Roman Gier-Tychyjusz i tajemnica znikających prokuratorów

Warszawa

Roman Gier-Tychyjusz i tajemnica znikających prokuratorów

Niektórzy politycy zostają patronami ulic. Inni – patronami dziwnych zbiegów okoliczności. Roman Giertych najwyraźniej celuje w to drugie. Zamiast pomników – dymisje. Zamiast uroczystych powitań – umorzenia śledztw. A wokół niego gęstnieje atmosfera niczym dym z kadzidła podczas egzorcyzmów.

Sprawa wygląda następująco: prokuratura prowadziła postępowanie dotyczące wyprowadzenia 72 milionów złotych ze spółki Polnord. Wśród podejrzanych znalazł się m.in. Roman Giertych – adwokat, były wicepremier, były minister edukacji, były członek Ligi Polskich Rodzin i wieczny uczestnik polskiej gry o tron.

Warto tu przypomnieć, że Giertych, zanim został prawnikiem celebrytą, był szefem resortu edukacji w rządzie Jarosława Kaczyńskiego. To właśnie on próbował uszczęśliwić polskie szkoły mundurkami, walczył z gejami, feministkami, Harrym Potterem i – ogólnie rzecz biorąc – z całym postępem, jaki tylko zdołał zidentyfikować. Straszył ideologią gender, lansował tradycyjne wychowanie, a do programu nauczania próbował wcisnąć patriotyzm w wersji łopatologicznej. Jeśli coś pachniało nowoczesnością, Giertych miał na to spray „Nie wolno!”. A teraz – ten sam Giertych – w roli ofiary opresji systemu. Jak to mówią: kto z PiS-em wojował, ten od PiS-u zginąć nie może.

Giertych usłyszał zarzuty m.in. działania na szkodę spółki oraz prania brudnych pieniędzy. Brzmi poważnie? Owszem. Ale tylko do momentu, gdy spojrzymy na to, co wydarzyło się później.

Śledztwo nadzorowała prokurator Sylwia Chamerska – doświadczona, skrupulatna, znana z merytorycznego podejścia. Chamerska miała poważne zastrzeżenia do decyzji o umorzeniu postępowania wobec Giertycha. Wkrótce po tym, jak wydała negatywną opinię, została odwołana z delegacji do Prokuratury Krajowej i odesłana z powrotem do Wrocławia. Ot, koincydencja.

Wcześniej, jeszcze w 2024 roku, podobny los spotkał innego nadzorującego śledztwo – prokuratora Grzegorza Małachowskiego. On również wrócił do macierzystej jednostki, w tym wypadku w Katowicach. I to nie wszystko – dyrektor departamentu przestępczości gospodarczej Prokuratury Krajowej, Marek Wełna, również złożył dymisję. Oficjalnie – z powodu różnic zdań w sprawie audytu śledztw z czasów PiS. Nieoficjalnie – niektórzy sugerują, że również kwestia Polnordu mogła mieć z tym coś wspólnego. A może fakt, że zna się z Giertychem? Albo że partnerkę Wełny reprezentowała kancelaria Giertycha? Oczywiście wszyscy zapewniają, że kontaktów prywatnych nie było, a tematu Polnordu nie poruszano przy kieliszku wina.

Przy tym wszystkim najciekawsze jest zachowanie samego Romana. Przez dwa lata – jako podejrzany – nie pojawiał się w prokuraturze. Gdy w końcu się stawił, odmówił udziału w czynnościach, ponieważ… nie uznaje swojego statusu podejrzanego. Sytuacja znana każdemu rodzicowi próbującemu wysłać dziecko do dentysty: „Nie idę, bo udaję, że mnie to nie dotyczy”.

A potem – bum. Umorzenie. Bez nowych dowodów, bez opinii biegłych, bez spektakularnego przełomu. Po prostu uznano, że Giertych był tylko jednym z profesjonalnych pełnomocników, a umowy z jego kancelarią nie naruszały interesów Polnordu. Prokuratura odmówiła ujawnienia uzasadnienia decyzji – bo to, wiadomo, dokument wewnętrzny. A więc – mamy prawo wiedzieć, ale nie mamy prawa przeczytać. Bo jak czytać, to tylko między wierszami.

W efekcie śledztwo w sprawie Polnordu trwa nadal wobec innych podejrzanych, ale wątek Giertycha zniknął z akt jak złotówka z portfela na polskim wakacjach. I właśnie wtedy znikają również prokuratorzy, którzy śledztwo prowadzili: jeden za drugim, bez słowa, bez wyjaśnienia. Przypadek? Gdyby to była książka, ktoś by ją wyrzucił z biblioteki jako zbyt grubą i niewiarygodną fikcję. Ale w Polsce – mamy to w prenumeracie.

Czy Roman Giertych faktycznie jest tak skuteczny, że samym spojrzeniem potrafi rozwiązywać śledztwa? A może to raczej system tak giętki, że w starciu z Giertychem – pęka jak plastikowy widelec przy niedzielnym schabowym?

Czymkolwiek to jest – wygląda jak majstersztyk. Nie prawa, ale narracji. Giertych nie tylko wyszedł z opresji bez szwanku, ale jeszcze zyskał status mistycznej postaci, która jednym tweetem potrafi zamieszać w polityce, a jednym wezwaniem do prokuratury – zniknąć z listy podejrzanych.

Czy się boi? Może. Ambicje niewątpliwie ma – sięgające Sejmu, Senatu, a może i Trybunału… choćby Konstytucyjnego. Ale może też wie, że w tej politycznej grze o przetrwanie, najważniejsze jest nie mieć racji, tylko nie mieć zarzutów. A te – jak widać – potrafi gubić z gracją niemal baletową.

Czego by o nim nie mówić, jedno jest pewne: Roman Giertych nie zniknie. Co najwyżej jego prokuratorzy.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights