SOBOTA, CZYLI NAWROCKI SŁUCHA MŁODYCH, SKOLIM ŚPIEWA, A PIESIEWICZ MA TRZY MIESIĄCE CISZY

Warszawa

Sobota była dniem sukcesji. W Norwegii po śmierci Haralda V tron obejmuje Haakon, a w Polsce trwa znacznie bardziej skomplikowana operacja ustalania, kto po kim obejmie władzę, kto jej nie odda, kto ją zawetuje i kto przez najbliższe trzy miesiące będzie nią zainteresowany głównie z lektury gazet. „Rzeczpospolita” słusznie zestawiła norweską sukcesję z naszym krajowym pytaniem o wybory 2027 roku i przyszłość Donalda Tuska.

Norwegowie mają tutaj niewątpliwą przewagę organizacyjną. Król umiera, wiadomo, kto będzie królem, kraj funkcjonuje dalej i nikt nie organizuje konferencji prasowej pod hasłem „Osiem wariantów sukcesji i trzy możliwe listy wyborcze”.

W Polsce byłoby to nie do przyjęcia.

U nas nawet żyjący premier musi tłumaczyć młodzieży na Campusie Polska, że właściwie chętnie odda władzę komuś lepszemu, tylko ten lepszy powinien najpierw się pojawić i ją sobie wziąć. „Rzeczpospolita” streściła to brutalniej: Tusk młodym obiecał, że władzy nie odda.

To jest bardzo polska odmiana skromności. Nie twierdzę, że jestem najlepszy, tylko uprzejmie informuję, że jak dotąd nie znaleziono nikogo lepszego.

Ale prawdziwe święto młodości odbyło się nie w Olsztynie, lecz w Juracie, gdzie Karol Nawrocki zorganizował własną odpowiedź na Campus pod nazwą „Przyszłość.pl”. Około ośmiuset młodych ludzi wpuszczono do prezydenckiej rezydencji, gdzie mieli rozmawiać o Polsce, wartościach, przyszłości, współpracy pokoleń i zapewne o wszystkim, o czym ludzie między osiemnastym a dwudziestym szóstym rokiem życia marzą podczas ostatniego weekendu sierpnia.

Nawrocki wcześniej nazwał wydarzenie „formacyjnym” i zapowiedział debaty o tym, „komu potrzebna jest Polska” oraz „kto jest potrzebny Polsce”.

Już samo słowo formacyjne przy spotkaniu młodzieżowym budzi mój szacunek. Człowiek jedzie nad morze, myśli, że będzie grill, plaża i może jakaś muzyka, a tu na wejściu okazuje się, że właśnie trwa formowanie.

Jeszcze pięć minut i powstanie nowy Polak.

Największą atrakcją formacyjną okazał się jednak Skolim. Państwowa Komisja do spraw przeciwdziałania pedofilii apelowała wcześniej o odwołanie jego koncertu, wskazując na seksualizujący charakter części repertuaru. Kancelaria nie zrezygnowała, a jeden z jej przedstawicieli tłumaczył, że teksty artysty nie są aż tak wulgarne i że młodzi przecież lubią muzykę „lekko pikantną”. Koncert zgodnie z planem się odbył.

I tutaj dopiero widać wielkość pedagogicznego zamysłu Pałacu.

Najpierw młodzież słucha o narodowej wspólnocie, odpowiedzialności międzypokoleniowej i przyszłości Rzeczypospolitej, a następnie przechodzi do Skolima.

Wychowanie kompletne. Patriotyzm, geopolityka, wspólnota narodowa i latino. Piłsudski miał Legiony, Nawrocki ma playlistę.

Sam prezydent podczas wystąpienia oznajmił, że „dyskutowanie o przyszłości Polski bez młodzieży nie jest z całą pewnością pełne”, określił się jako przedstawiciel „średniego pokolenia” i zapewnił, że będzie słuchał młodych podczas podejmowania decyzji. Mówił też o budowaniu narodowej wspólnoty między pokoleniami.

