
Poranek w Polsce jest zjawiskiem osobliwym. Nie budzi nas już śpiew ptaków, zapach kawy ani promienie słońca wpadające przez firankę jak w reklamie margaryny z 1997 roku. Budzi nas alarm telefonu brzmiący jak syrena przeciwlotnicza, kredyt hipoteczny i świadomość, że znowu trzeba udawać rozsądnego człowieka.
Miasto o szóstej rano wygląda jak plan filmu o końcu świata kręcony za skromny grant z ministerstwa kultury. Tramwaje suną przez ulice z godnością starych wielorybów. Ludzie stoją na przystankach owinięci w kurtki i własne rozczarowania. Ktoś trzyma kubek kawy tak kurczowo, jakby w środku znajdowała się ostatnia nadzieja zachodniej cywilizacji.
I wtedy pojawia się ON. Współczesny bohater naszych czasów. Człowiek, który nie je śniadania.
To jest dziś cała filozofia życia. Nie jeść śniadania. Być zabieganym. Być zmęczonym. Pić kawę na pusty żołądek jak włoski mafioso po rozwodzie. Potem wrzucić na Instagram zdjęcie laptopa, croissanta i podpis: „Morning vibes”. A następnie o jedenastej zjeść drożdżówkę wielkości materaca i zastanawiać się, dlaczego organizm przypomina emocjonalnie zepsuty automat do gry.
Naukowcy tymczasem wykonali kolejne heroiczne zadanie w historii ludzkości i odkryli coś, co nasze babcie wiedziały od czasów, gdy człowiek przechowywał pieniądze w skarpecie. Śniadanie jednak warto jeść.
To naprawdę piękne. Ludzkość wysłała sondy w kosmos, stworzyła sztuczną inteligencję, zbudowała rakiety wielokrotnego użytku, a po stu latach badań wróciła do punktu wyjścia i z powagą oznajmia: „Proszę państwa, kromka chleba rano była jednak niezłym pomysłem”.
Babcia oczywiście nie potrzebowała do tego żadnych badań z Barcelony. Babcia miała intuicję i drewnianą łyżkę. To wystarczało.
Dzisiejszy człowiek natomiast musi przeczytać siedem artykułów, obejrzeć trzy podcasty i wysłuchać brodatego dietetyka w beżowym golfie, który z powagą tłumaczy przez dwie godziny, że organizm jednak lubi jedzenie.
Najbardziej rozczulający są ludzie żyjący na tak zwanym poście przerywanym. To jest współczesna religia klasy średniej. Dawniej człowiek pościł, bo była bieda albo Wielki Piątek. Dziś pości, bo obejrzał filmik faceta z Kalifornii, który wygląda jak skrzyżowanie jogina z właścicielem sklepu z eko-mydłem.
I taki człowiek chodzi potem dumny. Nie je do czternastej. Jest głodny. Jest rozdrażniony. Nienawidzi ludzi. Ale za to mówi wszystkim, że „organizm wszedł w autofagię”. Brzmi to groźnie, trochę jak nazwa japońskiego potwora niszczącego Tokio.
Potem jednak przychodzi wieczór. I oto ten sam człowiek, który od rana opowiadał o dyscyplinie metabolicznej, wpada do kuchni jak dzik do ogródka działkowego. Nagle zjada pół lodówki, hummus, trzy tosty, garść orzechów i kawałek sera odgryziony bezpośrednio z opakowania. A o północy kończy dramatycznie chipsami, patrząc w ekran Netflixa z miną człowieka, który przegrał życie i dodatkowo serial okazał się słaby.
Naukowcy tymczasem spokojnie tłumaczą, że organizm naprawdę lubi regularność. Że rano dobrze jest coś zjeść. Że metabolizm działa wtedy lepiej. Że człowiek mniej rzuca się później na słodycze. Czyli dokładnie to, co każda polska matka mówiła od trzydziestu lat między smażeniem jajecznicy a szukaniem skarpetek dzieciom.
Ale współczesny człowiek nie ufa matce. Współczesny człowiek ufa dopiero wtedy, gdy informację potwierdzi instytut z Barcelony, profesor z Baltimore albo podcaster nagrywający z pokoju urządzonego jak minimalistyczny bunkier dla influencerów.
Śniadanie jest zresztą lustrem społeczeństwa. Francuz je rogalika i wygląda, jakby zaraz miał pisać egzystencjalną powieść o zdradzie. Anglik zjada fasolkę i bekon, jakby przygotowywał się do odbicia Normandii. Polak natomiast robi kanapki. Od wieków. Kanapka jest narodowym symbolem stabilności. Polak nawet w kryzysie geopolitycznym potrafi zrobić kanapkę z żółtym serem i powiedzieć: — JAKOŚ TO BĘDZIE.
I może właśnie dlatego ten kraj jeszcze istnieje. Nie dzięki politykom. Nie dzięki ekspertom. Nie dzięki kolejnym narodowym mesjaszom z YouTube’a. Tylko dzięki ludziom, którzy rano smarują chleb masłem i próbują przeżyć dzień bez kompletnego załamania psychicznego.
Dietetycy dziś tłumaczą, że śniadanie powinno zawierać białko, błonnik i zdrowe tłuszcze. Bardzo słusznie. Ale człowiek czyta potem taki artykuł i czuje się jak nieudolny mechanik próbujący odpalić kombajn.
Skyr. Chia. Awokado. Tofucznica. Jagody goji.
Za chwilę okaże się, że żeby zjeść poprawne śniadanie, trzeba będzie mieć doktorat z biochemii i własną plantację w Peru.
Tymczasem połowa Polski nadal żyje na diecie pod tytułem „kawa i nerwy”. Kawa rano stała się już właściwie osobnym stanem psychicznym. Ludzie piją ją dziś z takim nabożeństwem, jak dawniej całowano relikwie. Bez kawy naród prawdopodobnie rozpadłby się przed południem na drobne województwa.
W biurach odbywa się codziennie ten sam rytuał. Ludzie wchodzą półprzytomni. Mruczą „cześć”. Nikt jeszcze nie jest człowiekiem. Dopiero po pierwszej kawie zaczyna wracać mowa, pamięć i podstawowe funkcje społeczne. Po drugiej człowiek jest gotów odpowiadać na maile. Po trzeciej zaczyna wierzyć, że jednak da się przeżyć do emerytury.
Najpiękniejsze jest jednak to, że cała ta nowoczesna dieta i biohacking kończą się często dokładnie tam, gdzie kończy się większość ludzkich ambicji. Przy lodówce o dwudziestej trzeciej.
Bo człowiek może czytać o insulinie, kortyzolu i glukagonie. Może słuchać podcastów o mitochondriach. Może nawet kupić shot z kurkumy za dwadzieścia trzy złote w modnej kawiarni dla ludzi ubranych wyłącznie na beżowo.
Ale gdy wraca wieczorem zmęczony życiem, polityką, szefem i kolejnym występem Mentzena opowiadającego ekonomię z energią człowieka reklamującego fotowoltaikę na festynie powiatowym, to i tak otwiera lodówkę z miną poszukiwacza złota.
I wtedy zaczyna się prawdziwa demokracja. Parówka. Ser. Resztka sałatki. Kawałek ciasta. Ogórek. Wszystko równe wobec nocnego głodu.
Naukowcy mogą oczywiście dalej prowadzić badania. Bardzo dobrze. Cywilizacja potrzebuje nauki. Ale podejrzewam, że całą tajemnicę zdrowego życia można by sprowadzić do jednej starej rady polskiej babci:
„Zjedz coś rano, nie wygłupiaj się i idź normalnie do ludzi”.
I jest w tym więcej mądrości niż w połowie internetowych poradników wellness. Bo współczesny człowiek naprawdę zaczyna przypominać smartfon z rozładowaną baterią. Niby nowoczesny. Niby inteligentny. A bez porządnego śniadania do południa działa już tylko w trybie awaryjnym.
Piękne czasy. Naród siedzi rano nad owsianką z chia i zastanawia się, czy dodać jagody goji, podczas gdy politycy nadal próbują sprzedać obywatelom tę samą starą mielonkę emocji.
Ale przynajmniej człowiek najedzony łatwiej odróżnia rozsądek od propagandy. Głodny obywatel jest niebezpieczny. Najpierw kupuje drożdżówkę. Potem zaczyna wierzyć Braunowi. A od tego już naprawdę niedaleko do katastrofy metabolicznej i ustrojowej jednocześnie.

Dodaj komentarz