
Są takie dni, kiedy człowiek z samego rana otwiera portale informacyjne, zaparza kawę, poprawia okulary i dochodzi do wniosku, że chyba przez pomyłkę kupił bilet nie do Polski, tylko do jakiegoś gigantycznego safari, na którym zwierzęta już dawno przestały siedzieć w klatkach, a zwiedzający nie bardzo wiedzą, po której stronie ogrodzenia właściwie stoją.
Zaczęło się niewinnie. Gdzieś na Pomorzu Zachodnim myśliwy zauważył pumę. Nie kota, nie rysia, nie wyjątkowo dobrze odżywionego jamnika, ale prawdziwą pumę – zwierzę, które według podręczników zoologii powinno właśnie polować w Górach Skalistych albo leniwie przeciągać się gdzieś w Ameryce Południowej, a nie spacerować po polskim lesie między jagodami i grzybiarzami. Leśnicy natychmiast zaapelowali, żeby mieszkańcy nie wchodzili do lasu. Ruszyły patrole, drony, kamery, służby i cała armia ludzi usiłujących ustalić, skąd u licha wzięła się w Polsce puma.
Pomyślałem wtedy, że ci wszyscy specjaliści popełniają podstawowy błąd. Szukają nie tego drapieżnika, bo dokładnie w tym samym czasie, kilkaset kilometrów dalej, na placu Piłsudskiego w Warszawie odbywała się kolejna miesięcznica smoleńska. A miesięcznice są jak komety Halleya – wszyscy wiedzą, że wrócą, znają datę, godzinę, przebieg i zakończenie, a mimo to za każdym razem zachowują się tak, jakby wydarzyło się coś całkowicie niespodziewanego.
Najpierw przyjeżdżają politycy. Potem przyjeżdżają ich przeciwnicy. Za nimi zjawia się policja. Następnie kamery telewizyjne.
Po chwili ktoś zaczyna krzyczeć, ktoś odpowiada jeszcze głośniej, ktoś kogoś oskarża o agenturalność, ktoś inny o prowokację, a biedni policjanci stoją pośrodku z minami ludzi, którzy właśnie odkryli, że zostali wychowawcami na kolonii składającej się wyłącznie z trzynastolatków po pięciu puszkach napoju energetycznego.
Jarosław Kaczyński tłumaczy funkcjonariuszom, jak powinni wykonywać swoją pracę. Antoni Macierewicz w nocy próbował przedostać się pod pomnik niczym zdobywca twierdzy, przekonując, że to po drugiej stronie stoją ludzie Putina. Demonstranci odpowiadają równie serdecznie. W powietrzu latają nie tylko oskarżenia, ale i statywy fotograficzne. Na koniec wszyscy są przekonani, że wygrali moralnie.
Nie wiem tylko, co o tym wszystkim myśli puma. Podejrzewam, że siedzi gdzieś za krzakami, patrzy na relacje telewizyjne i z coraz większym zdziwieniem dochodzi do wniosku, że ona naprawdę nie jest tutaj najgroźniejszym stworzeniem.

A kiedy już wydawało się, że polskie safari osiągnęło komplet atrakcji, na scenę z impetem wkroczył Daniel Obajtek. To zresztą niezwykła cecha naszego życia publicznego. W normalnych krajach polityk przyjeżdża wesprzeć protestujących, wygłasza przemówienie, ściska kilka dłoni i odjeżdża. W Polsce byłoby to podejrzanie nudne. Tutaj trzeba jeszcze spróbować wejść tam, gdzie wejść nie wolno, pokłócić się z prezesem spółki, przecisnąć przez bramki, poszarpać z ochroną i dopiero wtedy uznać wizytę za udaną.
Obajtek najwyraźniej wyszedł z założenia, że skoro życie polityczne przypomina teatr, to statysta nie ma czego na scenie szukać. Lepiej od razu zostać głównym bohaterem pierwszego aktu.

Dodaj komentarz