RAJ, KTÓREGO NIE BYŁO. CZYLI JAK KLASA ŚREDNIA ZGUBIŁA KLUCZE DO WŁASNEGO SZCZĘŚCIA

Warszawa

Istnieje w Polsce pewna bajka. Nie ta o smoku wawelskim, nie o szewczyku Dratewce ani nawet nie o złotej rybce, która spełnia trzy życzenia. To bajka znacznie nowocześniejsza, opowiadana przez ekonomistów, polityków, ekspertów od motywacji, trenerów sukcesu i wszystkich tych ludzi, którzy zawsze wyglądają tak, jakby właśnie wrócili z konferencji pod hasłem „Jak zostać milionerem, nie brudząc sobie butów”.

Bajka zaczyna się niewinnie. Ucz się. Pracuj. Znaj języki. Bądź przedsiębiorczy. Nie narzekaj. Inwestuj w siebie.

Kup mieszkanie na kredyt, bo przecież nieruchomości tylko drożeją. Posyłaj dzieci na angielski, hiszpański, robotykę, balet, karate i obowiązkowo na zajęcia z kreatywności, bo bez kreatywności w XXI wieku podobno nie można już nawet poprawnie ugotować jajka. A potem… Potem miał nadejść raj.

Nie taki z cherubinami i aniołami, lecz znacznie bardziej współczesny. Raj klasy średniej. Domek pod miastem z drewnianym tarasem, grill gazowy, dwa samochody, kredyt hipoteczny „pod kontrolą”, dwa tygodnie w Chorwacji albo we Włoszech, zimą narty, latem Grecja, ekspres do kawy za sześć tysięcy złotych i pies rasy, której nazwy nikt nie potrafi wymówić bez konsultacji z weterynarzem.

Była to jedna z najpiękniejszych opowieści III Rzeczypospolitej, a jednocześnie jedna z najbardziej kosztownych. Dzisiaj coraz więcej ludzi zaczyna odkrywać coś, co socjolog  nazwał końcem prosperity klasy średniej. Coraz więcej osób ma poczucie, że ktoś zmienił zasady gry w chwili, kiedy oni już wbiegli na boisko.

To jest chyba największy dramat ludzi, których nazywamy klasą średnią. Oni nie czują się biedni, ale przestają czuć się bezpieczni.

To ogromna różnica. Biedny człowiek martwi się o jutrzejszy obiad. Klasa średnia martwi się, czy za dwa lata będzie ją jeszcze stać na życie, które jeszcze pięć lat temu uważała za całkowicie normalne.

To zupełnie inny rodzaj lęku. Bieda krzyczy. Klasa średnia milczy. Milczy, zaciska zęby i zamawia wakacje o trzy gwiazdki tańsze niż rok wcześniej.

Jeszcze nikomu się nie przyzna. Na Facebooku nadal pokaże zdjęcie z basenu. Nie pokaże natomiast, że basen jest wspólny dla pięciuset osób, hotel znajduje się dwadzieścia kilometrów od morza, a drink „all inclusive” smakuje jak płyn do mycia szyb z dodatkiem mięty.

Klasa średnia przede wszystkim nie chce spaść. Nie chodzi nawet o pieniądze. Chodzi o godność. Przez trzydzieści lat słyszeliśmy, że świat jest sprawiedliwy. Że wykształcenie się opłaca. Że kompetencje zwyciężają. Że merytokracja jest nową religią Zachodu. Ucz się, rozwijaj, zdobywaj certyfikaty, MBA, kolejne języki, kolejne kursy. Pracuj ciężej od innych, a świat cię wynagrodzi.

I nagle okazuje się, że świat wzruszył ramionami. Profesor akademicki zarabia mniej niż influencer uczący, jak zostać milionerem dzięki sprzedawaniu kursów o zostawaniu milionerem. Nauczyciel tłumaczy dzieciom Mickiewicza, po czym wieczorem dorabia korepetycjami, żeby starczyło na ratę kredytu. Lekarz po sześciu latach studiów, stażu i specjalizacji słyszy, że jest uprzywilejowaną kastą, a informatyk odkrywa, że część jego pracy potrafi wykonać sztuczna inteligencja szybciej niż on zdąży zaparzyć kawę.

