



Jest zima. Ulice są śliskie. Chodniki przypominają lodowiska, na których Polska ćwiczy piruety polityczne. Jedni jadą na łyżwach, inni na brzuchu, a PSL — jak zawsze — próbuje udowodnić, że da się jednocześnie stać, iść i obracać się wokół własnej osi, nie przewracając się przy tym na pysk.
PiS znów kusi PSL. Trzeci raz, jak natrętny akwizytor garnków, który wraca, bo „tym razem naprawdę jest promocja”. Teka premiera. Rząd techniczny. Kosiniak-Kamysz na czele. A w tle Amerykanie. A dokładniej: Amerykanie według PiS, czyli taka geopolityczna ciotka z Ameryki, która niby dzwoni, niby grozi, ale nikt jej nigdy nie widział.
Straszak jest stary jak polityczny magiel: Pentagon się obrazi, Biały Dom nie oddzwoni, a sekretarz obrony przestanie się uśmiechać do zdjęć. Problem polega na tym, że współpraca MON z USA działa, więc cała ta groźba brzmi jak: „jak nie zjesz zupy, to zabiorę ci powietrze”. PSL, co rzadkie i zaskakujące, nie udaje tu idioty.
Ale sam fakt, że to w ogóle jest rozważane, pokazuje, czym PSL jest dziś naprawdę. Nie partią ludową. Nie ruchem agrarnym. Tylko politycznym łożyskiem kulkowym, które pasuje do każdej osi, byle się kręciło. Zespół obrotowy. Cichy bohater każdej koalicji, który nigdy nie pyta: „dokąd jedziemy?”, tylko: „czy fotel jest regulowany?”.
PiS potrzebuje PSL jak trzeźwy kierowca alibi. Bez nich arytmetyka sejmowa jest jak jazda na letnich oponach po marznącym deszczu — efektowna, ale krótka. Brakuje głosów, więc zaczyna się polityczna ślizgawica: może Konfederacja, może kawałek Polski 2050, może ktoś się poślizgnie i wpadnie do nowej większości. Demokracja jako curling.
A nad tym wszystkim unosi się Donald Trump. Człowiek, który traktuje Europę jak mapę do gry planszowej, a Polskę jak pionka, który dobrze wygląda na zdjęciu, ale niekoniecznie musi znać zasady. Jego ludzie mówią o NATO, Unii i Grenlandii z gracją słonia w składzie porcelany, a polska prawica słucha tego jak objawienia. PSL natomiast słucha jednym uchem, drugim sprawdza sondaże.
Trump straszy, myli kraje, negocjuje jak w teleturnieju i obraża się szybciej niż dziecko, któremu zabrano pilota. I to właśnie na takiego patrona PiS próbuje się powoływać, kusząc ludowców. Jakby powiedzieć: „zaufaj nam, bo za nami stoi człowiek, który wczoraj chciał przejąć Grenlandię, a dziś nie pamięta, gdzie leży Polska”.
W tle wojna pałaców, Rada Bezpieczeństwa Narodowego jako ring bokserski, Czarzasty i Nawrocki przerzucający się aktami, przeszłościami i półświatkami. Państwo wygląda jak kamienica, w której wszyscy krzyczą z balkonów, a administrator — PSL — zastanawia się, komu dziś dać klucze do kotłowni.
I tu dochodzimy do sedna. To wszystko, co nas otacza, nie jest dobre. Jest śliskie. Jest głupie. Jest chaotyczne. A PSL, zamiast być kotwicą, jest mydłem. Wypada z rąk, gdy próbujesz je chwycić, i zawsze ląduje tam, gdzie akurat jest najcieplej.
Kosiniak-Kamysz wie jedno: kto raz wszedł w objęcia PiS, ten wyszedł w kawałkach albo rozpuścił się jak cukierek miętowy w gorącej herbacie Kaczyńskiego. Dlatego mówi „nie”, ale tak, żeby brzmiało jak „może”. Bo PSL żyje z bycia możliwością.
Na tej ślizgawce wszyscy się przewracają. PiS biegnie, machając rękami. Trump kręci piruety ego. Konfederacje stoją z boku i kibicują chaosowi. A PSL? PSL zakłada łyżwy i twierdzi, że to wcale nie lód. To strategiczna elastyczność.
Tylko że lód pozostaje lodem. A grawitacja — jak historia — zawsze działa.

Dodaj komentarz