
Po południu polityka przestaje udawać, że jest elegancka. Zmywa puder, odkłada frazesy i zostaje z tym, co naprawdę ma w środku: z nerwowym odruchem zasłaniania skutków własnych decyzji kolejnym pomysłem. W tym właśnie momencie Karol Nawrocki ogłasza referendum o Zielonym Ładzie i tłumaczy je z rozbrajającą szczerością: bo polityka klimatyczna Unii podnosi ceny energii, zwiększa koszty życia i uderza w gospodarkę.
I tu, paradoksalnie, zaczyna się prawda, bo to zdanie – w swojej prostocie – jest jednocześnie uczciwe i cyniczne. Uczciwe, bo koszty transformacji rzeczywiście istnieją. Cyniczne, bo mówi je człowiek z obozu Jarosława Kaczyńskiego, który przez lata współtworzył reguły tej gry, a dziś występuje w roli oburzonego widza, jakby właśnie odkrył, że ogień parzy.
Nie chodzi więc o pytanie Polaków o zdanie. Chodzi o przerzucenie na nich ciężaru decyzji, które już zapadły – w Brukseli, w Warszawie, na kolejnych szczytach i w kolejnych kompromisach, w których Polska uczestniczyła nie jako ofiara, tylko jako współautor.
Bo kiedy Mateusz Morawiecki na Radach Europejskich godził się na kolejne etapy polityki klimatycznej, robił to w imieniu państwa, a nie w imieniu jakiejś anonimowej „elity z Brukseli”. Morawiecki ma dziś ten szczególny talent, że potrafi jednocześnie podpisać dokument i następnego dnia udawać, że go czytał ktoś inny. Kiedy rząd PiS implementował kolejne elementy systemu ETS, nie był zakładnikiem historii, tylko jej współtwórcą. A kiedy dziś Karol Nawrocki udaje, że Zielony Ład spadł na Polskę jak meteoryt, to jest to raczej próba napisania historii od nowa niż jej opis. Nawrocki gra tu rolę człowieka, który najpierw podpala dom, a potem z powagą organizuje referendum, czy jest gorąco.
Zielony Ład nie jest nagłym kaprysem ani ideologicznym atakiem na zdrowy rozsądek. To strategia budowana od lat, przyspieszona w 2019 roku, kiedy Europa – trochę z przerażenia, trochę z kalkulacji – uznała, że bez modernizacji energetyki i ograniczenia emisji stanie się skansenem zależnym od cudzych surowców. W praktyce oznacza to konkret: system ETS, czyli handel emisjami; cele redukcji CO₂; inwestycje w odnawialne źródła energii; zmiany w budownictwie i transporcie; rosnące wymagania wobec przemysłu.
To wszystko kosztuje. Ale to wszystko było negocjowane. I podpisywane. Także przez polskie rządy – od Donalda Tuska, przez Mateusza Morawieckiego, aż po kolejne gabinety, które nie miały odwagi powiedzieć wyborcom prostego zdania: transformacja będzie bolała.
W tym miejscu pojawia się referendum – polityczny wynalazek, który wygląda jak demokracja, a działa jak unik.
Pytanie nie brzmi: czy chcesz transformacji energetycznej.
Pytanie brzmi: czy chcesz polityki, która podnosi koszty życia.
To nie jest pytanie o kierunek.
To jest pytanie ustawione tak, żeby odpowiedź była oczywista, a odpowiedzialność – rozmyta.
To trochę tak, jakby zapytać pasażerów samolotu, czy są za turbulencjami, po czym ogłosić, że skoro nie są, to pilot właśnie wygrał debatę z fizyką.
I tu pojawia się scena, której nikt nie widział, ale wszyscy bez trudu ją sobie wyobrażą.
Grill pod blokiem. Dym wali w niebo, kiełbasa skwierczy, kilku górników opiera się o ławkę. Karol Nawrocki, w koszuli z podwiniętymi rękawami, jak do pracy, tłumaczy im Zielony Ład. Mówi o ETS, o emisjach, o tym, że Europa chce być neutralna klimatycznie. Ktoś kiwa głową, ktoś inny pyta, czy to znaczy, że prąd będzie droższy. Nawrocki odpowiada, że właśnie dlatego robi referendum. Cisza. Ktoś przewraca kiełbasę. I w tej ciszy słychać jedną myśl, której nikt nie wypowiada: „to kto to wcześniej podpisywał – Morawiecki czy Kaczyński?”.
I dokładnie w tym miejscu kończy się polityczna narracja, a zaczyna rzeczywistość.
Bo Zielonego Ładu nie da się odwołać głosowaniem.
To polityka unijna, wspólna, wieloletnia. Można ją renegocjować. Można walczyć o wyjątki. Można łagodzić skutki dla gospodarki. Można wreszcie prowadzić poważną politykę energetyczną – taką, o jakiej mówi dziś Donald Tusk i jego rząd, próbując jednocześnie utrzymać kurs i amortyzować koszty.
Ale nie można jej unieważnić referendum.
I Nawrocki o tym wie.
Tak samo jak wie, że referendum nie obniży rachunków za energię, nie zatrzyma transformacji i nie cofnie decyzji, które zapadały latami – także przy jego politycznym zapleczu, także przy Jarosławie Kaczyńskim, który dziś najgłośniej krzyczy o skutkach własnej polityki. Kaczyński od lat prowadzi politykę jak strażak–piroman: najpierw wznieca pożar, potem ogłasza się jedynym specjalistą od gaszenia.
Dlatego sens tego ruchu jest prosty i do bólu znajomy.
Z jednej strony „naród”.
Z drugiej „elity”.
Z jednej strony „zwykli ludzie”.
Z drugiej „koszty i regulacje”.
A gdzieś pomiędzy znika to, co najważniejsze: odpowiedzialność.
Bo prawdziwe pytanie nie brzmi, czy jesteśmy za Zielonym Ładem.
Prawdziwe pytanie brzmi, jak przeprowadzić transformację tak, żeby Polska nie zapłaciła za nią podwójnie: raz rachunkami, drugi raz polityczną głupotą.
Referendum na to nie odpowiada.
Bo nie zostało po to wymyślone.
I kiedy opadnie dym z grilla, a emocje się rozproszą, zostanie jedno zdanie, krótkie i nieprzyjemne:
To nie jest referendum o Zielonym Ładzie. To jest referendum o tym, czy Nawrocki może robić z państwa kabaret, a z obywateli statystów.

Dodaj komentarz