REFERENDUM NA LATO, CZYLI POLSKA W SEZONIE OGÓRKOWYM SZUKA NOWEGO GRILLA

Warszawa

Piątek przywitał nas wiadomością, że skoro lato już przyszło, to trzeba znaleźć jakiś polityczny basen, do którego wszyscy będą mogli wskoczyć z okrzykiem: „A nie mówiłem?”. Pogoda dopisuje, sondaże falują, a kraj, który od miesięcy żyje aferą Szpitala Południowego, postanowił dorzucić do wakacyjnego menu jeszcze jedno danie – referendum w sprawie odwołania Rafała Trzaskowskiego.

Trudno nie podziwiać tej narodowej konsekwencji. Inne kraje o tej porze roku planują urlopy, zastanawiają się, czy starczy wody w zbiornikach retencyjnych, analizują skutki rekordowych upałów albo liczą miliardy euro przeznaczone na odbudowę Ukrainy. Polska natomiast z właściwym sobie rozmachem organizuje kolejną polityczną inscenizację, której finał jest równie przewidywalny jak kolejki na Zakopiance w pierwszy weekend wakacji.

Specjalna sesja Rady Warszawy miała być spektaklem. I była. Tyle że nie takim, jakiego oczekiwali organizatorzy. Okrzyki „referendum, referendum”, transparenty, kamery, konferencje prasowe, politycy prześcigający się w moralnym oburzeniu, a pośrodku tego wszystkiego Rafał Trzaskowski, który zapewniał, że wszystko zostanie wyjaśnione „do samego spodu”. W polskiej polityce to bardzo ciekawe określenie. „Do spodu” oznacza zazwyczaj tyle, że powoła się kolejną komisję, zamówi kolejny audyt, zleci kolejną kontrolę, po czym wszyscy zgodnie ogłoszą, że sprawa jest zbyt skomplikowana, aby wyciągać pochopne wnioski.

Afera Szpitala Południowego oczywiście wymaga rzetelnego wyjaśnienia. Jeżeli dochodziło do nadużyć, fikcyjnych dyżurów, uprzywilejowanego traktowania wybranych pacjentów czy błędów organizacyjnych, opinia publiczna ma prawo znać prawdę, a winni – niezależnie od legitymacji partyjnej – powinni ponieść odpowiedzialność. Problem polega jednak na tym, że od kilku dni sama sprawa przestała być historią o szpitalu. Stała się historią o polityce.

Szpital zamienił się w scenografię, pacjenci w statystów, lekarze w bohaterów i czarne charaktery, a najważniejsze stało się pytanie nie o to, jak naprawić ochronę zdrowia, lecz kto pierwszy zdoła przykleić przeciwnikowi etykietkę większego łotra.

W tej atmosferze narodził się pomysł referendum.

Pomysł brzmi efektownie, bo słowo „referendum” zawsze działa na wyobraźnię. Pachnie demokracją bezpośrednią, obywatelską energią i buntem ludu przeciwko establishmentowi. Demokracja bywa znacznie bardziej prozaiczna od politycznych sloganów. Trzeba bowiem znaleźć ponad sto trzydzieści tysięcy warszawiaków gotowych podpisać się pod wnioskiem. Trzeba ich odnaleźć w środku wakacji, kiedy jedni siedzą na Mazurach, drudzy w Chorwacji, trzeci grillują pod Radomiem, a czwarty usiłuje właśnie przekonać dziecko, że jeszcze jeden dzień nad Bałtykiem naprawdę nie oznacza końca świata.

Referendum w wakacje przypomina więc próbę zorganizowania kursu narciarskiego w lipcu. Formalnie wszystko jest możliwe. Praktycznie pozostaje pytanie, ilu znajdzie się chętnych.

Sami politycy Prawa i Sprawiedliwości wydają się zresztą bardziej ostrożni niż internetowi wojownicy. Prywatnie przyznają, że Warszawa nie jest terenem łatwym. Trudno się dziwić. Od lat kolejne próby odwołania prezydentów stolicy kończyły się równie spektakularnie jak próba sprzedaży lodu Eskimosom. Warszawiacy mają wiele powodów do narzekania, ale jednocześnie od lat stosunkowo dobrze oceniają swojego prezydenta. Można się z nim nie zgadzać, można go krytykować, ale znacznie trudniej przekonać większość mieszkańców, że należy go natychmiast usunąć.

Dlatego cała operacja sprawia wrażenie przedsięwzięcia o zupełnie innym celu. Nie chodzi o zwycięstwo. Chodzi o utrzymywanie temperatury politycznego sporu. Referendum staje się nie tyle narzędziem demokracji, ile wygodnym serialem, który może ciągnąć się przez całe lato i jesień, dostarczając codziennie nowych odcinków, nowych konferencji prasowych i nowych powodów do wzajemnego oburzania się.

Polityka coraz bardziej przypomina platformę streamingową. Dawniej afera trwała tydzień. Dzisiaj potrzebuje wielu sezonów. Widz musi wracać każdego dnia, bo algorytm nie znosi ciszy.

Najzabawniejsze jest jednak to, że niemal nikt nie mówi już o samym systemie ochrony zdrowia. Zniknęły pytania o finansowanie szpitali, o braki kadrowe, o absurdalne kontrakty, o dramatyczne kolejki, o odpowiedzialność państwa za publiczną służbę zdrowia. Zamiast tego obserwujemy klasyczną polską dyscyplinę sportową: rzucanie politycznym oskarżeniem na odległość.

To zresztą cecha charakterystyczna naszej debaty publicznej. Każda poważna sprawa bardzo szybko przestaje być problemem do rozwiązania, a staje się pretekstem do wojny plemion. Po kilku dniach nikt już nie pamięta, od czego wszystko się zaczęło. Liczy się wyłącznie to, kto komu mocniej przyłożył.

Świat tymczasem nie zamierza czekać, aż skończymy kolejną odsłonę krajowej awantury. Europa przygotowuje się do rekordowej fali upałów. W Gdańsku rozmawia się o odbudowie Ukrainy i miliardowych inwestycjach, które zmienią gospodarczy układ naszego regionu. Rosja nie przerywa wojny. Rynki finansowe obserwują inflację i decyzje banków centralnych. Technologie zmieniają całe branże szybciej, niż polski parlament zdąży zwołać następną komisję śledczą.

My natomiast kolejny raz z zapałem godnym średniowiecznych scholastyków spieramy się o to, kto pierwszy powinien podać się do dymisji.

Historia ma tę irytującą właściwość, że nie zatrzymuje się tylko dlatego, iż właśnie trwa konferencja prasowa. Gdy za kilka lat ktoś będzie opisywał ten czas, prawdopodobnie więcej miejsca poświęci odbudowie Ukrainy, zmianom geopolitycznym i gospodarczym niż referendum, którego być może nawet nigdy nie będzie.

Ale my oczywiście wolimy zajmować się referendum, bo w Polsce nawet sezon ogórkowy potrafi być kiszony politycznie.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights