
Czy ktoś mógłby mi przypomnieć, czy to jeszcze kabaret, czy już fakty? Polska scena polityczna wygląda dziś jak konkurs cosplayu – z tą różnicą, że zamiast postaci z anime mamy, ludzi udających mężów stanu. A w tym cyrku bez dachu Karol Nawrocki – wyskoczył z IPN-u niczym królik z kapelusza i od razu postanowił zostać największym królem prawicy od czasów… no, Kaczyńskiego. Czyli od jakiś trzech minut.
Nawrocki, chłopiec z plakatu TV Republika, który z taką pasją opowiada o Wołyniu, jakby miał tam domek letniskowy, nie ma żadnych poglądów ekonomicznych, społecznych ani – o zgrozo – logicznych. Ale za to ma Lechię Gdańsk i marzenia o potędze. I to wystarczyło, żeby zostać prezydentem. Polska – kraj, w którym wystarczy powiedzieć „Ukraina be”, „Bóg, Honor, Watykan” i „podatek zły”, żeby trafić na najwyższy urząd w państwie.
A Kaczyński? Ten mistrz szachownicy właśnie wciągnął własną wieżę do nosa, bo zlekceważył pionka. Jarosław, patriarchalny Gandalf prawicy, który całe życie budował mur z betonu i krzyku, by nikt nie wyrósł na prawo od niego – doczekał się swojej wersji Krzyżaków. I to zaproszonych osobiście, jak zrobił to Konrad Mazowiecki.
Nawrocki dziś nie tylko rośnie – on po prostu wyrasta Kaczyńskiemu nad głowę. W Pałacu Prezydenckim obsadził lojalnych młodych działaczy PiS, którzy po kilku miesiącach lojalności wobec partii staną się lojalni wobec… jego. Gdy prezes ściera się z rzeczywistością i własnym cieniem, Nawrocki zdobywa kontakty, wpływy i sondaże. Pokazując się obok Trumpa, zdobywa sympatię młodych wyborców prawicy – tych, którzy uważają Jarosława za zrzędliwego dziadka z epoki VHS.
Kaczyński traci – Nawrocki zyskuje. Prezes marzył, by po jego prawej stronie było tylko ściernisko, a tymczasem wyrósł mu stadion, baner, influencer i pretendent do tronu w jednym. Nawrocki nie musi mieć programu – wystarczy, że ma media, Twittera, TV Republika i uśmiech zębów wybielanych patriotyzmem.
Mentzen? Pan z kalkulatorem i absolutnym brakiem empatii. Wygląda jakby przez całe życie odmawiał napiwków. Chciałby państwo bez podatków, bez ludzi i bez sprzeciwu – tylko korporacje, podcasty i wizja wolności, w której wszyscy są wolni, by umierać na SOR-ze.
Bosak? Wiecznie młody, wiecznie zafrasowany – jakby próbował rozwiązać sudoku w sanskrycie. Narodowiec z ambicjami aktora drugiego planu, który wierzy, że krawat i pogarda to plan polityczny. Obecnie przylepiony do Mentzena jak naklejka z hasłem „konserwatyzm 2.0”.
A Braun? Braun to nie polityk, to zjawisko atmosferyczne – burza z piorunami, krzyżem i napadem mistycznego szału. Gdyby mógł, odtworzyłby Rzeczpospolitą Obojga Szaleństw, z konstytucją pisaną krwią i gospodarką opartą na mszy trydenckiej.
W tym wszystkim Nawrocki – człowiek-guma, ideologiczny plastuś, który w jednej chwili jest narodowcem, w drugiej libertarianinem, a w trzeciej członkiem Lechii Gdańsk. Prezydent bez programu, ale z ego tak wielkim, że nie mieści się w Pałacu Prezydenckim – nawet z pralnią i garażem.
On naprawdę wierzy, że skoro spotkał się z Trumpem, to znaczy, że dostał błogosławieństwo boskie. A to był po prostu wtorek dla Donalda – Nawrocki miał szczęście, że nie trafił na dzień golfa i nie został pomylony z kimś z działu PR.
A w tle tego całego dramatu Tusk – wyglądający jak człowiek, który od trzech lat próbuje wygrać w „SimCity”, ale połowa mieszkańców jego miasta woli grać w „Wiedźmina z Konfederacji”.
Najsmutniejsze w tym wszystkim jest to, że to się dzieje naprawdę. Prezydentem zostaje człowiek bez poglądów, ale z odpowiednią fryzurą i gadką o „silnej Polsce”, a ludzie klaszczą, jakby to był koncert disco polo. Ale spokojnie – już niedługo. Nawrocki, Czarnek i Mentzen stworzą nam rząd marzeń. Program społeczny? „Radź sobie sam”. Minister zdrowia? Jakiś doktorant z Instytutu Ducha Świętego. Reforma edukacji? Nauka w domu, chyba że to dom publiczny, wtedy odpada.
Ale nie panikujmy – to dopiero pierwsze akty farsy. Najlepsze jeszcze przed nami. A może i najgorsze. W sumie: jaka to różnica?

Dodaj komentarz