Sama idea słuchania młodych jest oczywiście rozsądna. Problem zaczyna się, kiedy polityk tak długo mówi młodym, że chce ich słuchać, że nie zostaje już czasu, żeby młodzi coś powiedzieli.

Najbardziej urzekło mnie jednak prezydenckie odkrycie, że przyszłość Polski bez młodzieży byłaby niepełna.

Dobrze, że zostało to ustalone. Pozostawała bowiem obawa, że przyszłość uda się przeprowadzić wyłącznie z emerytami.

Nawrocki chce również „połączenia pokoleń”, co brzmi bardzo ładnie i można by nawet potraktować poważnie, gdyby cała impreza nie przypominała politycznego focus group urządzonego na plaży. „Rzeczpospolita” napisała zresztą wprost, że prezydent chce posłuchać młodych trochę jak na wielkiej grupie fokusowej.

Campus ma swoich młodych. Pałac ma swoich młodych. Teraz czekamy, aż Konfederacja zorganizuje własnych młodych, PSL znajdzie jakiegoś młodego, a Lewica powoła komisję do spraw młodych. Na końcu polska młodzież odkryje, że wszyscy jej słuchają, tylko mieszkanie nadal kosztuje milion.

Sobota przyniosła też definitywną zmianę warunków pracy Radosława Piesiewicza. Sąd zdecydował o trzymiesięcznym areszcie dla prezesa PKOl w związku ze sprawą Zondacrypto. Piesiewicz nie przyznaje się do winy, a areszt jest środkiem zapobiegawczym, nie wyrokiem.
Najbardziej polski element tej historii polega na tym, że według medialnych analiz Piesiewicz może formalnie nadal pozostawać prezesem PKOl także w areszcie.

Organizacja olimpijska osiągnęła więc nowy poziom mobilności zawodowej. Można pracować zdalnie. Można hybrydowo. Można najwyraźniej również penitencjarnie. Nie wiem tylko, jak wygląda zebranie zarządu i czy statut przewiduje wniesienie znicza olimpijskiego przy widzeniu.

Tymczasem tysiące Norwegów żegnały Haralda V przed pałacem w Oslo. W całym naszym sobotnim teatrze jest w tej scenie coś niemal egzotycznego: monarcha umiera, obywatele okazują szacunek, następca jest znany, państwo nie urządza z tego wojny plemiennej, a nikt nie próbuje policzyć, czy Haakon bardziej mobilizuje elektorat miejski czy wiejski.

Można spokojnie zazdrościć. Na pocieszenie pozostaje nam turystyka. Polska staje się tak atrakcyjna, że zaczynamy mieć problem z nadmiarem turystów. Liczba przyjazdów w pierwszym kwartale wzrosła o 19 proc., a Kraków, Zakopane i Wrocław uczą się pojęcia „overtourism”. Kraków odwiedziło w ubiegłym roku 16,5 mln gości.

Przez trzydzieści lat martwiliśmy się, że świat nas nie zauważa. Teraz zaczynamy się martwić, że zauważył. To także jest postęp.

Na sam koniec „Rzeczpospolita” przyniosła wiadomość z Japonii, gdzie ratownicy proszą mieszkańców, żeby podczas interwencji nie poprawiali im butów. Japońska uprzejmość każe gospodarzowi ustawić obuwie gościa tak, żeby łatwiej było mu wyjść, ale ratownicy ustawiają je celowo według swoich ról i poprawianie może kosztować nawet trzydzieści sekund.
To piękna wiadomość na zakończenie polskiej soboty.

Japończycy muszą apelować do obywateli, żeby nie byli aż tak pomocni. My wciąż czekamy, żeby politycy zaczęli być pomocni choć trochę. Na razie jeden słucha młodzieży przy Skolimie, drugi nie chce oddawać władzy, prezes olimpijski może zarządzać z aresztu, a Donald Trump w międzyczasie sam ogłosił się największym prezydentem w historii Stanów Zjednoczonych, przed Lincolnem i Washingtonem.

Sobota potwierdziła więc starą zasadę: świat jest znacznie zabawniejszy, odkąd politycy przestali potrzebować satyryków.

Wystarczy ich dokładnie cytować.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights