekrutacyjna działa więc sprawnie i od lat nie znalazła nikogo spełniającego wymagania.
Tusk tłumaczył również, że od dwudziestu lat trwa przeciw niemu kampania negatywna, a mimo to nadal ma około 40 proc. zaufania. Nie wiem, czy to był argument na rzecz dalszego premierostwa, czy próba wpisania się do Księgi Rekordów Guinnessa w kategorii „człowiek najdłużej obrażany, który nadal przychodzi do pracy”.
„Rzeczpospolita” podsumowała spotkanie jeszcze złośliwiej: premier nie złożył młodym specjalnych nowych obietnic, za to wyraźnie przedstawił polityczny wybór jako starcie jego obozu ze skrajną prawicą.
Sam Tusk mówił, że część polskiej prawicy „sprzeda Polskę w pięć minut”, ostrzegał przed przemocą, pogardą, prorosyjskimi tendencjami i kultem siły.
Młody człowiek przychodzi więc na Campus dowiedzieć się, jak kupić mieszkanie, znaleźć dobrą pracę i nie wyjechać po studiach do Danii, a otrzymuje komunikat: na razie nie dajcie faszystom przejąć kraju, o mieszkaniu porozmawiamy później.
Nie twierdzę, że ostrzeżenie jest bez sensu. Twierdzę tylko, że pokolenie dwudziestolatków ma niezwykłego pecha. Każde starsze pokolenie zaprasza je na spotkanie o przyszłości, po czym przez półtorej godziny opowiada mu o swoich przeciwnikach.
Ale młodzież ma wybór. Bo kiedy Tusk rozmawia z młodymi w Olsztynie, Karol Nawrocki otwiera dla nich dziś rezydencję prezydencką w Juracie.
Impreza nazywa się „Przyszłość.pl”, potrwa dwa dni, ma w niej uczestniczyć niemal 800 osób w wieku od 18 do 26 lat, a program przewiduje rozmowy, debaty, sport i koncerty. Kancelaria określa spotkanie nawet jako „formacyjne”.
I właśnie z częścią formacyjną zrobiło się ciekawie.
Na scenie ma bowiem wystąpić między innymi Skolim, którego repertuar wywołał taki niepokój, że Państwowa Komisja do spraw przeciwdziałania wykorzystaniu seksualnemu małoletnich zaapelowała o odwołanie koncertu, krytykując seksualizujący charakter części jego twórczości.
Uczestnicy imprezy są oczywiście pełnoletni, więc nikt nie musi zasłaniać im oczu ani zabierać telefonu o dwudziestej drugiej. Cały komizm polega raczej na zestawieniu.
Prezydent zapowiada formacyjne spotkanie o przyszłości Polski, wybitnych intelektualistów, rozmowy o tym, komu potrzebna jest Polska i kto jest potrzebny Polsce, a wieczorem młodzież może płynnie przejść od refleksji nad polską racją stanu do repertuaru Skolima.
Polska pedagogika państwowa jest dzięki temu niezwykle wszechstronna. Najpierw ojczyzna. Potem wartości. Następnie geopolityka. A po kolacji disco polo z testosteronem.
Zresztą na Campusie w Olsztynie też nie próżnują. Sobota zaczęła się tam od pływania o siódmej rano i jogi, potem zaplanowano rozmowę z ministrem energii Miłoszem Motyką, spotkanie ze Sławoszem Uznańskim-Wiśniewskim, później Władysława Kosiniaka-Kamysza, a po południu Włodzimierza Czarzastego.
To jest program tak kompletny, że człowiek może rano popływać, potem polecieć w kosmos, następnie omówić bezpieczeństwo państwa, a przed kolacją wysłuchać Czarzastego.
Po tym ostatnim przyda się jeszcze joga.
Ponieważ państwo najwyraźniej uznało, że sam Campus, Jurata i Zondacrypto nie zapewniają obywatelowi wystarczającego napięcia, MSWiA rozpoczyna dziś w całej Polsce Krajowy Trening Reagowania. W około 1400 punktach ludzie mają nauczyć się, co robić po usłyszeniu syreny, jak rozpoznawać wiarygodne informacje, gdzie szukać schronienia i co włożyć do plecaka ewakuacyjnego.
To akurat bardzo dobry pomysł. Tym bardziej że przeciętny Polak po ostatnim tygodniu ma już praktyczne podstawy kursu.
Gdy słyszy alarm — sprawdza telefon. Gdy widzi informację — sprawdza, czy nie wygenerowała jej AI. Gdy widzi kryptowalutę — szuka polityka. Gdy widzi luksusowy zegarek — szuka prokuratora. Gdy widzi ustawę — sprawdza, czy Nawrocki już ją zawetował.
Na koniec zostaje plecak. W obecnej sytuacji proponuję: dokumenty, woda, radio, latarka, powerbank i trochę gotówki. Kryptowalutę zostawiłbym w domu.
Za granicą natomiast weekend zaczyna się dla Rosji od dość przyziemnego problemu: zaczyna brakować benzyny. Według źródeł Reutersa produkcja benzyny pod koniec sierpnia spadła do poziomu odpowiadającego około 70 proc. krajowego zapotrzebowania, głównie wskutek kolejnych ukraińskich ataków dronowych na rafinerie. Rosja zwiększa import paliwa między innymi z Białorusi i Azji, a w części regionów znów pojawiają się ograniczenia sprzedaży.
Imperium, które od czterech i pół roku usiłuje przesuwać granice Europy czołgami, zaczyna więc mieć kłopot z tym, co nalać do baku.
Historia ma poczucie humoru brutalniejsze od Urbana.
Putin chciał odciąć Europę od rosyjskich surowców jako narzędzia nacisku, Europa szukała innych dostawców, a dziś Rosja sama importuje benzynę, bo Ukraińcy konsekwentnie zamieniają rafinerie w instalacje świetlne widoczne z satelity.
Oczywiście kryzys paliwowy nie kończy wojny. Rosja nadal ma wielki potencjał, wciąż zabija ludzi i niszczy ukraińską infrastrukturę. Ale wojna coraz częściej wraca do rosyjskiego obywatela w formie, którą rozumie bez telewizji państwowej: kolejki na stacji benzynowej.
I tak właśnie wchodzimy w sobotę.
Piesiewicz jedzie na trzy miesiące do aresztu i zapewnia, że przecież zapłacił za zegarek. Tusk czeka, aż pojawi się ktoś lepszy od Tuska. Nawrocki otwiera młodzieży Juratę, gdzie patriotyzm będzie się mieszał ze Skolimem. Państwo uczy obywateli pakować plecaki ewakuacyjne. Rosjanie importują benzynę. A młodzi Polacy mogą wybierać między Campusem, Przyszłość.pl, jogą, Czarzastym i nocnym badmintonem.
To ostatnie brzmi zresztą najrozsądniej.
Lotka przynajmniej nie ma konta na X, nie bierze zegarków i jeszcze nigdy nie zawetowała ustawy.

Dodaj komentarz