




Są w Polsce tradycje piękne, wzruszające, pełne refleksji… i jest miesięcznica smoleńska. To coś pomiędzy nabożeństwem a wiecem wyborczym, przyprawione modlitwą, groźbą i obowiązkową porcją nienawiści. A wszystko podlane sosem mesjanizmu, w którym Jarosław Kaczyński tapla się jak kot w misce ciepłego mleka.
Tym razem, jak co miesiąc, Wielki Narrator Polskiej Prawdy objawił się ludowi, żeby przypomnieć, że tragedia sprzed piętnastu lat to nie była katastrofa, tylko zbrodnia, i że „prawda” w tej sprawie jest tak niepodważalna, że wciąż jej nikt nie udowodnił. Ale to szczegół – prawda w wykonaniu prezesa nie wymaga dowodów, wystarczy, że on ją ogłosi.
A że pojawiła się garstka ludzi z plakatami, na których napisano „kłamca” – to przecież oczywiste, że nie są to obywatele, tylko „śmiecie po SB”. Prezes zna ludzi jak nikt – szczególnie tych, którzy go nie lubią. Ba, on ma dla nich gotowy plan – więzienie. Tak po prostu, bez sądu. Bo Jarosław Kaczyński nie bawi się w demokrację – on się w nią przebiera.
Trudno powiedzieć, co bardziej przeraża w tym corocznym teatrzyku: to, że prezes PiS co miesiąc z dumą pluje na współobywateli, czy to, że ma wokół siebie tłum, który mu bije brawo, jakby rozdawał darmowe paczki makaronu. Ten tłum, pełen gorliwych wyznawców, łapie każde słowo, kiwa głowami, a w przerwach między „Amen” a „Jarosław, Polskę zbaw” patrzy na prezesa z nabożnym zachwytem.
Kaczyński doszedł już do takiego etapu politycznej degeneracji, że nie udaje nawet, iż mówi do wszystkich Polaków. Nie – on mówi wyłącznie do swojej sekty, do tych, którzy wierzą w każde jego słowo i gotowi są uwierzyć, że katastrofę smoleńską zaplanowali osobiście Putin, Tusk i zapewne pan w czapce z „Monopolu” jako pośrednik.
Przy tym wszystkim jest w tym smutna prawidłowość: im mniejsze poparcie ma prezes, tym większa jego pogarda. Pogarda dla prawa, pogarda dla przeciwników, pogarda dla tych, którzy ośmielają się mieć własne zdanie. I owszem, to działa – jego wierni czują się silni jego wulgarną retoryką. „Śmiecie” – mówi prezes – a oni słyszą: „To nie my, to tamci! My jesteśmy solą tej ziemi!”.
Gdyby Kaczyński miał jeszcze choć odrobinę wstydu, to miesięcznice byłyby wspomnieniem tragedii, a nie comiesięcznym castingiem na najbardziej zacietrzewionego fanatyka. Ale on wstydu nie ma. On ma misję. A misja prezesa jest prosta: dzielić, obrażać, straszyć. I przypominać wszystkim, że bez niego Polska by się rozpadła, a my wszyscy jedlibyśmy już rosyjski chleb z rosyjską solą – najlepiej w obozie reedukacyjnym.
W tej logice protestujący są śmieciami, a wyznawcy – złotem. Złotem w sztabkach, z którego można odlać każdy dowolny kształt: orła w koronie, tablicę pamiątkową czy kolejną wersję pomnika brata. I choć ten złoty tłum powoli się kurczy, Jarosław wie, że zawsze będzie miał swoją wierną gwardię, gotową przyjść w deszcz, śnieg czy upał, by posłuchać, jak ich idol naparza w przeciwników politycznych słowami z rynsztoka.
I tak oto miesięcznica staje się nie modlitwą, a pokazem siły – tyle że siły języka nad rozumem.

Dodaj komentarz