
Polska polityka ma dziś wiele osobliwości, ale niewiele równie zabawnych jak Konfederacja. To jest ugrupowanie, które od lat próbuje sprzedać się jako partia zwykłych ludzi, choć jej liderzy wyglądają jak grupa studentów ekonomii, którzy przeczytali pół podręcznika Hayeka, obejrzeli trzy filmiki o kryptowalutach i uwierzyli, że właśnie odkryli tajemnicę wszechświata.
Konfederacja opowiada o życiu przeciętnego Polaka z taką swobodą, z jaką milioner opowiada o promocjach na parówki w dyskoncie. Teoretycznie wie, że istnieją. Nawet kiedyś je widział. Ale wyłącznie przez szybę przyciemnionego SUV-a.
Partia Bosaka i Mentzena zbudowała wokół siebie aurę ekonomicznej mądrości. Ich wyborcy patrzą na nich czasem jak na zakon wtajemniczonych kapłanów wolnego rynku. W internecie krążą opowieści o „jedynych ludziach, którzy rozumieją gospodarkę”, podczas gdy rzeczywistość regularnie pokazuje, że wielu konfederackich ekspertów miałoby problem z poprawnym wypełnieniem formularza PIT bez pomocy wujka księgowego.
To naprawdę niezwykły talent. Trzeba mieć wyjątkowe polityczne zdolności, żeby jednocześnie opowiadać o własnej ekonomicznej wyższości i mylić podstawowe pojęcia podatkowe. Konfederacja potrafi jednak zamieniać kompromitację w styl życia.
Kiedy ich posłowie tłumaczą system podatkowy, człowiek ma czasem wrażenie, że uczestniczy w szkoleniu prowadzonym przez ludzi, którzy całą wiedzę ekonomiczną zdobyli podczas nocnych debat na Discordzie, między reklamą suplementów a kursem inwestowania w podejrzane tokeny.
Mentzen od lat kreuje się na chłodnego technokratę wolnego rynku, ale im dłużej mówi, tym bardziej przypomina internetowego handlarza motywacją dla sfrustrowanych nastolatków. Polska polityka widziała już wielu cudotwórców ekonomii. Byli wizjonerzy od drugiej Japonii, byli specjaliści od taniego państwa, byli też geniusze od budowy miliona mieszkań. Mentzen jest pierwszym politykiem, który próbuje przekonać wyborców, że państwo najlepiej działa wtedy, gdy właściwie przestaje istnieć.
To jest filozofia szczególnie zabawna w kraju, w którym ci sami wyborcy oczekują jednocześnie silnej armii, bezpiecznych granic, dróg, szpitali, szkół, emerytur i taniego paliwa.
Konfederacja odpowiada na to mniej więcej tak: „Państwo nie powinno się wtrącać. Ale niech wszystko działa”. To trochę tak, jakby ktoś zdemontował silnik w samochodzie i z oburzeniem pytał później, dlaczego auto nie chce jechać.
Jeszcze zabawniejszy jest jednak społeczny wymiar tej całej konfederackiej rewolucji. Bosak i Mentzen próbują mówić językiem „zwykłych ludzi”, ale robią to z pozycji ludzi, którzy często nie mają najmniejszego pojęcia o codziennym stresie przeciętnej rodziny.
Krzysztof Bosak wygłasza czasem uwagi o rodzinie i dzieciach z miną XIX‑wiecznego ziemianina tłumaczącego chłopom, że bieda hartuje charakter. Ostatnio oznajmił, że dziecko potrzebuje przede wszystkim czasu i troski, a nie pieniędzy.
Piękne. Wzruszające. Prawie poetyckie. Szkoda tylko, że rachunki za mieszkanie nadal nie przyjmują płatności w „trosce”.
Spróbujcie kiedyś podejść do właściciela mieszkania w Warszawie i powiedzieć: „Panie, czynszu nie mam, ale za to mam ogromne pokłady czułości rodzinnej”. To będzie bardzo krótka rozmowa.
Polska klasa średnia żyje dziś między kredytem hipotecznym, ratą za samochód, cenami mieszkań i kosztami wychowania dzieci. Młodzi ludzie odkładają decyzję o rodzinie nie dlatego, że nienawidzą dzieci albo zostali zaczarowani przez Netflixa i Brukselę, jak twierdzi prawica, ale dlatego, że zwyczajnie boją się ekonomicznego przeciążenia.
Koszt życia w dużych miastach eksplodował. Wynajem mieszkań przypomina dziś finansową odmianę squidu game. Żłobki są przepełnione, ceny usług rosną szybciej niż cierpliwość obywateli, a rynek pracy coraz częściej przypomina emocjonalny survival.
Ale Konfederacja ma na to prostą odpowiedź – „Więcej wolnego rynku”. To jest naprawdę imponujące. Gdyby komuś palił się dom, konfederaci prawdopodobnie zaproponowaliby deregulację straży pożarnej.
Ta partia przedstawia się jako antysystemowa reprezentacja gniewu młodych ludzi, podczas gdy wielu jej liderów funkcjonuje od lat w politycznej cieplarni. To są często ludzie wychowani w środowiskach pełnych ideologicznych pewników, internetowych baniek i rodzinnego bezpieczeństwa finansowego. Oni naprawdę momentami wyglądają jak klub ludzi, którzy dowiedzieli się o problemach zwykłych obywateli z memów i podcastów. Dlatego tak łatwo przychodzi im opowiadanie, że „każdy jest kowalem własnego losu”. To bardzo wygodna filozofia dla ludzi, którym ktoś wcześniej kupił kuźnię.
W dodatku Konfederacja od lat próbuje wmówić wyborcom, że jest jedyną siłą broniącą wolności. Tymczasem jej politycy regularnie próbują regulować cudze życie z gorliwością średniowiecznych moralistów. Jedni chcą kontrolować prawa kobiet. Drudzy marzą o ideologicznym państwie narodowym. Trzeci opowiadają o „cywilizacji łacińskiej” z takim namaszczeniem, jakby właśnie wrócili z rekonstrukcji średniowiecznej bitwy.
To jest wolność w bardzo specyficznym wydaniu. Wolno wszystko, pod warunkiem że my się z tym zgadzamy. A przecież największy paradoks Konfederacji polega na czymś jeszcze innym. To partia, która uwielbia kpić z „elit”, a jednocześnie sama zachowuje się jak najbardziej zarozumiała elita w kraju. Pogarda dla słabszych, kpina z ludzi korzystających z usług publicznych, obsesja na punkcie sukcesu finansowego i przekonanie, że bieda jest głównie wynikiem lenistwa — wszystko to tworzy mieszankę wyjątkowo nieprzyjemną. Momentami Konfederacja przypomina grupę ludzi, którzy przeczytali dwa motywacyjne cytaty z LinkedIna i uznali, że właśnie rozwiązali wszystkie problemy współczesnego kapitalizmu. Tymczasem prawdziwe życie wygląda inaczej.
Polska rozwija się dziś dzięki ludziom pracującym po godzinach, dzięki nauczycielkom, pielęgniarzom, inżynierom, przedsiębiorcom, kierowcom, migrantom i tysiącom zwykłych rodzin próbujących normalnie funkcjonować w coraz trudniejszym świecie. Nie dzięki internetowym kaznodziejom od kryptowalut i państwa wielkości budki z kebabem.
Dlatego cała konfederacka opowieść o „partii zwykłych ludzi” coraz częściej rozsypuje się przy pierwszym kontakcie z rzeczywistością. Bo kiedy Bosak i Mentzen zaczynają mówić o codziennym życiu przeciętnego Polaka, brzmią trochę jak arystokraci próbujący tłumaczyć robotnikom, że chleb nie jest taki drogi.
I może właśnie dlatego ich polityka jest jednocześnie tak zabawna i tak niebezpieczna. Śmieszna, bo pełna internetowych uproszczeń, ekonomicznych półprawd i zadufania. Niebezpieczna, bo coraz więcej sfrustrowanych ludzi zaczyna wierzyć, że ci eleganccy chłopcy od memów naprawdę mają jakiś plan. A oni mają głównie bardzo dobre studio nagraniowe, agresywny marketing i wyjątkowy talent do opowiadania prostych bajek ludziom zmęczonym skomplikowanym światem.
Historia pokazuje niestety, że właśnie od takich bajek bardzo często zaczynają się polityczne katastrofy.

Dodaj komentarz