
Niedzielny poranek powinien być czasem łagodnym. Człowiek wstaje później, nalewa kawę, patrzy przez okno i przez kilka błogosławionych minut wierzy, że świat ma jakiś sens. Potem otwiera wiadomości i dowiaduje się, że najważniejszym człowiekiem w Prawie i Sprawiedliwości został Jacek Sasin.
I już wiadomo, że kawa będzie potrzebowała wsparcia farmakologicznego.
Sam fakt, że Jacek Sasin stał się partyjnym mózgiem operacji, jest wiadomością tak podnoszącą na duchu, iż człowiek natychmiast zaczyna lepiej oceniać własne możliwości. Jeżeli bowiem Sasin może zostać Richelieu polskiej prawicy, to każdy z nas może jeszcze zostać neurochirurgiem, skrzypkiem koncertowym albo przynajmniej człowiekiem, który potrafi złożyć prześcieradło z gumką.
Przez lata Sasin funkcjonował w polskiej wyobraźni jako patron przedsięwzięć, które istnieją głównie na fakturze. Był kimś w rodzaju świętego Antoniego rzeczy niezrealizowanych. Gdziekolwiek pojawiał się projekt, budżet i termin, tam natychmiast pojawiała się również subtelna możliwość, że nie pojawi się rezultat.
Aż tu nagle człowiek uznawany za politycznego producenta kosztownych nieobecności miał przeprowadzić najskuteczniejszą operację w dziejach własnej kariery. Nie zorganizował wprawdzie wyborów, ale podobno zorganizował wyrzucenie Mateusza Morawieckiego. Widocznie należało od początku nie dawać mu kopert, tylko byłych premierów.
Okazało się, że Sasin nie jest nieskuteczny. On po prostu przez lata zbierał siły.
Siedział cicho, patrzył, zapamiętywał i dojrzewał jak ser pleśniowy w lodówce historii. Wszyscy sądzili, że to produkt zapomniany, a tymczasem w środku rozwijała się kultura. Bakterie ambicji pracowały cierpliwie.
Dziś Jacek Sasin ma być spoiwem frakcji zwanej „maślarzami”. Nazwa jest piękna, bo zawiera w sobie wszystko: tłustość, poślizg, smarowanie mechanizmu i charakterystyczny zapach lodówki, w której od dawna nie przeprowadzano kontroli sanitarnej.
W skład maślanego kwartetu wchodzą podobno Przemysław Czarnek, Tobiasz Bocheński, Patryk Jaki i właśnie Sasin. Jest to zestaw polityczny przypominający tacę śniadaniową w pensjonacie o podejrzanie niskiej cenie: wszystko osobno wygląda znajomo, ale razem budzi obawę o dalszy przebieg dnia.
Czarnek jest trybunem ludowym, o ile lud właśnie zakończył awanturę pod remizą i domaga się mikrofonu. Bocheński reprezentuje konserwatyzm uniwersytecki, czyli mówi tak, jakby każde zdanie miało zostać za chwilę oprawione w ramkę i powieszone między portretem dziekana a regulaminem biblioteki. Patryk Jaki odpowiada za antyunijny nerw, choć euro pobiera z regularnością godną szwajcarskiego zegarka. Nad nimi wszystkimi unosi się Sasin — człowiek, który wygląda, jakby przyszedł sprawdzić licznik gazu, a po godzinie okazuje się właścicielem budynku.
To właśnie on miał omotać Jarosława Kaczyńskiego.
Nie wiem, czym omotuje się Jarosława Kaczyńskiego. Być może grubym sznurem lojalności, być może kłębkiem donosów, a być może wystarczy powiedzieć trzy razy: „Morawiecki chciał podzielić partię”, po czym zgasić światło.

Dawniej w PiS obowiązywała legenda dobrego cara i złych bojarów. Prezes był zawsze mądry, tylko źle poinformowany. Otaczały go szuje, pochlebcy i ludzie, których sam powołał, awansował, bronił oraz umieścił na listach, ale których istnienie najwyraźniej odkrywał dopiero podczas kryzysu.
Teraz legenda uległa drobnej modernizacji. Dobry car nadal jest dobry, tylko bojar Sasin podobno przesunął mu meble.
Morawiecki przedstawiany jest dziś przez dawnych kolegów niemal jako agent obcego imperium. Nagle przypomniano sobie, że kiedyś doradzał Donaldowi Tuskowi, był sceptyczny wobec niektórych wydatków i miał poglądy, które w partii Kaczyńskiego tolerowano przez dekadę wyłącznie dlatego, że pełnił funkcję premiera.
PiS odkrywa obecnie przeszłość Morawieckiego z takim zdumieniem, jak mąż, który po dwudziestu latach małżeństwa zauważył, że żona ma nazwisko panieńskie.
Przez osiem lat Mateusz Morawiecki był gospodarczym geniuszem obozu, bankierem narodu, premierem tysiąclecia i człowiekiem, który z każdej konferencji prasowej potrafił wyprowadzić co najmniej trzy wykresy oraz cztery wskaźniki nieistniejące poza jego wystąpieniem. Teraz okazuje się, że właściwie od początku był podejrzany.
Prezes wiedział, ale nie wiedział. Podejrzewał, lecz ufał. Nie ufał, jednak awansował. Nie lubił, ale powierzył mu rząd. Był przeciw, więc mianował go premierem dwukrotnie.
W PiS odpowiedzialność zawsze przypomina watę cukrową: jest ogromna, efektowna i po chwili nie ma po niej śladu.
Morawiecki wypromował Sasina, Sasin pomógł zniszczyć Morawieckiego, a Kaczyński pobłogosławił obu na różnych etapach tego rodzinnego serialu. Jest to klasyczna historia o wdzięczności w polityce. Uczeń najpierw całuje mistrza w rękę, potem gryzie go w tę rękę, a na końcu wyjaśnia, że mistrz sam prowokacyjnie pachniał mięsem.
Podobno przełomem były wybory kopertowe. Morawiecki wydał polecenia, Sasin wykonał, Gowin zatrzymał, pieniądze zniknęły, wybory się nie odbyły, a odpowiedzialność rozpoczęła długą wędrówkę po gabinetach, niczym ksiądz chodzący po kolędzie i szukający kogoś, kto jeszcze nie schował się w łazience.
Morawiecki miał próbować obciążyć Sasina. Sasin zapamiętał.
Zemsta Sasina nie była gwałtowna. Nie było wybuchu, pojedynku ani nawet ostrego listu. Była cierpliwa, administracyjna i rozłożona w czasie. Taka zemsta, do której trzeba załączyć trzy kopie dokumentu, oświadczenie o zgodności z oryginałem oraz potwierdzenie braku zaległości wobec partii.
W końcu wymyślono Morawieckiemu lojalkę, której nie mógł podpisać. To chwila przełomowa. Sasin, człowiek kojarzony wcześniej z wyborami, których nie było, stworzył dokument, który był. I właśnie dlatego okazał się zabójczy.
Na Nowogrodzkiej zebrał się tymczasem uszczuplony klub PiS. Jarosław Kaczyński zarządził, by głowy i uszy trzymać do góry. Uszy szczególnie, ponieważ w partii, w której wszyscy zaczęli ujawniać tajemnice, organ słuchu uzyskał strategiczne znaczenie.
„Uszy do góry” to piękne hasło dla formacji znajdującej się w trakcie rozpadu. Ma w sobie coś z kapitana tonącego statku, który nawołuje pasażerów, żeby poprawili postawę.
Klub miał zostać „zacementowany”. Cementowanie PiS przypomina obecnie remont starej kamienicy: jedna ekipa zalewa szczeliny, druga wynosi futryny, trzecia zakłada własną wspólnotę mieszkaniową, a czwarta publikuje w internecie zdjęcia grzyba znalezionego w gabinecie prezesa.
Posłowie wyszli podobno ze spotkania uspokojeni w ten szczególny sposób, w jaki uspokaja człowieka dentysta mówiący, że wszystko jest pod kontrolą, po czym prosi asystentkę o większe wiertło.
Prezes stwierdził, że dobrze, iż rozłam nastąpił teraz, a nie później. Jest to najstarsza pociecha świata. Gdy człowiekowi spali się dom, zawsze można powiedzieć, że szczęśliwie nie stało się to po remoncie.
Młodzi działacze otrzymali natomiast przestrzeń do działania. Nikt nie powiedział im, co mają robić, ale zapewniono, że jeśli są zdolni, sami coś wymyślą. To nowoczesny model zarządzania: kierownictwo daje pole, młodzież szuka sensu, a jeśli sensu nie znajdzie, znaczy, że nie była dość sprawna.
Przemysław Czarnek, kandydat na premiera, wezwał do pracy i nieatakowania Morawieckiego. Sam fakt, że Czarnek nawołuje do powściągliwości, świadczy o powadze sytuacji. To tak, jakby nosorożec poprosił pozostałe zwierzęta o subtelniejsze poruszanie się po porcelanie.
Nad całą prawicą unosi się zaś Karol Nawrocki, prezydent wszystkich prawic, czyli człowiek, który pragnie być jednocześnie papieżem, naczelnikiem i bezstronnym sędzią w meczu, w którym sam zamierza przejąć obie drużyny.

Nawrocki oznajmia, że konflikt w PiS go nie dotyczy. Jest to neutralność bardzo praktyczna. Prezydent stoi z boku, ale nie tak daleko, żeby nie przejąć spadku.
Nie może poprzeć Kaczyńskiego, bo może się przydać Morawiecki. Nie może poprzeć Morawieckiego, bo struktury i pieniądze ma Kaczyński. Nie może obrazić Konfederacji, ponieważ jej wyborcy mogą mu być potrzebni. Nie powinien też obrażać Brauna, bo na prawej stronie nigdy nie wiadomo, z którego kąta sali wyjdzie następny strategiczny elektorat.
Nawrocki jest zatem neutralny jak właściciel zakładu pogrzebowego podczas rodzinnej awantury o testament. Nie miesza się, nie ocenia, tylko dyskretnie sprawdza, kto najlepiej rokuje.
Najweselsza jest oczywiście Koalicja Obywatelska. Politycy KO kupili popcorn i patrzą, jak PiS demoluje samo siebie. Słusznie. Kiedy przeciwnik polityczny sam wchodzi do pralki, nie należy pomagać mu w wyborze programu.
Problem w tym, że część działaczy KO już chce podejść i nacisnąć guzik.
W obozie władzy istnieje uzasadniona obawa, że ktoś nie wytrzyma dobrobytu i postanowi pomóc PiS. Jest to lęk głęboko zakorzeniony w historii Platformy, która wielokrotnie udowadniała, że potrafi znaleźć komplikację nawet w sytuacji, gdy konkurencja leży na podłodze, gryzie dywan i oskarża własną lewą nogę o zdradę.
Dziś najlepszym programem KO byłoby siedzieć spokojnie, patrzeć i nie dotykać. To jednak wymaga dyscypliny większej niż ta, którą wykazuje dziecko pozostawione sam na sam z przyciskiem podpisanym: „Nie naciskać”.

Na wszelki wypadek politycy rządzący żartują już z wysyłania do PiS kartonów przeprowadzkowych. To ładny gest humanitarny. W polskiej polityce przeciwnikowi najpierw pomaga się spakować, potem zabiera mu pokój, a następnie przez pół roku dyskutuje, kto ukradł czajnik.
Można więc spokojnie kończyć niedzielne śniadanie.
Jacek Sasin jest mózgiem PiS. Mateusz Morawiecki jest zdrajcą partii, której przez lata był premierem. Jarosław Kaczyński cementuje klub, z którego odpadają kolejne kawałki. Przemysław Czarnek uspokaja emocje. Karol Nawrocki stoi z boku, lecz tak, by znaleźć się na środku. Koalicja Obywatelska je popcorn i modli się, by żaden z jej posłów nie postanowił zostać reżyserem.
Nigdy wcześniej polska polityka nie dawała tylu powodów do optymizmu.
Skoro Jacek Sasin może okazać się genialnym intrygantem, wszystko jest jeszcze możliwe. Być może Antoni Macierewicz zacznie prostować fakty. Patryk Jaki pokocha Unię Europejską. Przemysław Czarnek przemówi półgłosem. A Mateusz Morawiecki przedstawi wykres, z którego będzie wynikało, że nigdy nie był premierem.
Na razie jednak uszy do góry.
Głowy mogą już nie dać rady.

Dodaj komentarz