Mówiąc brutalnie – pękła umowa społeczna. Nie ta zapisana w konstytucjach. Ta zawarta w głowach milionów ludzi. Umowa, która brzmiała: „Bądź uczciwy, pracowity i kompetentny, a będzie tylko lepiej.”

Problem polega na tym, że nie jest i właśnie dlatego politycy wszystkich partii zaczynają chodzić wokół klasy średniej z minami kelnerów w eleganckiej restauracji.

– Czy podać jeszcze trochę nadziei?

– A może dokładkę patriotyzmu?

– Może obniżkę podatków?

– Albo trzynastą, czternastą, piętnastą obietnicę?

Politycy doskonale wyczuli, że prawdziwa rewolucja nie rodzi się dzisiaj na blokowiskach ani w pałacach. Rodzi się w szeregowcu pod Warszawą przy kuchennym stole, między ratą kredytu a rachunkiem za prąd. Tam siedzi człowiek, który jeszcze niedawno wierzył, że awansował a dziś coraz częściej ma wrażenie, że całe życie wspinał się po drabinie, która była oparta o niewłaściwą ścianę.

I to właśnie jest największy sukces współczesnego populizmu. Nie polega on na tym, że przekonuje ludzi do szalonych teorii. Polega na tym, że jako pierwszy mówi im: „Wiem, że czujesz się oszukany”, a człowiek, który czuje się oszukany, jest gotów uwierzyć niemal każdemu, kto obieca mu odzyskać utracony raj.

Najbardziej przewrotny jest jednak fakt, że ten raj właściwie nigdy nie istniał. Był raczej folderem reklamowym niż rzeczywistością. Czymś w rodzaju katalogu biura podróży, na którego okładce widzimy błękitne morze, białą plażę i uśmiechniętą rodzinę z idealnie prostymi zębami, a po przyjeździe okazuje się, że plaża jest kamienista, morze zakwitło glonami, a jedyny widok z hotelowego balkonu prowadzi na parking z autokarami.

Tak właśnie wyglądała obietnica transformacji.

Przez trzy dekady opowiadano nam historię o niekończącym się marszu ku dobrobytowi. Każdy kolejny rok miał być lepszy od poprzedniego. Dzieci miały żyć lepiej niż rodzice, wnuki lepiej niż dzieci, a wykres wzrostu gospodarczego miał piąć się do góry niczym alpinista po południowej ścianie Lhotse. Ekonomiści przekonywali, że globalizacja otworzy wszystkie drzwi, Unia Europejska wybrukuje autostradę do dobrobytu, internet wyrówna szanse, a nowoczesna gospodarka będzie premiowała wiedzę i kompetencje.

I rzeczywiście – przez jakiś czas to działało.

Polska rosła jak na drożdżach. Powstawały nowe firmy, galerie handlowe wyrastały szybciej niż grzyby po deszczu, kredyty rozdawano z takim entuzjazmem, jakby banki prowadziły działalność charytatywną, a słowo „hipoteka” brzmiało równie niewinnie jak „abonament telefoniczny”. Młody człowiek kończył studia, dostawał pierwszą pracę, brał kredyt na trzydzieści lat i był przekonany, że właśnie wszedł do elity ludzi sukcesu.

Dzisiaj wielu z nich budzi się rano, patrzy na harmonogram spłat i dochodzi do wniosku, że nie kupił mieszkania. Kupił sobie bardzo drogi kalendarz. Rozpisany aż do emerytury.

Najzabawniejsze – a zarazem najsmutniejsze – jest to, że klasa średnia od lat żyje w nieustannym wyścigu z samą sobą. Jeszcze nie zdąży spłacić jednego kredytu, już dowiaduje się, że powinna wymienić samochód na elektryczny. Jeszcze nie ochłonie po kosztach remontu mieszkania, już słyszy, że dziecko koniecznie powinno uczyć się programowania od przedszkola, bo inaczej sztuczna inteligencja odbierze mu pracę jeszcze przed maturą. Jeszcze nie skończy spłacać ekspresu do kawy, a media przekonują, że bez paneli fotowoltaicznych, pompy ciepła i inteligentnego domu właściwie nie istnieje.

Kapitalizm okazał się genialnym psychologiem. Najpierw wmówił ludziom, że szczęście można kupić. Potem sprawił, że szczęście trzeba wymieniać co dwa lata na nowszy model. Kiedyś człowiek kupował lodówkę, żeby chłodziła. Dzisiaj kupuje taką, która sama zamawia mleko przez internet i obraża się, jeśli nie ma dostępu do Wi-Fi.

Nie chodzi jednak wyłącznie o pieniądze. Znacznie bardziej boli utrata prestiżu. Klasę średnią definiuje przede wszystkim etos, a nie wysokość dochodów. To przekonanie, że wiedza, kompetencje, uczciwość i ciężka praca mają sens. Tymczasem świat coraz częściej zachowuje się tak, jakby chciał ten etos wyśmiać.

Nauczyciel wychowuje kolejne pokolenia obywateli, ale słyszy, że jest roszczeniowy. Naukowiec przez dwadzieścia lat prowadzi badania, po czym przegrywa z filmikiem zatytułowanym „Pięć sekretów sukcesu, których nie chcą ci powiedzieć”. Dziennikarz przez tydzień weryfikuje informacje, a internet w tym samym czasie zdąży uwierzyć w trzy fałszywe wiadomości i jedną teorię spiskową o tym, że gołębie są dronami.

Największą ironią naszych czasów jest to, że nigdy wcześniej dostęp do wiedzy nie był tak prosty, a jednocześnie nigdy wcześniej wiedza nie miała tak silnej konkurencji w postaci ludzi, którzy wiedzą wszystko, choć nie przeczytali niczego.

Do tego dochodzi sztuczna inteligencja – największy wynalazek od czasu internetu i jednocześnie największy generator niepokoju klasy średniej. Jeszcze kilka lat temu prawnik, księgowy, tłumacz czy analityk byli przekonani, że ich zawody należą do najbezpieczniejszych. Dzisiaj patrzą na kolejne narzędzia AI z podobnym uczuciem, z jakim XIX-wieczny tkacz patrzył na pierwsze maszyny parowe.

Nie boją się technologii. Boją się rachunków, które technologia może przestać pomagać im opłacać.

Właśnie wtedy, gdy człowiek zaczyna mieć wrażenie, że świat wymyka mu się spod nóg, pojawia się polityk. Nie przychodzi z rozwiązaniem. Przychodzi z opowieścią.

Jedni obiecują, że wystarczy podnieść podatki bogatym. Drudzy, że wystarczy je obniżyć wszystkim. Jedni wskazują winnych w Brukseli. Drudzy w Warszawie. Jeszcze inni w migrantach, bankach, elitach, korporacjach albo ekologach, bo polityka od dawna nie sprzedaje już programów. Polityka sprzedaje poczucie, że ktoś wreszcie rozumie naszą frustrację, a sfrustrowana klasa średnia to materiał polityczny bardziej wybuchowy niż wszystkie beczki prochu wynalezione od czasów chińskich alchemików.

To właśnie dlatego niepokój klasy średniej powinien interesować każdego rządzącego. Nie dlatego, że jest ona najbiedniejsza. Wcale nie jest. Ale dlatego, że to właśnie ona najczęściej płaci rachunki państwa, wierzy w instytucje i ma najwięcej do stracenia. Kiedy zaczyna tracić wiarę, nie wali pięścią w stół od razu. Najpierw przestaje ufać. Potem przestaje głosować. A na końcu głosuje przeciw wszystkim, którzy dotąd obiecywali jej raj.

Historia uczy, że właśnie wtedy zaczynają się naprawdę ciekawe czasy. Niestety, historia równie konsekwentnie uczy, że „ciekawe czasy” rzadko bywają dobrymi czasami.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights