
Są w polskiej publicystyce ludzie, którzy patrzą na rzeczywistość jak hydraulik na cieknącą rurę. Widzą problem, szukają narzędzi, próbują coś naprawić. Są też tacy, którzy patrzą na świat jak sfrustrowany poeta siedzący o drugiej w nocy nad zimną kawą i marzący, żeby wszystko wreszcie spektakularnie wybuchło. Do tej drugiej kategorii należy niewątpliwie Galopujący Major, etatowy prorok permanentnego niezadowolenia z Krytyki Politycznej.
Major opublikował właśnie kolejny tekst o Donaldzie Tusku, protestach i zdradzie progresywnej sprawy. Tekst utrzymany w dobrze znanej stylistyce lewicowego rozczarowania człowiekiem, który nie okazał się jednocześnie Che Guevarą, Franklinem Rooseveltem i aktywistką klimatyczną z TikToka. Można odnieść wrażenie, że dla części polskiej lewicy największym dramatem ostatnich lat nie było osiem lat demolowania państwa przez PiS, tylko fakt, że po odsunięciu PiS od władzy świat nadal nie zamienił się w skandynawski katalog IKEA z tęczową zakładką.
Tekst Majora jest fascynujący głównie dlatego, że przypomina emocjonalny monolog człowieka, który obraził się na rzeczywistość za to, że nie spełnia jego publicystycznych fantazji. Donald Tusk nie jest „progresywny”. Władza „nie jest nasza”. Trzeba „wyszarpywać protestami”. Wszystko napisane tonem człowieka odkrywającego wielką zdradę dziejową, choć większość obywateli wiedziała to mniej więcej od momentu, gdy Tusk pierwszy raz założył garnitur.
Naprawdę trudno zrozumieć ten szok. Donald Tusk nigdy nie udawał lewicowego trybuna ludowego. Nie chodził w koszulce z Che Guevarą. Nie okupował squatu w Berlinie. Nie recytował Marksa przy świeczkach sojowych. Tusk jest klasycznym liberalnym politykiem środka. Człowiekiem, który wierzy bardziej w kompromis niż w rewolucję i bardziej w budżet niż w poetykę barykad.
Ale dla części polskiej lewicy każdy polityk, który nie obiecuje natychmiastowej przebudowy świata, staje się automatycznie podejrzanym centrystą, neoliberałem albo wręcz wspólnikiem systemu. To trochę tak, jakby człowiek w czasie pożaru kamienicy obrażał strażaków, że używają za mało progresywnej wody.
Najbardziej niezwykłe jest jednak to, że ten rodzaj publicystyki zawsze pojawia się dokładnie wtedy, kiedy demokratyczne centrum próbuje wyciągać państwo z ruin po populistach. Gdy PiS rozjeżdżał sądy, media publiczne i instytucje państwa jak pijany walec drogowy, część lewicowych komentatorów oczywiście protestowała. Ale kiedy dziś rząd próbuje odbudowywać kraj po tej demolce, nagle okazuje się, że największym problemem demokracji jest zbyt mało radykalna transkrypcja małżeństw jednopłciowych.
To jest właśnie ten osobliwy luksus polityczny ludzi, którzy nigdy nie musieli naprawdę odpowiadać za państwo. Łatwo być rewolucjonistą felietonu. Łatwo pisać o „wyszarpywaniu zmian”. Trudniej codziennie zarządzać krajem, w którym prezydent wetuje ustawy, PiS okupuje część instytucji jak obrażona armia po przegranej wojnie, a Konfederacja czeka tylko na moment większego chaosu.
Galopujący Major uprawia publicystykę charakterystyczną dla środowisk, które od lat mają gigantyczny problem z odróżnieniem polityki od psychoterapii grupowej. Wszystko jest emocją. Wszystko jest symbolicznym gestem. Wszystko jest moralnym spektaklem. Tymczasem prawdziwa polityka przypomina raczej remont starej kamienicy niż romantyczną rewolucję. Człowiek chodzi po rusztowaniach, walczy z przeciekającymi rurami i próbuje, żeby sufit nie spadł lokatorom na głowy.
Najbardziej ironiczne pozostaje jednak to, po której stronie barykady kończy dziś część radykalnej lewicy. Bo kiedy Major tłumaczy, że obecna władza jest „obca”, że trzeba ją nieustannie dociskać i delegitymizować, mimowolnie wykonuje dokładnie tę samą robotę emocjonalną, którą od lat wykonuje prawica. PiS również opowiada swoim wyborcom, że państwo Tuska jest obce. Że trzeba je kontestować. Że demokracja liberalna to tylko fasada dla elit.
Oczywiście motywacje są inne. Język jest inny. Ale efekt społeczny zaczyna być zaskakująco podobny — nieustanne podkopywanie zaufania do demokratycznego centrum.
I tutaj pojawia się największy problem współczesnej lewicy. Część jej publicystów wygląda dziś jak ludzie, którzy bardziej nienawidzą liberalizmu niż autorytaryzmu. Dla nich Tusk jest większym emocjonalnym przeciwnikiem niż Kaczyński, bo liberalny demokrata nie daje tej przyjemności moralnego uniesienia, którą daje walka z jawnym potworem.
Kaczyński był prosty. Orbán był prosty. Trump jest prosty. Można ich nienawidzić pełnym sercem i czuć się moralnie czystym. Ale liberał centrum? Człowiek kompromisu? To dopiero irytujące stworzenie. Nie daje rewolucji. Nie daje katharsis. Zamiast tego proponuje nudne procedury, negocjacje i stopniowe zmiany. Czyli wszystko to, co fatalnie wygląda w mediach społecznościowych.
Galopujący Major od lat pisze w tonie człowieka permanentnie rozczarowanego światem, który nie chce dorównać jego własnej moralnej intensywności. Problem polega na tym, że demokracje nie działają dzięki intensywności. Demokracje działają dzięki cierpliwości, instytucjom i nudnym kompromisom ludzi, którzy potrafią ze sobą wytrzymać.
To oczywiście brzmi strasznie mało sexy. Znacznie bardziej romantycznie brzmią protesty, barykady i wielkie wezwania do nacisku. Tylko że historia Europy pokazuje jedną rzecz wyjątkowo brutalnie: kiedy demokratyczne centrum słabnie, nie wygrywa zwykle radykalna lewica. Wygrywają nacjonaliści, populiści i cynicy.
Dlatego czytając tekst Majora, człowiek ma momentami wrażenie, że obserwuje intelektualistę siedzącego w kawiarni podczas sztormu i krzyczącego, że kapitan statku płynie zbyt mało progresywnie.
Tymczasem na zewnątrz naprawdę wieje. Trump marzy o własnym cesarstwie. Putin prowadzi imperialną wojnę. Europa balansuje między populizmem a zmęczeniem demokracją. PiS tylko czeka, aż liberalna koalicja zacznie się żreć wewnętrznie jak źle dokarmione mewy nad Bałtykiem.
I może właśnie dlatego ten cały radykalny patos części lewicowej publicystyki robi dziś momentami wrażenie luksusowego hobby ludzi, którzy nigdy nie musieli naprawdę sprzątać po katastrofie.
Bo łatwo jest krzyczeć o zdradzie ideałów. Znacznie trudniej codziennie pilnować, żeby do władzy nie wrócili ludzie, którzy traktowali państwo jak prywatny garaż do przechowywania swoich obsesji.
Omawiany tekst:
https://krytykapolityczna.pl/kraj/tusk-progresywna-zmiane-mozna-wywalczyc-tylko-protestami/

Dodaj komentarz