Rekonstrukcja, której nie było — czyli jak Hołownia układał klocki, Tusk gasił pożary, a opozycja dostała palpitacji

Warszawa

Rekonstrukcja, której nie było — czyli jak Hołownia układał klocki, Tusk gasił pożary, a opozycja dostała palpitacji

Rekonstrukcja rządu to nie wydarzenie. To styl życia. To widowisko bez scenariusza, spektakl z udziałem polityków, którzy próbują udawać, że wszystko idzie zgodnie z planem, choć nikt nie wie, kto trzyma rekwizyty, a kto właśnie podpalił kurtynę.

Miała nastąpić 15 lipca — w rocznicę bitwy pod Grunwaldem, kiedy to Polska pogoniła Niemców. Ale, o zgrozo, Szymon Hołownia poprosił o przesunięcie. Na 22 lipca. I wtedy zrobiło się naprawdę zabawnie. Opozycja wpadła w stan przedzawałowy, bo 22 lipca to, proszę państwa, Narodowe Święto Odrodzenia Polski z czasów PRL. Komuna! PKWN! Jaruzelski w chmurach dymu! Symbolika! Apokalipsa!

Ale spokojnie. Czarzasty, który ogłosił zmianę terminu, uspokaja: żadnych podstępów, żadnych zagrożeń. Po prostu Szymon musi „poukładać sprawy” w Polsce 2050. Tylko co to właściwie znaczy? Czy Hołownia zgubił instrukcję do własnej partii? A może tylko próbował zlokalizować, gdzie kończy się „projekt polityczny”, a zaczyna zwykły bałagan w szufladach?

Sam zainteresowany tłumaczy, że „każdy ma prawo uporządkować rzeczy”. Tyle że polityka to nie IKEA — nie ma woreczków ze śrubkami, obrazków z uśmiechniętym ludzikiem ani opcji zwrotu, jeśli mebel okaże się stołem z jedną nogą. Zwłaszcza jeśli Szymon jeszcze niedawno spotykał się po cichu z Jarosławem Kaczyńskim u Adama Bielana, co brzmi jak początek kiepskiego serialu szpiegowskiego. Szkoda tylko, że w tej wersji szpiegiem jest marszałek Sejmu, a scenariusz piszą media społecznościowe.

Donald Tusk tymczasem zachowuje się jak kapitan statku, który wie, że pokład przecieka, a kucharz właśnie podpalił kambuz — ale i tak płynie dalej. Bo ktoś musi. Premier — jak zapowiadał — szykuje się do objazdu kraju, by „spowiadać się” z działań rządu. Pomysł piękny, tylko trochę spóźniony. Jak prezenty świąteczne z paczkomatu w styczniu.

Trzeba mu jednak przyznać jedno: cierpliwości ma więcej niż urzędnik skarbówki w okienku na dzień przed końcem terminu PIT-ów. Wokół wrzawa, przecieki, spiski, a on mówi spokojnie: „rząd ma stabilną większość”. W przekładzie z politycznego na ludzki: „jeszcze się to jakoś trzyma, choć nie pytajcie, jakim cudem”.

A opozycja? Cóż. Odkryła, że daty mają znaczenie. 13 grudnia — powołanie rządu. 22 lipca — rekonstrukcja. PRL! Wróg u bram! Symboliczna zdrada! Wójcik z PiS i Przydacz z otchłani paranoi grzmią o „przypadkach, których nie ma”. Marcelina Zawisza ironizuje, że nikt nie widzi, że to 22 lipca. To trochę jakby oskarżać premiera o komunizm, bo miał na śniadanie jajka na miękko, a wiadomo, że tak jadał Bierut.

A między nimi wszystkim stoi Kosiniak-Kamysz, który z powagą oświadcza, że przesunięcie rekonstrukcji to… efekt intensywnych opadów deszczu. I to nie jest żart. W Polsce 2025 politykę wstrzymuje pogoda. Jeszcze moment, a rekonstrukcję odwoła mgła. Albo pełnia. Albo brak dostępu do Wi-Fi.

Ale mimo tego cyrku Donald Tusk pozostaje jedynym dorosłym w pokoju pełnym rozhisteryzowanych licealistów. Jego rząd może nie jest idealny, może nie wszystko dowozi na czas, może ministrowie nie potrafią się zdecydować, czy rozmawiają o polityce, czy plotkują o „tych z Lewicy”. Ale przynajmniej nie udaje, że wszystko można naprawić datą w kalendarzu i nowym logiem na konferencji prasowej.

Co do obiecywanej rekonstrukcji — będzie. Może nie piękna, może nie głęboka, może nawet nieco kosmetyczna, ale będzie. Jak lifting u celebryty: trochę naciągnięte, ale przynajmniej wygląda świeżo w zdjęciach prasowych.

A skoro już mowa o odgrzebanych trupach: projekt NABE, czyli Narodowej Agencji Bezsensownych Eksperymentów (tak to należałoby tłumaczyć), właśnie trafia do grobu. Został oficjalnie uznany za ekonomiczną fatamorganę. 53 miliardy złotych straty — tyle by kosztowała ta fikcja, gdyby ją kontynuować. Ale rząd Tuska, jak przystało na ludzi, którzy umieją czytać tabelki, powiedział „dość”. Nareszcie. To trochę jak wycofać się z pomysłu, żeby budować wieżowiec z plasteliny, bo ktoś wreszcie sprawdził, czym właściwie jest plastelina.

Reasumując: czekamy. Na rząd, na pogodę, na porządek. I patrzymy, jak Donald Tusk gra w szachy, podczas gdy reszta polskiej klasy politycznej próbuje zrozumieć zasady „Chińczyka”.

A opozycja niech już nie węszy w kalendarzu. 22 lipca to tylko data. A nie kryptonim PRL-u. I nie, premier nie planuje zamienić Polski w ściernisko, choć niektórzy politycy bardzo chcieliby, żeby potem coś sobie „postawić”. Jak w piosence. Tyle że nie Boysów, tylko Golec uOrkiestra — żeby już wszystko było na swoim miejscu.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights