PUTIN BOI SIĘ JABŁKA

Warszawa

Rosja jest największym państwem świata, ma broń atomową, międzykontynentalne rakiety, okręty podwodne, milionową armię, służby specjalne rozsiane po pół globu i prezydenta, który od ćwierćwiecza ćwiczy minę człowieka posiadającego tajemnicę historii. A jednak w sierpniu 2026 roku to całe mocarstwo przestraszyło się Jabłka. Nie owocu, rzecz jasna, choć przy obecnym stanie rosyjskiej polityki również sadownik powinien zachować ostrożność, lecz partii Jabłoko, ostatniego legalnego ugrupowania w Rosji, które otwarcie sprzeciwiało się wojnie z Ukrainą.

Sąd Najwyższy usunął Jabłoko z wrześniowych wyborów parlamentarnych, a kilka dni później Lew Szlosberg, jeden z liderów partii i konsekwentny przeciwnik wojny, został skazany na jedenaście lat i miesiąc kolonii karnej za wypowiedzi krytykujące inwazję. Powiedział między innymi, że wojna jest dla Rosji katastrofą i powinna się zakończyć. W normalnym państwie byłaby to opinia polityczna. W Rosji Putina jest to najwyraźniej coś pomiędzy zdradą ojczyzny a próbą wysadzenia Kremla widelcem.

Właśnie tu zaczyna się najciekawsza część rosyjskiej tragedii, bo im dłużej Putin opowiada światu o potędze swojego państwa, tym bardziej jego państwo przypomina ogromnego osiłka, który na podwórku bije wszystkich dookoła, ale wieczorem sprawdza pod łóżkiem, czy nie schował się tam poeta. Mocarstwo mające rzekomo rzucić na kolana NATO potrzebuje Sądu Najwyższego, prokuratury, cenzury, policji i kolonii karnej, żeby poradzić sobie z człowiekiem mówiącym: „Nie chcę wojny”. Trudno wymyślić lepszą reklamę słabości.

Legenda Putina nie narodziła się przecież z samej propagandy. Pierwsze lata jego rządów przypadły na okres znakomitej koniunktury surowcowej, wzrostu dochodów i poprawy poziomu życia. Rosjanin, który pamiętał chaos Jelcyna, patrzył na nowego gospodarza Kremla i widział porządek, pełniejsze sklepy, wypłaty przychodzące na czas i państwo, które przestało wyglądać jak komis samochodowy po bójce właścicieli. Reżim mógł więc długo sprzedawać społeczeństwu bardzo wygodną umowę: wy nie interesujecie się za bardzo polityką, a my zapewniamy stabilność. Był to autorytaryzm z dostawą do domu.

Kłopot zaczął się wtedy, kiedy ropa przestała wystarczać do produkowania mitu kompetencji, gospodarka zaczęła zwalniać, jakość państwa pogarszała się, a z otoczenia Putina coraz wyraźniej wyłaniała się zwyczajna kleptokracja, tylko opakowana w hymn, paradę wojskową i ikonę. Po 2012 roku Kreml stopniowo przestawiał się z przekonywania na zastraszanie. Władza, która wcześniej mówiła obywatelowi: „Zaufaj nam, żyje ci się lepiej”, coraz częściej mówiła: „Jeżeli uważasz inaczej, przemyśl to jeszcze raz, najlepiej w obecności adwokata”.

To przejście od propagandy do strachu jest jednym z kluczy do zrozumienia dzisiejszej Rosji. Autokracja może długo funkcjonować, jeśli ludzie wierzą, że autokrata przynajmniej wie, co robi. Jeżeli jednak zaczyna brakować sukcesów, trzeba produkować wrogów. Jeśli nie można już rozdawać dobrobytu, można rozdawać strach. Jeśli nie da się poprawić rzeczywistości, zawsze można pogorszyć warunki jej opisywania.

Wojna z Ukrainą była pod tym względem logicznym przedłużeniem putinizmu. Obserwatorzy piszą o niej jako o produkcie personalistycznej dyktatury, w której coraz mniej instytucji jest zdolnych powiedzieć przywódcy, że jego pomysł jest idiotyczny. Dyktator z biegiem lat staje się zakładnikiem własnych przekonań, ponieważ każda osoba w jego otoczeniu uczy się prostego mechanizmu kariery: wiadomość dobra idzie w górę, wiadomość zła zostaje na dole razem z człowiekiem, który ją przyniósł.

W przedsiębiorstwie taki system kończy się bankructwem. W państwie atomowym kończy się wojną.

Można sobie wyobrazić naradę przed lutym 2022 roku. Jeden generał wie, że armia nie jest gotowa, drugi wie, że Ukraińcy będą walczyć, trzeci podejrzewa, że Zachód nie rozpadnie się po pierwszych sankcjach, a czwarty widzi, że plan zdobycia wielkiego europejskiego kraju w kilka dni ma w sobie lekkość programu kolonizacji Marsa pisanego na serwetce. Tyle że wszyscy patrzą na człowieka na końcu stołu i dochodzą do wniosku, że prognoza zwycięstwa jest jednak znacznie zdrowsza dla kariery.

W ten sposób Putin otrzymał dokładnie takie informacje, jakie sam wcześniej wyhodował.

Rosyjska armia okazała się wręcz doskonałym portretem państwa, które ją stworzyło. Była scentralizowana, skorumpowana, nieufna wobec inicjatywy niższych szczebli, obciążona fatalnymi relacjami pomiędzy wojskiem a aparatem politycznym i przekonana o własnej sile bardziej na podstawie parad niż doświadczenia wojny z przeciwnikiem zdolnym do stawiania oporu. W Gruzji, na Krymie i w Syrii można było wyglądać jak wojskowy geniusz. Ukraina pokazała, że wojsko ćwiczone do słuchania rozkazów nie zawsze potrafi myśleć wtedy, kiedy rozkaz przestaje mieć sens.

Rosyjska armia nie tyle zawiodła państwo Putina, ile zachowała się dokładnie tak jak państwo Putina. W systemie, w którym samodzielność jest podejrzana, odpowiedzialność rozmyta, korupcja powszechna, a prawda służbowa niebezpieczna, trudno nagle oczekiwać, że na polu walki pojawi się pruska precyzja, szwajcarska księgowość i amerykańska logistyka. Czołg nie zaczyna być nowoczesny tylko dlatego, że przed defiladą umyto mu gąsienice.

Jeszcze ważniejsze pytanie brzmi jednak: dlaczego Putin w ogóle tak obsesyjnie potrzebował podporządkowanej Ukrainy? Sednem nie jest NATO, choć Kreml od lat przedstawia Sojusz jako smoka stojącego pod rosyjską chatą. Putin sam przecież na początku swoich rządów mówił o możliwości współpracy z NATO, a nawet nie wykluczał kiedyś rosyjskiego członkostwa. Jego agresywność rosła szczególnie wtedy, gdy w państwach postsowieckich pojawiały się demokratyczne przełomy.

Bo prawdziwie niebezpieczna dla putinizmu Ukraina nie musi mieć rakiet wycelowanych w Moskwę. Wystarczy, że ma wybory.

Wyobraźmy sobie najgorszy dla Kremla scenariusz. Za rosyjską granicą istnieje duże słowiańskie państwo, którego mieszkańcy mówią językiem podobnym do rosyjskiego, mają wspólną historię, rodzinne więzi i kulturę, a mimo to potrafią zmieniać prezydentów, wyrzucać rządy, kłócić się publicznie, obrażać władzę w telewizji, czytać niezależne media i jeszcze nie trafiać za to do kolonii karnej. Taki kraj nie jest militarnym zagrożeniem dla Kremla. Jest czymś znacznie gorszym: dowodem rzeczowym.

Rosjanin może wtedy zapytać, dlaczego Ukrainiec może wyrzucić prezydenta przy urnie, a on swojego ogląda od czasów, kiedy Nokia była szczytem technologii, Beckham grał w Manchesterze United, a w Polsce premierem był Jerzy Buzek.

I właśnie takiego pytania boi się Putin.

Dlatego wojna z Ukrainą od początku była również wojną z możliwością porównania dwóch modeli państwa. Z jednej strony kraj chaotyczny, skorumpowany, niedoskonały, ale politycznie żywy. Z drugiej strony państwo mające wyglądać jak potężny monolit, w którym wszystko jest stabilne przede wszystkim dlatego, że człowieka próbującego przesunąć mebel zabiera policja.

Rosyjska demokracja po rozpadzie Związku Sowieckiego wcale nie została zniszczona, bo nigdy naprawdę nie zdążyła powstać. Zmieniły się szyldy, pojawiły się wybory, prywatne telewizje i kapitalizm, lecz znaczna część dawnych elit, instytucji oraz sposobu rozumienia władzy przetrwała. Rosja zdjęła radziecki mundur, założyła marynarkę i przez chwilę wyglądała jak człowiek, który zmienił zawód. Problem polegał na tym, że w kieszeni nadal nosiła legitymację z poprzedniej pracy.

Putin nie spadł więc na Rosję z kosmosu. Wyszedł z systemu, który nigdy nie nauczył się uważać obywatela za właściciela państwa, a władzę za lokatora wynajmującego od niego mieszkanie na czas określony. W rosyjskiej tradycji lokator szybko wymieniał zamki, wyrzucał właściciela na klatkę schodową i tłumaczył, że robi to w interesie bezpieczeństwa budynku.

Dziś mechanizm ten osiągnął niemal elegancję.

Nowe przepisy podpisane przez Putina 4 sierpnia pozwalają państwu nakładać na Rosjan mieszkających za granicą i ściganych zaocznie szereg ograniczeń: zamrażać rachunki bankowe, blokować transakcje majątkowe, odcinać od części usług państwowych i odmawiać wydawania dokumentów konsularnych, w tym paszportów. Wśród podstaw do represji znajdują się również przepisy polityczne wykorzystywane wobec krytyków wojny. Organizacje praw człowieka nazywają ten system formą „śmierci obywatelskiej”.

To jest, trzeba przyznać, dyktatura bardzo nowoczesna. Stalin potrzebował wagonu, strażnika i dalekiej Syberii. Putin może człowieka częściowo unicestwić administracyjnie, siedząc tysiące kilometrów od niego. Nie trzeba już wyważać drzwi w Paryżu czy Berlinie. Wystarczy sprawić, żeby nie działało konto, paszport, mieszkanie i kontakt z własnym państwem.

Tyrania weszła w chmurę.

Tyle że nawet z tym Putin ma problem, bo wyrzuceni z Rosji dziennikarze wcale nie zniknęli. Niezależne media, wypchnięte za granicę po inwazji, przeniosły redakcje, nauczyły się funkcjonować na nowych platformach i często zwiększały zasięg. Kreml zamknął drzwi redakcji, a dziennikarze weszli przez YouTube, Telegram i VPN.

To musi być dla Putina szczególnie drażniące. Można przejąć telewizję, można wyłączyć radio, można zlikwidować gazetę, można nazwać dziennikarza agentem zagranicznym, ale bardzo trudno wydać dekret zabraniający człowiekowi ciekawości.

Dlatego dzisiejsza Rosja coraz bardziej przypomina państwo prowadzące jednocześnie dwie wojny. Jedną przeciw Ukrainie, za pomocą rakiet, dronów, artylerii i ludzi rzucanych na front. Drugą przeciw własnym obywatelom, za pomocą sądów, ustaw, prokuratorów, rejestrów, cenzury i strachu.

Te wojny są ze sobą nierozerwalnie związane. Im mniej przekonujące staje się zwycięstwo na zewnątrz, tym bardziej konieczne jest milczenie wewnątrz. Im więcej kosztuje wojna, tym surowiej trzeba karać człowieka pytającego, po co właściwie jest prowadzona. Im dłużej trwa „operacja specjalna”, która miała potwierdzić geniusz przywódcy, tym więcej potrzeba policjantów, żeby nikt nie zauważył, że geniusz bardzo długo nie może zakończyć swojej operacji.

I tu kończy się wygodny śmiech.

Można kpić z putinowskich stołów długości pasa startowego, z parad, generałów obwieszonych orderami i wyborów, w których wynik zna się wcześniej niż pogodę na jutro. Można szydzić z mocarstwa, które trzęsie się przed Jabłokiem, poetą, ekonomistą czy dziennikarzem. Trzeba jednak pamiętać, że cała ta groteska ma po drugiej stronie bardzo konkretnego człowieka pod gruzami domu, żołnierza wracającego bez nogi, dziecko śpiące w metrze i rosyjską matkę otrzymującą lakoniczną wiadomość, że jej syn poległ za ojczyznę gdzieś pod miastem, którego nazwy jeszcze pięć lat temu nie umiała wskazać na mapie.

Dlatego Putin jest postacią jednocześnie śmieszną i przerażającą. Śmieszną, bo jego wyobrażenie własnej wielkości coraz częściej zderza się z rzeczywistością w sposób godny prowincjonalnego Napoleona. Przerażającą, bo prowincjonalny Napoleon ma rakiety atomowe, tysiące czołgów i państwo zdolne wysłać kolejnych ludzi na śmierć, byle tylko nie przyznać, że cesarz pomylił drzwi.

Putin chciał przejść do historii jako człowiek, który podniósł Rosję z kolan. Coraz bardziej wygląda jednak na człowieka, który postawił ją na baczność i kazał tak stać, dopóki nie umrze ze zmęczenia.

Chciał zniszczyć ukraińską demokrację, bo wolna Ukraina była dla jego systemu obrazą. Chciał udowodnić, że autokracja jest sprawniejsza, armia silniejsza, Zachód słabszy, a Rosja skazana na wielkość. Tymczasem po niemal ćwierćwieczu jego rządów najcelniejszym komentarzem do kondycji tej wielkości pozostaje fakt, że ogromne państwo atomowe musi skazywać człowieka na jedenaście lat kolonii karnej za powiedzenie, iż wojna jest katastrofą.

To nie jest demonstracja siły. To jest napad paniki ubrany w mundur mocarstwa.

I dlatego z Rosją Putina rzeczywiście nie ma żartów. Można żartować z Putina, ponieważ dyktatorzy wyjątkowo źle znoszą śmiech. Można odbierać mu pompatyczność, kpić z jego historycznych urojeń i przebijać szpilką nadęty balon imperialnej wielkości. Nie wolno jednak zapominać, że w środku tego balonu nie ma powietrza.

Jest proch.

Największym paradoksem pozostaje zaś to, że człowiek, który całe życie próbował kontrolować historię, prowadzi dziś desperacką wojnę z jedynym przeciwnikiem, którego żadna FSB nigdy nie aresztuje. Z rzeczywistością, a rzeczywistość ma fatalny charakter.

Można zakazać jej udziału w wyborach, można nazwać ją agentem zagranicznym i można nawet skazać ją zaocznie. Tylko że ona, bezczelna, nadal przychodzi na rozprawę.


  1. Elzbieta Swiecicka

    Doskonała analiza.

  2. KRZYSZOF BIELEJEWSKI

    PUTIN IS AFRAID OF AN APPLE

    20 August 2026

    Warsaw

    Russia is the largest country in the world. It has nuclear weapons, intercontinental missiles, submarines, an army numbering in the millions, intelligence services spread across half the globe, and a president who for a quarter of a century has been perfecting the expression of a man privy to the secret of history itself. And yet, in August 2026, this entire superpower became frightened of an Apple. Not the fruit, of course—although given the present state of Russian politics, even an orchard keeper might be well advised to exercise caution—but Yabloko, whose name means “Apple,” the last legal political party in Russia to openly oppose the war against Ukraine.

    The Supreme Court barred Yabloko from September’s parliamentary elections, and a few days later Lev Shlosberg, one of the party’s leaders and a consistent opponent of the war, was sentenced to eleven years and one month in a penal colony for statements criticising the invasion. Among other things, he said that the war was a catastrophe for Russia and ought to end. In a normal country, this would be called a political opinion. In Putin’s Russia, it is apparently something halfway between high treason and an attempt to blow up the Kremlin with a fork.

    And this is where the most fascinating part of the Russian tragedy begins. The longer Putin lectures the world about the might of his country, the more that country resembles an enormous neighbourhood bully who beats up everyone in the playground but checks under his bed at night in case a poet is hiding there. A superpower supposedly capable of bringing NATO to its knees requires the Supreme Court, prosecutors, censorship, the police and a penal colony to deal with a man saying, “I don’t want war.” It would be difficult to devise a better advertisement for weakness.

    Putin’s legend, after all, was not born of propaganda alone. The first years of his rule coincided with a spectacular commodities boom, rising incomes and improving living standards. A Russian who remembered the chaos of the Yeltsin years looked at the Kremlin’s new master and saw order, better-stocked shops, wages arriving on time and a state that no longer resembled a used-car dealership after a fistfight between its owners. For years, therefore, the regime could offer society an extremely convenient bargain: you do not take too much interest in politics, and we will provide stability. It was authoritarianism with home delivery.

    The trouble began when oil was no longer sufficient to manufacture the myth of competence, the economy started to slow, the quality of government deteriorated, and what emerged ever more clearly around Putin was an ordinary kleptocracy—merely wrapped in an anthem, a military parade and an icon. After 2012, the Kremlin gradually shifted from persuasion to intimidation. A government that had once told its citizens, “Trust us, your life is getting better,” increasingly began saying, “If you think otherwise, you may wish to reconsider—preferably in the presence of a lawyer.”

    This transition from propaganda to fear is one of the keys to understanding today’s Russia. An autocracy can function for a very long time as long as people believe the autocrat at least knows what he is doing. But once successes become scarce, enemies must be manufactured. If prosperity can no longer be handed out, fear can. If reality cannot be improved, the conditions under which it may be described can always be made worse.

    The war against Ukraine was, in that respect, a logical extension of Putinism. Observers describe it as the product of a personalist dictatorship in which fewer and fewer institutions are capable of telling the leader that his idea is idiotic. As the years pass, a dictator becomes a prisoner of his own convictions because everyone around him learns one simple rule of professional advancement: good news travels upwards; bad news remains downstairs, together with the man who brought it.

    In a company, such a system ends in bankruptcy.

    In a nuclear-armed state, it ends in war.

    One can imagine the meeting before February 2022. One general knows the army is not ready. Another knows the Ukrainians will fight. A third suspects that the West will not disintegrate after the first sanctions. A fourth can see that the plan to conquer a large European country in a matter of days has something of the breezy optimism of a Mars colonisation programme scribbled on a napkin. But they all look at the man sitting at the end of the table and conclude that a forecast of victory is considerably healthier for one’s career.

    And so Putin received precisely the information that he himself had cultivated.

    The Russian army turned out to be an almost perfect portrait of the state that created it. It was centralised, corrupt, suspicious of initiative at lower levels, burdened by disastrous relations between the military and the political apparatus, and convinced of its own strength more by military parades than by experience of fighting an enemy capable of fighting back. In Georgia, Crimea and Syria, it was possible to look like a military genius. Ukraine demonstrated that an army trained to obey orders does not necessarily know how to think once an order stops making sense.

    The Russian army did not so much fail Putin’s state as behave exactly like Putin’s state. In a system where independence is suspect, responsibility blurred, corruption endemic and professional truth dangerous, it is difficult suddenly to expect Prussian precision, Swiss bookkeeping and American logistics to materialise on the battlefield. A tank does not become modern merely because someone washed its tracks before the parade.

    The more important question, however, is why Putin was so obsessively determined to have a subordinate Ukraine in the first place. NATO is not the heart of the matter, although for years the Kremlin has portrayed the Alliance as a dragon crouching outside Russia’s cottage. Early in his rule, Putin himself spoke of the possibility of cooperation with NATO and at one point did not even rule out Russian membership. His aggression grew particularly pronounced whenever democratic breakthroughs occurred in post-Soviet states.

    Because a Ukraine that is genuinely dangerous to Putinism does not need missiles pointed at Moscow.

    It merely needs elections.

    Imagine the Kremlin’s worst nightmare. Across the Russian border stands a large Slavic country whose people speak a language closely related to Russian, share history, family ties and culture with Russians, and yet somehow manage to change presidents, throw governments out of office, argue in public, insult those in power on television, read independent media—and still avoid being sent to a penal colony for doing so. Such a country is not a military threat to the Kremlin.

    It is something much worse: evidence.

    A Russian citizen may then ask why a Ukrainian can remove a president at the ballot box while he himself has been watching the same president since Nokia represented the cutting edge of technology, Beckham played for Manchester United and Jerzy Buzek was prime minister of Poland.

    And that is precisely the question Putin fears.

    That is why the war against Ukraine has, from the outset, also been a war against the possibility of comparing two models of government. On one side, a country that is chaotic, corrupt and imperfect, but politically alive. On the other, a state designed to look like a mighty monolith, where everything is stable chiefly because anyone attempting to move the furniture is taken away by the police.

    Russian democracy after the collapse of the Soviet Union was not so much destroyed as never truly given time to come into existence. The signs changed, elections appeared, private television stations emerged, capitalism arrived—but a large part of the old elite, the old institutions and the old understanding of power survived. Russia took off its Soviet uniform, put on a jacket and for a while looked like a man who had changed professions. The problem was that he still carried his old employee ID in his pocket.

    Putin, therefore, did not descend upon Russia from outer space. He emerged from a system that had never learned to regard the citizen as the owner of the state and the government as a tenant renting the premises from him for a fixed term. In the Russian tradition, the tenant quickly changed the locks, threw the owner out into the stairwell and explained that this was necessary for the security of the building.

    Today, the mechanism has achieved an almost elegant perfection.

    New legislation signed by Putin on 4 August allows the state to impose a range of restrictions on Russians living abroad and prosecuted in absentia: freezing bank accounts, blocking property transactions, cutting people off from certain state services and refusing to issue consular documents, including passports. The grounds for such repression include political provisions used against critics of the war. Human-rights organisations describe the system as a form of “civil death.”

    It is, one must admit, a remarkably modern dictatorship. Stalin needed a railway carriage, a guard and distant Siberia. Putin can partially erase a person administratively while sitting thousands of kilometres away. There is no longer any need to break down doors in Paris or Berlin. It is enough to make the bank account stop working, the passport stop working, the property become inaccessible and all meaningful contact with one’s own state disappear.

    Tyranny has moved to the cloud.

    And even here Putin has a problem, because the journalists driven out of Russia did not disappear. Independent media outlets forced abroad after the invasion relocated their newsrooms, learned to operate on new platforms and in many cases actually expanded their reach. The Kremlin locked the newsroom door, and the journalists came back through YouTube, Telegram and VPNs.

    This must be particularly irritating for Putin. You can take over television, switch off the radio, shut down a newspaper and label a journalist a foreign agent. But it is exceedingly difficult to issue a decree banning human curiosity.

    This is why today’s Russia increasingly resembles a state fighting two wars simultaneously. One is against Ukraine, using missiles, drones, artillery and human beings thrown onto the front. The other is against its own citizens, using courts, legislation, prosecutors, registers, censorship and fear.

    The two wars are inseparable. The less convincing victory abroad becomes, the more indispensable silence at home becomes. The more the war costs, the more severely one must punish the person who asks what exactly it is being fought for. The longer the “special operation” supposedly intended to confirm the leader’s genius goes on, the more police officers are required to ensure that nobody notices how astonishingly long the genius is taking to finish his operation.

    And here the comfortable laughter ends.

    One can mock Putin’s tables, which are roughly the length of airport runways; the parades; the generals dripping with medals; the elections whose outcome is known earlier than tomorrow’s weather forecast. One can ridicule a superpower trembling before Yabloko, a poet, an economist or a journalist. But one must remember that on the other side of all this grotesque theatre lies a very real human being beneath the rubble of a house, a soldier returning without a leg, a child sleeping in the metro, and a Russian mother receiving a terse message informing her that her son has died for the motherland somewhere near a town whose name, five years ago, she could not have pointed to on a map.

    That is why Putin is at once ridiculous and terrifying. Ridiculous because his conception of his own greatness increasingly collides with reality in a manner worthy of a provincial Napoleon. Terrifying because this provincial Napoleon has nuclear missiles, thousands of tanks and a state capable of sending ever more people to their deaths rather than admit that the emperor walked through the wrong door.

    Putin wanted to go down in history as the man who raised Russia from its knees. Increasingly, however, he looks like the man who ordered Russia to stand at attention and commanded it to remain there until it dies of exhaustion.

    He wanted to destroy Ukrainian democracy because a free Ukraine was an insult to his system. He wanted to prove that autocracy was more efficient, its army stronger, the West weaker, and Russia destined for greatness. Yet after almost a quarter of a century of his rule, the most telling commentary on the condition of that greatness remains the fact that an enormous nuclear power has to sentence a man to eleven years in a penal colony for saying that the war is a catastrophe.

    This is not a demonstration of strength.

    It is a panic attack dressed in the uniform of a superpower.

    And that is why Putin’s Russia is indeed no laughing matter. One may laugh at Putin, because dictators are exceptionally bad at tolerating laughter. One may strip him of his pomposity, ridicule his historical delusions and prick the swollen balloon of imperial grandeur with a pin. But one must never forget that inside that balloon there is no air.

    There is gunpowder.

    The greatest paradox of all is that a man who has spent his entire life trying to control history is now waging a desperate war against the one adversary no FSB will ever arrest:

    reality.

    And reality has an appalling attitude problem.

    You can bar it from standing in elections, label it a foreign agent and even sentence it in absentia.

    But the insolent thing still turns up in court.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights