
Są w polityce momenty, kiedy człowiek zaczyna się zastanawiać, czy przypadkiem nie przegapił jakiegoś kluczowego etapu selekcji. Nie egzaminów, nie kampanii, nawet nie wyborów — tylko tego momentu, w którym ktoś powinien zapytać: „czy na pewno?”.
Bo oto stoimy wobec prezydentury, która wygląda jak wersja demonstracyjna państwa — niby wszystko działa, ale co chwila wyskakuje komunikat: „funkcja niedostępna w tej konfiguracji”.
Karol Nawrocki jest bowiem politycznym zjawiskiem osobnym. Nie dlatego, że jest szczególnie skuteczny — tu trudno byłoby się pomylić. Nie dlatego, że jest szczególnie szkodliwy w sposób spektakularny. On jest szkodliwy jak wilgoć w ścianie: niby nic wielkiego, ale po roku wszystko zaczyna odpadać.
Jego najnowszy pomysł, czyli referendum, przypomina pytanie zadane przez sprzedawcę garnków na pokazie w remizie: „czy chcą państwo żyć lepiej, zdrowiej i oszczędniej?”. Publiczność kiwa głowami, ktoś klaszcze, a potem okazuje się, że podpisał kredyt na 30 lat.
Bo pytanie referendalne w wykonaniu Nawrockiego nie jest pytaniem. To jest sugestia ubrana w znak zapytania. To jest polityczna wersja zdania: „prawda, że mam rację?”.
I w tym miejscu pojawia się pomysł, który — przyznaję — brzmi jak żart, ale im dłużej się nad nim zastanawiać, tym mniej jest śmieszny, a bardziej logiczny.
Skoro prezydent tak bardzo kocha referenda, skoro widzi w nich najwyższą formę demokracji, skoro chce pytać obywateli o wszystko — to może warto zapytać o jedno.
Czy jesteście państwo za dalszym pełnieniem funkcji przez Karola Nawrockiego?
I teraz uwaga, bo tu wkracza ten drobny szczegół, który w Polsce zawsze psuje najlepsze pomysły — prawo. Otóż nie, nie mamy takiej procedury. Nie można sobie po prostu zrobić referendum i odwołać prezydenta jak wójta po nieudanym festynie.
Szkoda, prawda? Bo pierwszy raz w życiu frekwencja mogłaby być rekordowa, a komisje wyborcze pracowałyby szybciej niż grill w majówkę.
Ale sama idea jest piękna. Jest w niej jakaś sprawiedliwość poetycka. Prezydent, który traktuje obywateli jak publiczność do potwierdzania jego tez, sam staje się bohaterem pytania, na które odpowiedź nie jest już tak wygodna.
Bo problem z Nawrockim nie polega tylko na tym, że bywa nieporadny. Nie polega nawet na tym, że jego inicjatywy przypominają szkice robione na kolanie podczas przerwy obiadowej.
Problem polega na tym, że jego styl uprawiania polityki ma w sobie coś z amatorskiego teatru: dużo gestów, dużo emocji, dużo deklaracji — i zaskakująco mało treści.
To jest prezydentura, która wygląda jak prezentacja bez slajdów. Mówca mówi, mówi, mówi — a publiczność po chwili zaczyna się zastanawiać, czy to już koniec, czy dopiero początek, i czy w ogóle był sens przychodzić.
A jednak ten spektakl trwa. I trwa dlatego, że system go znosi. Bo urząd prezydenta w Polsce jest jednocześnie ważny i zadziwiająco odporny na nieudolność. Można się o niego potykać, można go nadużywać, można go traktować jak scenę do własnych występów — a państwo i tak będzie działać dalej, trochę wolniej, trochę gorzej, ale jednak.
I tu dochodzimy do najzabawniejszej części całej historii.
Nawrocki, chcąc pokazać swoją siłę, organizuje referendum, które pokazuje jego słabość. Chcąc pouczać obywateli, pokazuje, że sam traktuje ich jak publiczność kabaretu. Chcąc być poważnym graczem, staje się mimowolnie satyrą na urząd, który reprezentuje.
A my? My siedzimy na widowni, śmiejemy się, kręcimy głowami i co jakiś czas zadajemy sobie to jedno, ciche pytanie:
czy naprawdę nie dało się tego zrobić lepiej?
I może właśnie dlatego to wyimaginowane referendum — to, którego nie można przeprowadzić — jest najuczciwszym pomysłem tej kadencji.
Bo po raz pierwszy ktoś zapytałby nie o to, co myślimy o świecie.
Tylko o to, co myślimy o nim.

Dodaj komentarz