RZYMIANIE, ROBOTY I KONIEC ŚWIATA, KTÓRY ZNOWU SIĘ SPÓŹNIA

Warszawa

Kilka dni temu przeczytałem wiadomość, która sprawiła mi autentyczną przyjemność. A to w moim wieku zdarza się coraz rzadziej, ponieważ większość wiadomości przypomina dziś raporty z pożaru składu fajerwerków podczas trzęsienia ziemi.

Otóż naukowcy odkryli zasady rzymskiej gry sprzed dwóch tysięcy lat.

Nie odkrył ich jednak archeolog siedzący przy świecy nad pożółkłym pergaminem. Nie odkrył ich profesor z brodą przypominającą zarośnięte Bieszczady. Nie odkrył ich nawet emerytowany pasjonat starożytności, który od trzydziestu lat nie wychodzi z piwnicy.

Odkryła je sztuczna inteligencja.

Usiadła sobie grzecznie przed kamienną planszą znalezioną sto lat temu w ruinach rzymskiego miasta i zaczęła grać sama ze sobą tysiące partii, aż w końcu doszła do wniosku, jak mogli bawić się ludzie za czasów cesarzy.

Pomyślałem wtedy, że gdyby powiedzieć to jakiemuś legioniscie z II wieku naszej ery, prawdopodobnie uznałby nas wszystkich za wariatów.

Wyobraźcie sobie tę rozmowę.

– Markusie, za dwa tysiące lat kamień, na którym grasz z kolegami podczas postoju legionu, będzie stał w muzeum.

– To miłe.

– A zasady gry odtworzy sztuczna inteligencja.

– Co to jest sztuczna inteligencja?

– Taki niewidzialny byt mieszkający w skrzynkach.

– Duch?

– Coś podobnego.

– A więc jednak Germanie otruli wam wodę.

I trudno byłoby mu odmówić logiki. Bo prawda jest taka, że żyjemy w czasach, które dla naszych przodków wyglądałyby jak zbiorowa halucynacja.

Sztuczna inteligencja odczytuje dziś szyfry, których nie potrafili złamać uczeni przez czterysta lat. Niedawno rozszyfrowała tajemniczy manuskrypt przechowywany w Bibliotece Watykańskiej. Czterysta stron znaków, symboli i sekretów, które przez pokolenia opierały się ludzkiej cierpliwości, padły po niespełna pół godzinie pracy algorytmu. Okazało się, że pod warstwą tajemnicy ukrywały się receptury medyczne, porady i wiedza, za którą kiedyś można było skończyć na stosie.

Przyznam, że jest w tym coś zabawnego. Przez stulecia ludzie bali się, że wiedza doprowadzi ich do zguby. Dzisiaj boją się, że zgubi ich coś, co wiedzy ma za dużo.

Jeszcze zabawniejsze jest jednak to, że sztuczna inteligencja zaczyna przypominać człowieka bardziej, niż chcieliby to przyznać jej twórcy.

Naukowcy ogłosili właśnie, że AI trzeba… usypiać. Nie żartuję. Okazuje się, że kiedy algorytmy dostają za dużo informacji, zaczynają się gubić. Mylą fakty. Tracą logikę. Halucynują. Wymyślają rzeczy, których nie ma. Zachowują się mniej więcej tak, jak ja po trzech godzinach rodzinnej uroczystości i czwartej porcji sernika.

Badacze doszli więc do wniosku, że sztuczna inteligencja potrzebuje czegoś w rodzaju snu. Musi odpocząć. Przetrawić informacje. Uporządkować wspomnienia. Innymi słowy, po kilkunastu miliardach dolarów inwestycji, tysiącach doktoratów i niezliczonych konferencjach technologicznych odkryliśmy, że komputerowi przydaje się drzemka.

Moja babcia wiedziała to już w 1963 roku. Pamiętam, jak mawiała:

– Jak jesteś zmęczony, to się połóż. Rano będziesz mądrzejszy.

Dzisiaj tę samą radę otrzymują algorytmy. Postęp technologiczny zatoczył koło i wrócił do kuchni mojej babci.

Ale najbardziej rozbawia mnie panika, która towarzyszy każdej nowej wiadomości o AI. Co tydzień słyszymy, że nadchodzi koniec pracy. Koniec nauczycieli. Koniec lekarzy. Koniec księgowych. Koniec prawników. Koniec ludzkości. Koniec wszystkiego. Gdyby wierzyć wszystkim ekspertom od apokalipsy, świat powinien zakończyć działalność mniej więcej siedem razy od zeszłego wtorku.

Tymczasem kilka dni temu Sam Altman, człowiek stojący na czele OpenAI, wyszedł na scenę i powiedział coś niezwykle niewygodnego. Przyznał, że ludzie okazali się bardziej uparci, bardziej potrzebni i znacznie trudniejsi do zastąpienia, niż wcześniej zakładano. Innymi słowy, apokalipsa została odwołana. Przynajmniej do następnego kwartału.

Nie oznacza to oczywiście, że wszystko będzie dobrze. Nie będzie. Nigdy nie było. Każda wielka technologia coś zabiera i coś daje. Parowóz zabrał pracę woźnicom. Samochód zabrał pracę hodowcom koni. Internet zabrał pracę producentom książek telefonicznych. Szczerze mówiąc, nie znam nikogo, kto tęskni za książką telefoniczną. Ale każda zmiana tworzy też nowe zawody, nowe możliwości i nowe absurdy. A absurd jest najbardziej odnawialnym surowcem ludzkości.

Patrzę więc na tę sztuczną inteligencję z pewnym spokojem. Nie dlatego, że jej nie doceniam. Wręcz przeciwnie. Podziwiam ją. Potrafi rozszyfrować manuskrypt. Odtworzyć grę Rzymian. Przeanalizować milion dokumentów. Napisać program komputerowy. Narysować obraz. Przetłumaczyć książkę.

Ale nadal nie potrafi zrobić jednej rzeczy. Nie potrafi być człowiekiem. Nie potrafi martwić się o chorego przyjaciela. Nie potrafi zakochać się głupio i bez sensu. Nie potrafi pokłócić się z żoną o temperaturę w sypialni. Nie potrafi siedzieć przy stole po północy i wspominać ludzi, których już nie ma. Nie potrafi śmiać się z własnych błędów. A właśnie z takich rzeczy składa się życie.

Dlatego z coraz większym rozbawieniem obserwuję ten wyścig pomiędzy człowiekiem a maszyną. Maszyna próbuje nauczyć się być nami. A my próbujemy nauczyć się być maszynami. Ona chce rozumować szybciej. My chcemy odpowiadać szybciej. Ona próbuje imitować emocje. My coraz częściej ograniczamy emocje do emotikonów.       

I czasami mam wrażenie, że spotkamy się gdzieś pośrodku. Tylko że wtedy sztuczna inteligencja będzie właśnie kończyć obowiązkową drzemkę, a człowiek nadal będzie próbował przypomnieć sobie, po co wszedł do kuchni.

I to chyba jest najbardziej ludzka przewaga, jaką jeszcze posiadamy.

Poza zamierzonym humorem i dystansem jest w tym felietonie jeszcze jedna lekcja. AI świetnie radzi sobie z odczytywaniem przeszłości, rozwiązywaniem zagadek i porządkowaniem informacji. Ale sens, ironię, pamięć, miłość, starzenie się i ludzkie słabości nadal trzeba przeżyć samemu. To dobra wiadomość dla nas i nieco gorsza dla robotów.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights