
Sobota przyszła w deszczu i od razu zaczęła się tłumaczyć. Że niż, że front atmosferyczny, że wilgotne masy powietrza, że burze będą lokalne, lecz gwałtowne. Pogoda mówi dziś językiem rzecznika rządu: sytuacja jest dynamiczna, służby pozostają w gotowości, a odpowiedzialności za grad wielkości przepiórczego jaja na obecnym etapie nikomu nie przypisano.
Człowiek wygląda przez okno. W ogródku stoi stół przykryty ceratą, obok moknie węgiel, kiełbasa czeka w lodówce, a sąsiad z miną dowódcy wojsk inżynieryjnych usiłuje rozpiąć parasol nad grillem. Grill pod parasolem jest polską odpowiedzią na zmiany klimatu. Nie rozwiązujemy problemu, ale próbujemy ochronić karkówkę.
W telefonie tymczasem Władimir Putin potrząsa kośćmi.
Trzeba przyznać, że świat zachował poczucie dramaturgii. Nad Polską grzmi, nad Ukrainą wyją syreny, a na Kremlu człowiek, który od ponad czterech lat nie potrafi wygrać wojny, zastanawia się najwyraźniej, jak podnieść stawkę. Zwykły hazardzista po serii strat idzie do domu, zastawia zegarek albo telefonuje do szwagra. Hazardzista wyposażony w armię, rakiety i telewizję państwową organizuje konferencję o nieuchronności zwycięstwa.
Putin znalazł się podobno w narożniku. To określenie od lat powtarza się z taką regularnością, że narożnik powinien już otrzymać status stałego miejsca zamieszkania prezydenta Rosji. Bywał w narożniku po nieudanym ataku na Kijów, po ukraińskiej kontrofensywie, po buncie Prigożyna, po sankcjach, po utracie okrętów, po kolejnych pożarach rafinerii i za każdym razem wychodził z niego, najczęściej dlatego, że narożnik miał drzwi prowadzące do kolejnej mobilizacji.
Tym razem jednak ściany rzeczywiście zdają się przybliżać.
Ukraińskie drony systematycznie odnajdują rosyjskie rafinerie, choć rosyjska propaganda zapewnia, że cele wojskowe nie ucierpiały, a pożar pięciu zbiorników paliwa był zapewne spontanicznym pokazem patriotycznego oświetlenia. W kraju zaczyna brakować benzyny. Eksport trzeba ograniczać, import zwiększać, gospodarka dyszy, inflacja gryzie, stopy procentowe osiągnęły wysokość, z której nawet rosyjski bank centralny ogląda ziemię przez lornetkę.
Rosja, mocarstwo energetyczne, zaczyna mieć problem z paliwem. Jest w tym poetycka sprawiedliwość tak doskonała, że gdyby wymyślił ją powieściopisarz, krytycy zarzuciliby mu brak subtelności.
Państwo siedzące na ropie musi sprowadzać produkty naftowe, ponieważ sąsiad, którego miało się zdobyć w trzy dni, po czterech latach podpala mu rafinerie. To tak, jakby właściciel piekarni umarł z głodu podczas napadu na kiosk z drożdżówkami.
Krym, perła w koronie okupacji, coraz bardziej przypomina perłę wszytą w marynarkę, której nie da się zdjąć, wyprać ani wygodnie nosić. Most Krymski nie obsługuje ciężarówek, promy mają kłopoty, konwoje jadą pod groźbą ataków, a logistyka, ta nudna ciotka każdej wojny, zaczyna psuć humor strategom. Można zdobywać miejscowości na mapach telewizyjnych, ale żołnierz nadal potrzebuje paliwa, amunicji, jedzenia i odrobiny przekonania, że dowództwo wie, gdzie go wysłało.
Dowództwo wie. Najczęściej do przodu.
Rosja zmieniła taktykę. Wielkie kolumny pancerne, które na początku wojny wyglądały imponująco, dopóki nie zaczęły płonąć, zastąpiono małymi grupami piechoty przenikającymi między ukraińskimi pozycjami. Człowiek po człowieku, grupa po grupie, kilometr po kilometrze. Koszt nie ma znaczenia, ponieważ w rosyjskiej tradycji strategicznej człowiek zawsze był surowcem łatwiej odnawialnym niż czołg.
Według szacunków przywoływanych przez analityków straty rosyjskie sięgają około 1,4 miliona żołnierzy, w tym setek tysięcy zabitych. Liczby są tak wielkie, że przestają mieścić się w wyobraźni. Czterystu pięćdziesięciu tysięcy zabitych to nie statystyka. To miasta bez mieszkańców, mieszkania bez synów, stoły z pustym krzesłem, telefony, które już nigdy nie zadzwonią. Ale na ekranie zostaje liczba. Liczba jest wygodna, bo nie ma matki.
W zamian linia frontu przesunęła się miejscami o kilka kilometrów.
Gdyby Rosja była przedsiębiorstwem, Putin zostałby wezwany do rady nadzorczej i poproszony o wyjaśnienie, dlaczego po zużyciu ogromnej części zasobów, utracie ludzi, sprzętu, rynków i reputacji firma zdobyła kilka wsi oraz sankcje. Ponieważ jednak Rosja jest mocarstwem, wynik ten można ogłosić historycznym zwycięstwem nad zbiorowym Zachodem.
W państwie autorytarnym księgowość strategiczna jest prosta. Koszt jest tajny, przychód symboliczny, a audytor siedzi w więzieniu.
Putin oznajmił swoim dowódcom, że Konstantynówka została zdobyta. Problem w tym, że Konstantynówka nie zastosowała się do komunikatu. Nadal nie była zdobyta, co pokazuje niepokojący brak dyscypliny ze strony geografii.
Geografia od dawna sprawia Kremlowi trudności. Ukraina miała być sztucznym państwem, lecz uparcie istnieje. Kijów miał upaść, lecz stoi. NATO miało się cofnąć, tymczasem się rozszerzyło. Donieck miał zostać zdobyty, więc Putin narysował sobie mapę, na której został.
To metoda znana również zwykłemu człowiekowi. Kiedy waga pokazuje dziewięćdziesiąt dwa kilogramy, można schudnąć albo przykleić na wyświetlaczu karteczkę z liczbą siedemdziesiąt osiem. Druga metoda jest szybsza, mniej męcząca i daje natychmiastowy sukces propagandowy. Kłopot zaczyna się dopiero podczas zapinania spodni.
Wołodymyr Zełenski odpowiedział Putinowi z właściwym sobie poczuciem czarnego humoru: skoro Konstantynówka została już zdobyta, spotkajmy się tam na rozmowach pokojowych. Kreml zaproponował Moskwę. To zrozumiałe. Łatwiej prowadzić negocjacje w mieście, które rzeczywiście się kontroluje.
Putin prowadzi obecnie dwa natarcia. Jedno na Ukrainę, drugie na rzeczywistość. Pierwsze posuwa się bardzo wolno. Drugie, dzięki telewizji państwowej, zdobywa codziennie nowe obszary.
W rosyjskich mediach wojna jest ograniczona, zwycięska i prowadzona wyłącznie w obronie. Gospodarka jest odporna, naród zjednoczony, armia niezwyciężona, Zachód gnije, a Ukraina już przegrała, tylko z niejasnych powodów nadal walczy. Rosyjski widz otrzymuje świat logicznie zamknięty. Jeżeli Rosja posuwa się naprzód, wygrywa. Jeżeli stoi, wyczerpuje przeciwnika. Jeżeli się cofa, skraca front. Jeżeli rafineria płonie, obrona przeciwlotnicza skutecznie strąciła drona, którego szczątki przypadkiem spadły na wszystkie instalacje naraz.
Klęska jest w tym systemie niemożliwa. Może wystąpić jedynie zwycięstwo o zwiększonym stopniu komplikacji.
Najważniejsza gra toczy się jednak w powietrzu. Rosja wysyła nad Ukrainę setki dronów, rakiety manewrujące i balistyczne. Jedenaście godzin nalotu. Siedemdziesiąt cztery rakiety, prawie pięćset dronów. Potem następna noc, następna fala, następne ofiary. Kijów schodzi do metra, dzieci śpią na peronach, ratownicy odkopują ludzi z ruin, a rzecznik rosyjskiego Ministerstwa Obrony wyjaśnia, że zaatakowano obiekty przemysłu wojskowego z dużą precyzją.
Rosyjska precyzja ma osobliwą właściwość: niezwykle często trafia w dom, szpital albo plac zabaw, ale nigdy w sumienie człowieka wydającego rozkaz.
Tutaj żart powinien na chwilę umilknąć. Humor jest dobrym parasolem przed absurdem, lecz nie przed wszystkim. Nie wolno nim zasłonić widoku człowieka wyciąganego spod gruzów. Można kpić z map Putina, z nadętych generałów, z propagandystów, którzy co wieczór zdobywają Londyn między reklamą maści a prognozą pogody. Nie wolno śmiać się z ludzi, na których spadają rakiety.
Śmieszność Kremla nie zmniejsza jego zbrodniczości. Przeciwnie. Czyni ją bardziej odrażającą, ponieważ zza całej tej imperialnej pompy wychodzi mały, zimny mechanizm: skoro nie udało się zdobyć państwa, trzeba złamać jego mieszkańców.
Ataki nie są wybuchem furii. To byłaby niemal pocieszająca interpretacja. Człowiek wpada w szał, traci kontrolę, potem się zatrzymuje. Kreml kontroli nie traci. Kreml liczy. Wie, ile Ukraina ma pocisków przechwytujących, ile świat potrafi ich wyprodukować i ile rosyjskich rakiet trzeba wystrzelić, aby któraś dotarła do celu.
To księgowość terroru.
Minister obrony Ukrainy ujął problem bezlitośnie: świat produkuje miesięcznie mniej pocisków zdolnych zestrzeliwać rakiety balistyczne, niż Rosja może w tym czasie wystrzelić. Rosja chce więc wygrać za pomocą różnicy w fakturach. Jedna strona ma więcej rakiet, druga mniej środków do ich zatrzymywania, a między tymi kolumnami znajduje się miasto.
Podczas szczytu NATO w Ankarze Donald Trump miał obiecać Ukrainie licencję na produkcję systemów Patriot. „Pokażemy im, jak to się robi” — powiedział, co w ustach Trumpa może oznaczać zarówno strategiczny przełom, jak i początek prezentacji sprzedażowej.
Diabeł, jak zawsze, znajduje się w szczegółach, a szczegóły nie zostały jeszcze powiadomione o swojej roli. Nie wiadomo dokładnie, czego ma dotyczyć licencja, gdzie odbędzie się produkcja, kiedy ruszy i kto zapłaci. Jeden pocisk przechwytujący może powstawać ponad dwa lata. To bardzo długo dla człowieka chowającego się dziś w metrze, ale niepokojąco krótko dla Putina planującego wojnę na wyniszczenie.
Patriot nie uratuje dzisiejszej nocy. Może zmienić noc przyszłoroczną.
I dlatego Putin zerka na zegarek.
Przez lata grał na zmęczenie Zachodu. Zakładał, że demokracje mają słabą pamięć, krótkie kadencje i widza, który po kilku miesiącach wojny chce już nowego serialu. Rosja może cierpieć długo, bo cierpienie jest tam częścią polityki przemysłowej. Europa natomiast zaczyna się niepokoić, gdy drożeje benzyna, a premier traci dwa punkty w sondażu.
Putin liczy, że wcześniej skończy nam się cierpliwość niż jemu żołnierze.
Nie jest to zakład całkiem głupi, co czyni go szczególnie niebezpiecznym. Zachodnia jedność rzeczywiście zależy od wyborów, budżetów, kłótni koalicyjnych i porannego nastroju Donalda Trumpa. Europa potrafi przez pół roku debatować nad tym, czy powinna powołać grupę roboczą do opracowania wspólnego stanowiska w sprawie potrzeby podjęcia decyzji. Rosja w tym czasie produkuje drony.
Z drugiej strony wojna miała złamać Ukrainę i przestraszyć NATO. Ukraina nadal walczy, NATO wydaje więcej, a w Ankarze przywódcy zadeklarowali dziesiątki miliardów dolarów dalszego wsparcia. Putin chciał mniej Ameryki w Europie, dostał więcej NATO na rosyjskiej granicy. Chciał przejść do historii jako odnowiciel imperium. Coraz bardziej przypomina zarządcę skansenu, który podpalił sąsiednią wieś, aby zwiększyć frekwencję.
Teraz oferuje pokój.
Pokój Putina jest jednak szczególnym produktem. W pakiecie podstawowym Ukraina oddaje terytoria, których Rosja nie zdołała zdobyć. Rezygnuje z NATO, ogranicza swoje bezpieczeństwo, przyjmuje symboliczne gwarancje, a Rosja zachowuje prawo do stwierdzenia po kilku latach, że umowa była dyskryminująca i trzeba rozpocząć nową operację pokojową.
To trochę jak propozycja włamywacza, który podczas negocjacji pokojowych zgadza się przestać wynosić meble pod warunkiem, że otrzyma również sypialnię, klucze do piwnicy i pisemną gwarancję, iż właściciel nie zamontuje alarmu.
Kreml nie traktuje rozmów jako przeciwieństwa wojny. Rozmowy są wojną prowadzoną przy czystszym obrusie. Rakiety mają osłabiać Ukrainę, propaganda ma przekonywać Zachód, że dalszy opór nie ma sensu, a propozycje pokojowe mają sprawiać wrażenie, że Putin jest jedynym dorosłym na sali. Człowiek, który podpala dom, pojawia się następnie z gaśnicą i oczekuje Pokojowej Nagrody Nobla za powściągliwość.
„Rosja jest gotowa na pokojowe rozwiązanie, ale ma też wystarczające możliwości, by działać samodzielnie” — przekazuje Kreml. Jest to dyplomatyczna wersja zdania: możemy porozmawiać, ale zauważcie, że przyszedłem z kijem.
Pozostaje pytanie, najgorsze: czy Putin może sięgnąć po broń jądrową?
Może. Broń istnieje, procedury istnieją, człowiek istnieje i rozsądek nie jest w Rosji wymogiem konstytucyjnym. Ale możliwość nie jest tym samym co prawdopodobieństwo. Użycie atomu byłoby dla Kremla zakładem, w którym wygrana niemal automatycznie oznacza przegraną.
Chiny nie chcą wojny nuklearnej. Xi Jinping sprzeciwia się zarówno użyciu, jak i groźbom użycia atomu. Pekin lubi Rosję jako zależnego dostawcę surowców, kłopot dla Ameryki i klienta chińskiej cierpliwości. Nie potrzebuje Rosji jako człowieka biegnącego przez stację benzynową z płonącą pochodnią.
Atak nuklearny mógłby również wywołać dokładnie to, czemu Moskwa od początku próbuje zapobiec: bezpośrednią, zdecydowaną reakcję Zachodu. Zniszczyłby wizerunek Putina jako rzekomego rozjemcy i sprawił, że nawet część jego zagranicznych przyjaciół zaczęłaby nagle przebywać poza zasięgiem telefonu.
Groźba atomowa jest dla Kremla użyteczniejsza od samego atomu. Prawdziwa wartość bomby tkwi w tym, że nie spada, ale wszyscy patrzą w niebo. Zachód zaczyna wtedy rozważać, czy każda pomoc dla Ukrainy nie jest przypadkiem „eskalacją”, podczas gdy rosyjskie rakiety spadające na bloki mieszkalne pozostają, jak rozumiem, częścią tradycyjnego folkloru.
Putin najpewniej sięgnie więc nie po atom, lecz po więcej tego samego: Iskandery, Shahedy, sabotaż, cyberataki, ingerencję w wybory, fałszywe konta, użytecznych idiotów i bardzo zatroskanych ekspertów przekonujących, że pokój nastąpi natychmiast, gdy tylko ofiara przestanie się bronić.
Rosja od dawna eksportuje przecież nie tylko ropę i gaz. Eksportuje również zwątpienie.
Ma przekonać Ukraińców, że pomoc nie nadejdzie. Europejczyków, że wsparcie jest zbyt drogie. Amerykanów, że wojna ich nie dotyczy. Polaków, że wszyscy kradną. Niemców, że interesy są ważniejsze. Francuzów, że najważniejsza jest autonomia strategiczna, zwłaszcza od strategii. Każdy otrzymuje komunikat dopasowany do własnej słabości.
Nie trzeba wygrać wojny, jeśli uda się przekonać przeciwników, że już przegrali.
W samej Rosji propagandyści nadal opisują odporność kraju jako „fenomenalną”. Fenomen rzeczywiście istnieje. Państwo traci setki tysięcy ludzi, pożera rezerwy, uzależnia się od Chin, ogranicza wolność, dławi gospodarkę, militaryzuje szkoły i przedstawia to wszystko jako rozwiązanie problemów ciągnących się od upadku ZSRR.
Jest to metoda leczenia przypominająca amputowanie nóg pacjentowi z powodu niewygodnych butów. Buty przestają uwierać, operację można uznać za udaną.
Kremlowscy intelektualiści piszą, że wojna udowodniła siłę Rosji. Rzeczywiście: Rosja okazała się zdolna długo znosić katastrofę wywołaną przez własne władze. To ważna umiejętność, choć niekoniecznie dowód wielkości. Karaluch również wykazuje niezwykłą odporność, ale nikt nie proponuje mu miejsca w Radzie Bezpieczeństwa.
Twardogłowi nawołują do porzucenia nuklearnej powściągliwości. Zawsze łatwo zalecać atomową odwagę z gabinetu położonego daleko od przewidywanego celu odpowiedzi. Rosyjski strateg lubi mówić o milionach ofiar z tym spokojem, z jakim człowiek zamawia dodatkowy sos. Miliony są bowiem abstrakcyjne. On sam jest konkretny.
Najtrudniejsza prawda brzmi jednak tak: same problemy gospodarcze Rosji wojny nie zakończą. Reżimy potrafią długo prowadzić kosztowne wojny, zwłaszcza gdy rachunek płacą ludzie pozbawieni prawa do reklamacji. Wysoka inflacja nie aresztuje dyktatora. Brak benzyny nie organizuje automatycznie przewrotu. Niezadowolenie społeczne może rosnąć, ale dopóki każdy niezadowolony człowiek jest sam, a państwo ma policję, więzienia i telewizję, niezadowolenie pozostaje uczuciem prywatnym.
Putin może więc grać dalej. Ma jeszcze żołnierzy, drony, bomby, pieniądze i przyjaciół, którzy nie tyle go kochają, ile korzystają z jego konfliktu z Zachodem. Ma też wielkiego sojusznika w postaci naszej skłonności do znudzenia.
Nie jest jednak wszechmocny. Czas przestaje być jego wyłącznym wspólnikiem. Ukraińskie drony sięgają dalej. Rosyjska logistyka staje się bardziej krucha. Produkcja systemów obrony może wzrosnąć. Każda spalona rafineria, zniszczona ciężarówka i przerwana linia zaopatrzenia zmienia rachunek wojny.
Dlatego najbliższe miesiące mogą być szczególnie brutalne. Putin chce zamienić niewielkie, potwornie kosztowne postępy wojskowe w wielkie zwycięstwo dyplomatyczne, zanim materialna przewaga Rosji zacznie słabnąć. Musi sprawić, aby Ukraina wyglądała na przegraną, zanim stanie się silniejsza.
Hazardzista potrząsa kośćmi, lecz zerka na zegarek i sprawdza portfel.
W sobotnie popołudnie burza nad Polską przechodzi bokiem. Sąsiad wychodzi do ogródka, unosi pokrywę grilla i stwierdza, że węgiel jednak się nie rozpalił. Przez chwilę patrzy na mokrą rozpałkę z osobistą urazą, jakby deszcz był częścią spisku wymierzonego w jego karkówkę. Potem przynosi suszarkę do włosów i przedłużacz.
Człowiek jest istotą niezwykłą. Potrafi zignorować warunki, fakty, koszty, zdrowy rozsądek i ostrzeżenie na opakowaniu, jeśli wcześniej powiedział rodzinie, że dziś będzie grill.
Putin działa podobnie, tylko ma większy przedłużacz.
Nie może odpuścić, ponieważ przyznanie, że wojna była błędem, oznaczałoby pytanie o miliony ofiar, gospodarcze straty i cztery lata kłamstw. Dyktator nie może powiedzieć: „Pomyliłem się”. Dyktator może jedynie powiedzieć: „Potrzebuję jeszcze więcej ludzi, pieniędzy i czasu, aby udowodnić, że od początku miałem rację”.
Na tym polega pułapka autorytarnego hazardzisty. Nie gra już po to, żeby wygrać. Gra, ponieważ odejście od stołu wymagałoby pokazania rachunku.
A rachunek jest ogromny.
Za oknem znowu zaczyna padać. W Polsce chowamy poduszki z tarasu, zamykamy okna i sprawdzamy radar burzowy. W Kijowie ludzie sprawdzają mapę nalotów i schodzą do schronów. Ta różnica powinna nam wystarczyć za całą sobotnią refleksję o kosztach wojny, cierpliwości Zachodu i luksusie zwyczajnego deszczu.
Burza nad nami minie. Możliwe, że wieczorem wyjdzie słońce. Grill jeszcze się odbędzie, kiełbasa zostanie przypalona, a sąsiad ogłosi operację pogodowym sukcesem.
Nad Ukrainą burza trwa już piąty rok i nie jest zjawiskiem atmosferycznym.
Wywołał ją jeden człowiek, który nadal potrząsa kośćmi, ponieważ wmówił sobie, że kasyno jest mu coś winne.
Przegrywa Putin, ale rachunek płacą inni.

Dodaj komentarz