SŁOŃCE WSTAŁO, KOMPUTER TEŻ, TYLKO CZŁOWIEK NIEPOTRZEBNIE OTWORZYŁ WIADOMOŚCI

Warszawa

Słońce obudziło mnie rano.

Nie wiem po co.

Nie zamawiałem pobudki, nie miałem pociągu, nie oczekiwałem listonosza, hydraulika ani delegacji państwowej. Niedziela powinna przychodzić dyskretnie, na palcach, zostawiać pod drzwiami świeże pieczywo i wycofywać się bez zadawania pytań. Tymczasem słońce wdarło się przez okno jak kontrola skarbowa, oświetliło kurz, zmarszczki, rachunki oraz wszystkie miejsca, których człowiek w sobotę rozsądnie nie sprzątnął.

Organizm otworzył oczy, ale nie podjął dalszej współpracy.

Leżałem więc i przez chwilę udawałem martwego, licząc, że niedziela mnie nie zauważy. Niestety, współczesny człowiek ma w domu komputer. Jest to urządzenie skonstruowane po to, aby natychmiast poinformować go, że gdzieś wydarzyło się coś strasznego, ktoś powiedział coś głupiego, a przedmiot, który kupił wczoraj, dziś jest tańszy o trzydzieści procent.

Wstałem, odpaliłem komputer i odechciało mi się wstawać.

To najbardziej wydajny cykl aktywności dostępny człowiekowi po siedemdziesiątce: wstaje, czyta wiadomości i natychmiast rozumie, że łóżko miało rację.

Ekran rozbłysnął. Świat wykorzystał okazję i zaatakował.

W Berlinie samochód wjechał w tłum uczestników Christopher Street Day, jednej z największych europejskich Parad Równości. Zginęła jedna osoba, co najmniej szesnaście zostało rannych, kilka ciężko. Niemiecka policja zidentyfikowała podejrzanego, mającego związki ze środowiskami islamistycznymi, i prowadziła obławę. Motyw nadal był badany.

Tu dowcip się kończy, zanim zdążył się rozpocząć.

Można szydzić z polityków, którzy przy każdej tragedii ustawiają się do kamer według wzrostu i znaczenia. Można kpić z ekspertów, którzy pięć minut po wydarzeniu znają już motyw, profil psychologiczny, geopolityczne skutki oraz przewidywany wynik następnych wyborów. Nie wolno jednak żartować z człowieka, który wyszedł świętować wolność, a nie wrócił do domu.

Atak na Paradę Równości jest czymś więcej niż kolejnym komunikatem policyjnym. Jest próbą powiedzenia ludziom, że ich widoczność ma być karana strachem. Że wspólnota, która wychodzi na ulicę z kolorami, muzyką i prawem do własnego życia, powinna pamiętać, iż ktoś może zamienić samochód w broń.

Terrorysta chce nie tylko zabić. Chce urządzić się w naszej głowie, najlepiej na stałe, z prawem do decydowania, gdzie pójdziemy, z kim staniemy i czego będziemy się bać.

Europa odpowie teraz świecami, kwiatami, minutami ciszy oraz zapewnieniem, że nie da się zastraszyć. Następnie stacje telewizyjne przez całą dobę będą pokazywać ten sam fragment ulicy, ten sam rozbity samochód i tego samego reportera stojącego pięćdziesiąt metrów od miejsca, gdzie nie dzieje się już nic, ale transmisja trwa.

Reporter powie:

— Za mną widać park Tiergarten. Sytuacja jest spokojna, jednak napięcie można wyczuć w powietrzu.

Napięcie najłatwiej wyczuwa człowiek, który musi mówić przez sześć minut, choć posiada informacje wystarczające na dwadzieścia sekund.

W studiu pojawi się ekspert od terroryzmu, ekspert od islamu, ekspert od Niemiec, ekspert od skrajności, ekspert od bezpieczeństwa imprez masowych oraz człowiek podpisany jako „były funkcjonariusz służb”, który będzie wyglądał tak, jakby nadal pozostawał funkcjonariuszem, tylko służby nie zdążyły mu tego powiedzieć.

Niedziela miała być dniem odpoczynku. Już o ósmej rano telewizja zorganizuje nam specjalne wydanie lęku.

Kliknąłem dalej. Francja płonie. Hiszpania płonie. Europa coraz mniej przypomina kontynent, a coraz bardziej źle nadzorowany grill, przy którym wszyscy spierają się o regulamin, podczas gdy obrus zajął się ogniem.

W Żyrondzie ewakuowano 167 tysięcy ludzi. Kolejne dziesiątki tysięcy opuszczały domy w Landach. Ogień przesuwał się w stronę przedmieść Bordeaux, a Francja rzuciła do walki strażaków, wojsko, samoloty i śmigłowce. W Hiszpanii rozszerzano stan wyjątkowy, dziesiątki tysięcy ludzi ewakuowano albo kazano im pozostać w domach. Łącznie pożary we Francji i Hiszpanii wygnały z domów ponad ćwierć miliona osób.

We Francji pożar osiągnął taką skalę, że zaczął wytwarzać własny wiatr. Nawet ogień ma już własną politykę energetyczną.

Człowiek przez lata słuchał, że zmiany klimatu są przesadą, spiskiem klimatystów, sposobem na odebranie kotleta i próbą wprowadzenia komunizmu za pomocą pompy ciepła. Teraz lasy produkują własną pogodę, przedmieścia Bordeaux są ewakuowane, a rządy wysyłają wojsko przeciw temperaturze.

Klimat prowadzi debatę w sposób mało parlamentarny. Nie zaprasza do studia, nie respektuje czasu antenowego i nie czeka, aż politycy uzgodnią poprawkę. Po prostu podpala trzydzieści dwa tysiące hektarów, zmienia kierunek wiatru i pyta:

— Czy chcieliby państwo jeszcze raz porozmawiać o kosztach transformacji?

Oczywiście chcielibyśmy.

Człowiek jest jedynym stworzeniem, które stojąc w płonącym domu, potrafi zorganizować panel dyskusyjny pod tytułem „Czy na pewno jest cieplej?”. Jeden ekspert przyniesie wykres. Drugi zakwestionuje metodologię. Trzeci przypomni, że pożary zdarzały się zawsze. Czwarty ogłosi, że winne są unijne regulacje. Piąty będzie mówił zdalnie z klimatyzowanego apartamentu i ostrzeże przed ideologią chłodu.

W mediach społecznościowych ktoś napisze, że lasy podpalono celowo, aby zbudować farmy wiatrowe. Ktoś drugi wyjaśni, że smugami kondensacyjnymi steruje pogoda. Ktoś trzeci pokaże zdjęcie termometru leżącego na słońcu i udowodni, że meteorolodzy kłamią, ponieważ termometr wskazuje pięćdziesiąt osiem stopni.

Dawniej, gdy wieś widziała dym, ludzie brali wiadra. Dziś biorą telefony i pytają algorytm, kto na tym zarobi.

Pożary wpłynęły nawet na Tour de France. Francuzi skrócili ostatni etap, żeby zwolnić policję i służby potrzebne w walce z żywiołem. To niezwykle rozsądna decyzja, choć dla kibica kolarstwa oznacza, że nawet największy wyścig świata musi ustąpić przed rzeczywistością. Sport długo udaje, że świat nie istnieje, ale kiedy płonie trasa, sponsor ma jednak trudności z ustawieniem bramy reklamowej.

Kolarze pojadą krócej. Komentatorzy będą mówić tak samo długo.

Kliknąłem dalej. Rosja ponownie zaatakowała Kijów pociskami balistycznymi. Alarm trwał około pięćdziesięciu minut. Odłamki spadły między innymi na osiemnastopiętrowy budynek mieszkalny, wywołując pożar między siódmym a ósmym piętrem. Nad ranem nie było informacji o ofiarach. Relacja z nocnego ataku na Kijów

W Warszawie pięćdziesiąt minut to przeciętne opóźnienie wizyty lekarskiej i krótki panel polityczny. W Kijowie pięćdziesiąt minut oznacza siedzenie w schronie i zastanawianie się, czy po odwołaniu alarmu będzie jeszcze dokąd wracać.

Putin bombarduje miasta w nocy, ponieważ noc ma szczególną wartość dla terroru. Człowiek wyrwany ze snu syreną nie jest obywatelem, wyborcą ani uczestnikiem debaty. Jest nagim lękiem w kapciach, szukającym telefonu, dziecka, dokumentów i najbliższej ściany bez okien.

Potem przychodzi poranek. Strażacy gaszą mieszkania, mieszkańcy zamiatają szkło, a rosyjska telewizja wyjaśnia, że cel osiągnięto zgodnie z planem i trafiono wyłącznie w obiekty wojskowe. Rosyjski pocisk posiada bowiem szczególną zdolność: nawet kiedy wpada do salonu, Kreml rozpoznaje w kanapie centrum dowodzenia NATO.

Prezydent Kazachstanu Kasym-Żomart Tokajew zaapelował do Putina, aby zamrozić wojnę. To również znak czasów. Sojusznicy Rosji nie proszą już o pokój, lecz o zamrażanie. Wiedzą, że Putin nie rozumie słowa „koniec”, natomiast „zamrożenie” brzmi dla niego jak przerwa techniczna przed następnym atakiem.

Wojna trwa już tak długo, że weszła do codziennego serwisu między pogodą a sportem. Człowiek czyta: rakiety na Kijów, pożary w Hiszpanii, wyniki wyborów, promocja na ekspres do kawy. Największym zwycięstwem barbarzyństwa jest chwila, kiedy zaczynamy przewijać je kciukiem.

Kliknąłem dalej, chociaż rozsądek stał już za mną i szeptał: — Nie rób tego. Zaparz kawę. Popatrz na drzewo. Drzewo jeszcze nie wydało oświadczenia. Nie posłuchałem.

W Brazylii Flávio Bolsonaro, syn byłego prezydenta Jaira Bolsonaro, oficjalnie rozpoczął kampanię prezydencką. Zapowiedział, że chce „uwolnić” Brazylię, ponieważ kraj został podobno „porwany”. Sondaż Datafolha dawał Luli da Silvie 48 proc. poparcia w drugiej turze, a Fláviowi Bolsonaro 43 proc.

Świat polityczny zaczyna przypominać rodzinny warsztat rzemieślniczy. Ojciec był prezydentem, więc syn również czuje powołanie. Nie wiadomo, czy powołanie przyszło we śnie, w sondażu czy podczas rodzinnego obiadu, gdy padło pytanie: — Flávio, skoro już nosisz nazwisko, może poprowadzisz kraj?

Dawniej po ojcu dziedziczyło się gospodarstwo, sklep, kancelarię albo zegarek. Dzisiaj dziedziczy się elektorat, hasła, wrogów, konto w mediach społecznościowych i przekonanie, że naród jest częścią rodzinnego majątku.

Flávio ogłosił, że Brazylia została porwana i wymaga uwolnienia. Jest to uniwersalny język populizmu. Kraj zawsze jest porwany, zdradzony, upokorzony, sprzedany albo okupowany przez kogoś, kto akurat wygrał wybory. Kandydat nigdy nie proponuje zwykłego programu. On przybywa na białym koniu, by wyzwolić ojczyznę, obniżyć podatki, rozprawić się z przestępczością i odzyskać zdrowy rozsądek, który poprzedni rząd podobno wywiózł ciężarówką.

Gdy populista przegrywa, naród został oszukany. Gdy wygrywa, naród się przebudził. Gdy po czterech latach jest gorzej, przeszkadzały mu elity, sądy, media, urzędnicy, zagranica, pogoda oraz rzeczywistość.

Rzeczywistość jest największym wrogiem każdego prostego programu.

Na inauguracji kampanii Flávia pokazano wygenerowane przez sztuczną inteligencję przesłanie jego ojca. To niezwykle nowoczesne. Dawniej polityk występował osobiście. Później nagrywał film. Teraz można wygenerować jego obraz, głos, emocje oraz poparcie bez potrzeby konsultowania tego z samym zainteresowanym.

W następnym etapie sztuczna inteligencja wygeneruje kandydata, wyborców, debatę i zwycięstwo. Człowiek będzie potrzebny wyłącznie do zapłacenia podatku.

Po czterech wiadomościach świat przedstawił się więc jasno.

W Berlinie fanatyk zaatakował ludzi świętujących wolność. Francja i Hiszpania płonęły. Kijów znowu chował się przed rakietami. W Brazylii kolejny Bolsonaro zgłosił rodzinne prawo do ratowania ojczyzny.

Była ósma rano.

Kawa jeszcze nie zdążyła zadziałać, a cywilizacja już wymagała gruntownego remontu.

Niedziela jest jedynym dniem, w którym człowiek naiwnie oczekuje, że świat również zwolni. Liczy, że wojny wezmą wolne, pożary przystaną, terroryści prześpią alarm, politycy pójdą z rodziną na spacer, a media pokażą kaczkę prowadzącą młode przez ulicę.

Świat nie zna jednak niedzieli.

Rakieta nie pyta o kalendarz. Pożar nie zachowuje ciszy nocnej. Fanatyzm nie odpoczywa po tygodniu pracy. Kampania wyborcza zaczyna się zawsze wtedy, gdy kandydatowi uda się ustawić mównicę.

Tylko sklepy bywają zamknięte, żeby człowiek nie mógł kupić niczego na poprawę nastroju.

W Polsce niedzielny poranek ma własną liturgię. Najpierw dzwony. Potem kawa. Następnie programy polityczne, w których zaproszeni goście udowadniają, że szacunek dla dnia świętego polega na przerywaniu sobie z większą godnością.

Prowadzący pyta:

— Czy po rozłamie w PiS kończy się epoka Jarosława Kaczyńskiego?

Pierwszy gość odpowiada, że zdecydowanie tak. Drugi, że absolutnie nie. Trzeci, że pytanie jest źle postawione. Czwarty zaczyna mówić o Tusku. Piąty przypomina, że próbował zabrać głos już wcześniej. Po dwudziestu minutach nikt nie pamięta pytania, ale wszyscy są przekonani, że wygrali.

PiS rozpadł się w piątek, w sobotę amputował sobie zdrowe płuco, a w niedzielę eksperci będą badać, czy pacjent oddycha. Morawiecki będzie nadal wiedział, jak wygrać z Tuskiem. Kaczyński będzie wiedział, kto zdradził. Sasin będzie wiedział, że ostrzegał. Czarnek będzie wiedział wszystko.

Donald Tusk może w tym czasie spokojnie zjeść śniadanie.

Nie musi nic robić. Wystarczy, że prawica samodzielnie prowadzi operację na otwartym organizmie przy włączonych kamerach.

Niedzielny widz usiądzie przed telewizorem i dostanie program złożony z reklam leków, rozmów o wojnie, prognozy pożarowej, konfliktu partyjnego oraz preparatu na wątrobę.

Telewizja bardzo dba o dramaturgię organizmu. Najpierw podnosi ciśnienie wiadomościami, potem sprzedaje środek na obniżenie ciśnienia. Najpierw pokazuje polityków, później reklamuje uspokajające tabletki ziołowe. Jest to model biznesowy doskonały: medium wytwarza dolegliwość i natychmiast sprzedaje sponsora od jej leczenia.

Internet działa podobnie, tylko nie ma prowadzącego.

Algorytm widzi, że człowiek zatrzymał się na informacji o pożarze, więc pokazuje mu następny pożar. Kliknął zamach — dostanie historię wszystkich zamachów od 1983 roku. Przeczytał o raku — przez tydzień będzie oglądał reklamy testamentów, prywatnych klinik i cudownych grzybów z Tybetu.

Algorytm nie zna współczucia. Zna czas spędzony na stronie.

Najrozsądniejszym porannym źródłem informacji pozostaje więc okno.

Za oknem drzewo nadal stoi. Ptak wykonuje obowiązki bez konferencji prasowej. Sąsiad wyprowadza psa i nie publikuje komunikatu o strategicznym znaczeniu spaceru. Samochód przejeżdża, nie wjeżdżając w tłum. Chmura przesuwa się bez panelu ekspertów. Przez chwilę świat wygląda, jakby można było w nim mieszkać.

W Stanach Zjednoczonych niedzielny program CBS miał tego ranka przypomnieć Tadeusza Kościuszkę — polskiego inżyniera, który pomógł Amerykanom wywalczyć niepodległość.

To krzepiące. Gdy współczesność okazuje się nie do zniesienia, zawsze można zaprosić Kościuszkę. Nie udzieli głupiego wywiadu, nie założy stowarzyszenia, nie przejdzie do konkurencyjnej partii i nie opublikuje filmu nagranego pionowo z samochodu.

Amerykanie nazwą go zapewne „Thaddeus Kosciuszko”, z wymową przypominającą odgłos szafy zsuwanej po schodach, ale przynajmniej przypomną człowieka, który budował fortyfikacje dla cudzej wolności, a nie własną markę polityczną.

Może niedziela powinna właśnie temu służyć: przypominaniu sobie, że historia znała ludzi zajętych czymś więcej niż własnym zasięgiem.

Słońce tymczasem przesunęło się wyżej. Kawa wystygła. Komputer nadal dostarczał światu nowych powodów, żeby nie wychodzić z łóżka. Pomyślałem, że przecież mogę go wyłączyć.

Nie naprawię dziś Berlina. Nie ugaszę lasów pod Bordeaux. Nie zestrzelę rakiet nad Kijowem. Nie przekonam brazylijskich wyborców, że polityka nie jest firmą rodzinną. Nie pogodzę Kaczyńskiego z Morawieckim, co zresztą byłoby działaniem szkodliwym dla jakości rozrywki.

Mogę natomiast odzyskać własny poranek. Jest to mały akt oporu wobec przemysłu wiadomości, który chce, abyśmy od świtu byli przestraszeni, oburzeni, poinformowani, spolaryzowani i gotowi do kliknięcia w reklamę materaca.

Wyłączyłem komputer. Słońce nadal świeciło, choć nikt nie transmitował tego na żywo. Ptak usiadł na parapecie i nie miał opinii o geopolityce. Pies sąsiada obwąchał krzak bez sprawdzania, kto go posadził i z jakiego programu otrzymał dofinansowanie. Świat na kilka minut przestał być serwisem informacyjnym i znów został światem.

Niedziela nie polega bowiem na tym, że nic złego się nie wydarza. To byłoby zbyt piękne i zdecydowanie ponad możliwości ludzkości. Polega na tym, że człowiek choć przez godzinę odmawia wpuszczania wszystkich katastrof do kuchni.

Nie każda wojna musi siedzieć przy naszym śniadaniu. Nie każdy polityk zasługuje na krzesło. Nie każdy ekspert powinien dostać kawę. Nie każda wiadomość ma prawo położyć się z nami do łóżka i narzekać, że zajmujemy za dużo miejsca.

Słońce obudziło mnie rano, nie wiem po co. Może po to, żebym po przeczytaniu, że świat znowu oszalał, sprawdził, czy istnieje jeszcze coś poza ekranem.

Istniało. Nazywało się niedziela. Było ciche, ciepłe i przez chwilę nie miało paska z napisem „PILNE”.


  1. ?

    ❤️

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights