
Im człowiek starszy, tym częściej budzi się rano z pytaniem, która część organizmu postanowiła dziś przejść do opozycji. W młodości ciało przypomina dobrze zarządzane przedsiębiorstwo: serce pracuje, płuca realizują plan, nerki nie zgłaszają roszczeń, a kolana bez uchwały zarządu przenoszą właściciela na trzecie piętro.
Po siedemdziesiątce zaczyna się decentralizacja. Kręgosłup ogłasza autonomię, prostata żąda osobnego budżetu, ciśnienie prowadzi własną politykę zagraniczną, a stawy działają jak koalicja rządowa: formalnie współpracują, lecz każdy skręca w inną stronę.
W zeszłym tygodniu obudziłem się z bólem w miejscu, którego wcześniej nawet nie podejrzewałem o istnienie. Człowiek całe życie mieszka we własnym ciele, a pod koniec dowiaduje się, że ma tam pomieszczenia gospodarcze, nielegalną przybudówkę oraz pion instalacyjny pamiętający Gomułkę.
Postanowiłem zadzwonić do lekarza. To był pierwszy błąd diagnostyczny.
PACJENT PUBLICZNY, CZYLI CZŁOWIEK W TRYBIE OCZEKIWANIA
Telefon odebrał automat, który uprzejmie poinformował mnie, że jestem czterdziesty siódmy w kolejce. Poczułem dumę. W polskiej ochronie zdrowia miejsce czterdzieste siódme uchodzi niemal za pilne.
Automat grał melodię skomponowaną najwyraźniej po to, żeby pacjent zapomniał, co go boli, i zaczął cierpieć z zupełnie innego powodu. Co kilka minut kobiecy głos zapewniał, że moje połączenie jest bardzo ważne. Gdyby było jeszcze ważniejsze, prawdopodobnie nikt nie odebrałby go do Bożego Narodzenia.
Po czterdziestu minutach zgłosiła się rejestratorka. Wyjaśniłem jej, że potrzebuję lekarza. Wiadomość przyjęła z rezerwą, jakby w przychodni dotychczas nie rozważano takiej możliwości.
Najbliższy termin był za pięć miesięcy. Zapytałem, czy mogę zachorować później. Nie mogłem, ponieważ grafik chorób nie podlega przychodni.
Zaproponowano mi wizytę prywatną następnego dnia. Ten sam lekarz, ten sam gabinet, ten sam stetoskop, nawet paprotka zapewne ta sama, tylko pacjent przechodzi z kategorii „świadczeniobiorca” do kategorii „człowiek istniejący”.
W polskiej medycynie najszybciej poprawia stan pacjenta terminal płatniczy. Po zbliżeniu karty kolejka cofa się jak gorączka po paracetamolu.
Ponad połowa Polaków korzysta już z leczenia publicznego i prywatnego jednocześnie. Miliony mają abonamenty lub polisy. Nie dlatego, że ogarnęła nas burżuazyjna potrzeba oglądania eleganckich poczekalni, lecz dlatego, że człowiek chciałby poznać diagnozę przed sekcją zwłok.
PRYWATNIE CHORUJE SIĘ SZYBCIEJ, ALE NIEKONIECZNIE LEPIEJ
Poszedłem prywatnie. W recepcji pachniało kawą, szkłem i ratą leasingową. Na ścianie wisiał ekran, na którym uśmiechnięci ludzie w białych fartuchach obejmowali zdrowe rodziny. Nikt nie kaszlał. Nikt nie miał pryszcza. Nawet staruszek na fotografii wyglądał, jakby właśnie wrócił z triathlonu i oczekiwał jedynie wyników testosteronu.
Zapłaciłem, więc zostałem pacjentem klasy premium. W publicznej przychodni byłem numerem w kolejce, tutaj stałem się źródłem przychodu z imieniem, nazwiskiem i potencjałem do sprzedaży.
Lekarz przyjął mnie punktualnie, spojrzał na zegarek, potem na wyniki, znowu na zegarek i ostatecznie również na mnie. Badanie trwało krótko, lecz otrzymałem listę dalszych badań tak bogatą, jakbym zamierzał ubiegać się o homologację, a nie leczenie.
Część nie mieściła się w abonamencie. Abonament obejmował bowiem człowieka ogólnie, ale poszczególne narządy najwyraźniej musiały mieć własne pakiety.
Prywatna opieka działa znakomicie, dopóki pacjent ma katar, potrzebuje recepty, USG albo konsultacji. Kiedy jednak pojawia się ciężka onkologia, skomplikowana operacja, intensywna terapia czy przewlekła niewydolność narządów, elegancka recepcja nagle przypomina sobie o istnieniu państwa.
Prywatna medycyna chętnie bierze pacjenta za rękę, dopóki ręka jest względnie zdrowa. Kiedy trzeba ratować całego człowieka, dyskretnie podaje mu adres publicznego szpitala.
Publiczny system wykonuje najdroższe operacje, prowadzi onkologię, transplantacje, ratownictwo i intensywną terapię. Prywatny bierze pieniądze za skrócenie oczekiwania. Jeden dźwiga słonia, drugi sprzedaje szybszy dostęp do weterynarza.
A pacjent płaci składkę, podatki, abonament i dopłatę, po czym słyszy, że nadal trzeba znaleźć dodatkowe pieniądze.
POMYSŁ NA ZDROWIE: WEŹMY JESZCZE WIĘCEJ
Prof. Tomasz Sobierajski uważa, że podwyższenie składki zdrowotnej rozwiązałoby wiele problemów. Z pewnością niektóre by rozwiązało. Gdyby podnieść składkę dostatecznie wysoko, pacjent nie miałby pieniędzy na jedzenie, przestałby tyć i poprawiłaby się część wskaźników zdrowotnych.
Nie twierdzę, że ochrona zdrowia może funkcjonować bez pieniędzy. Nie może. Medycyna drożeje, społeczeństwo się starzeje, pojawiają się nowe terapie, personel musi uczciwie zarabiać, a tomograf nie pracuje na poczucie misji.
Jednak zanim państwo ponownie włoży rękę do kieszeni podatnika, powinno wyciągnąć głowę z własnej dokumentacji.
Na ochronę zdrowia wydajemy już setki miliardów złotych rocznie. Sam plan NFZ na 2026 rok zakłada ponad 217 miliardów złotych przychodów, a całe publiczne nakłady są jeszcze większe. Mimo to mówi się o kolejnych wielomiliardowych lukach, szpitale się zadłużają, poradnie ograniczają przyjęcia, a część placówek ma kredytować Fundusz, czekając na zapłatę za wykonane świadczenia.
To nie wygląda wyłącznie na niedobór pieniędzy. To wygląda jak wanna, do której minister dolewa wiadrami, nie sprawdzając, dlaczego podłoga pływa.
Podwyższenie składki bez uporządkowania systemu jest jak zwiększanie ciśnienia w dziurawym wodociągu. Woda popłynie szybciej, lecz niekoniecznie do kranu.
SZPITAL, W KTÓRYM PACJENT PRZESZKADZA W REALIZACJI PROCEDUR
Polskim szpitalem rządzą dwa światy.
Pierwszy nosi fartuch, słucha serca, operuje, pielęgnuje i usiłuje ulżyć człowiekowi w bólu. Drugi siedzi przed Excelem i pilnuje, żeby ulga została właściwie zakodowana, wyceniona, przypisana do koszyka oraz wykonana przed wyczerpaniem limitu.
Lekarz widzi pacjenta z zapaleniem płuc. Administracja widzi jednostkę chorobową, koszt osobodnia, wykorzystanie łóżka i potencjalne nieporozumienie z płatnikiem.
Obaj mają rację. Dlatego system działa źle.
Szpital nie jest sklepem, ale też nie może być finansową czarną dziurą, do której wrzuca się miliardy, dyrektorów i kolejne programy naprawcze, po czym z otworu dobiega prośba o następną transzę.
Nie wystarczy empatia bez rachunku ekonomicznego. Nie wystarczy również rachunek ekonomiczny bez empatii. Menedżer kierujący wcześniej linią produkcji jogurtów może świetnie znać koszty, wskaźniki i zapasy, lecz pacjent różni się od jogurtu tym, że po przekroczeniu terminu przydatności składa skargę, a czasem głosuje.
W szpitalach ogromna część kosztów jest stała: budynki, energia, laboratoria, kuchnie, pralnie, administracja, informatyka, aparatura, całodobowe dyżury. Szpitale stoją obok siebie, choć każdy ma osobną dyrekcję, magazyn, zakupy i dług. Kilka szpitali w jednym regionie potrafi konkurować o tych samych lekarzy, pacjentów i kontrakty, jakby prowadziły salony samochodowe, a nie wspólnie odpowiadały za zdrowie mieszkańców.
Jeden kupuje urządzenie, którego nie wykorzystuje. Drugi nie ma urządzenia, choć posiada pacjentów. Trzeci ma urządzenie i pacjentów, ale brakuje mu specjalisty, ponieważ specjalista pracuje w czwartym, piątym oraz prywatnie w sobotę.
Polska ochrona zdrowia nie cierpi wyłącznie na brak zasobów. Cierpi na to, że każdy zasób mieszka w innym województwie i nie odbiera telefonu.
MINISTER REFORMUJE, PACJENT NADAL CZEKA
Każdy minister zdrowia przychodzi z reformą. Reforma ma harmonogram, prezentację, zespół roboczy i logo. Najczęściej nie ma jedynie dokładnej mapy tego, co naprawdę dzieje się z pacjentem od chwili rejestracji do zakończenia leczenia.
Zmienia się finansowanie, sieć szpitali, koszyki, wyceny, limity i nazwy programów. Nikt natomiast nie sprawdza systemowo, ile razy przepisujemy te same dane, jak długo wynik wędruje między gabinetami, dlaczego badanie trzeba powtarzać, gdzie powstaje kolejka, kto podejmuje decyzję i czy procedura sprzed piętnastu lat nadal ma jakikolwiek sens poza tym, że wszyscy zdążyli się do niej przyzwyczaić.
To jak remontowanie dworca przez ciągłą zmianę cen biletów. Pasażer nadal nie wie, z którego peronu odjeżdża pociąg, ale minister może pochwalić się nowym cennikiem.
Ochronie zdrowia nie jest potrzebna następna wielka reforma napisana przez polityków między sondażem a konferencją. Potrzebna jest Wzorcowa Księga Procesów: opis najlepszych sposobów postępowania, od rejestracji i diagnostyki po zabieg, rehabilitację i kontrolę.
Trzeba wybrać dobrze działające placówki, zobaczyć krok po kroku, jak organizują pracę, porównać je z najgorszymi, wykryć wąskie gardła, uprościć obieg danych i stale mierzyć wyniki. Nie raz na dziesięć lat, gdy przychodzi kontrola z segregatorem, lecz codziennie.
Współczesna technologia potrafi przeanalizować rzeczywisty przebieg tysięcy hospitalizacji, znaleźć zbędne czynności, opóźnienia i powtórzenia. Process mining, sztuczna inteligencja czy cyfrowy bliźniak szpitala nie wyleczą chorego, ale mogą pokazać, dlaczego chory przez trzy dni leży między badaniem a decyzją, podczas gdy jego dokumentacja odbywa pielgrzymkę po siedmiu systemach.
Najpierw trzeba wiedzieć, jak płynie pacjent. Dopiero potem można rozsądnie zdecydować, ile pieniędzy wlać do rzeki.
LEKARZ NIE MOŻE BYĆ ANI ZAKONNIKIEM, ANI BANKOMATEM
W ostatnich tygodniach politycy ponownie zajęli się wynagrodzeniami lekarzy. To wdzięczny temat, ponieważ człowiek czekający osiem miesięcy na wizytę łatwo wpada w gniew, gdy słyszy o kontrakcie wartym dziesiątki tysięcy miesięcznie.
Patologie trzeba likwidować. Kontrakty należy kontrolować. Nie można płacić absurdalnych kwot za fikcyjne dyżury, papierową obecność czy źle zorganizowaną pracę.
Nie wolno jednak udawać, że specjalista od rzadkich operacji powinien pracować za patriotyczny uścisk dłoni. Lekarze, pielęgniarki, informatycy i dobrzy menedżerowie kosztują. Jeżeli państwo zapłaci im wyraźnie mniej niż rynek, rynek przyjedzie po nich samochodem i grzecznie zapyta, czy zabrać od razu cały oddział.
Problemem nie jest samo wynagrodzenie lekarza. Problemem jest to, za co, w jakim czasie, przy jakim obciążeniu i z jakim rezultatem zostało wypłacone.
Nie trzeba płacić lekarzowi mało. Trzeba wiedzieć, za co płaci mu się dużo.
Do tego właśnie potrzebne są procesy, standardy, mierniki jakości i jawność. Bez nich limit płac jest populistyczną linijką przyłożoną do skomplikowanej operacji, a podwyżka składki — rachunkiem wystawionym pacjentowi za cudzy bałagan.
WYPIS ZE SZPITALA DLA SYSTEMU
Po badaniach wróciłem do lekarza. Dowiedziałem się, że na razie nie umrę. Wiadomość przyjąłem z ulgą umiarkowaną, ponieważ „na razie” jest podstawową jednostką czasu zarówno w geriatrii, jak i w polityce.
Dostałem receptę, zalecenia i trzy skierowania. Jedno do publicznej poradni, drugie na prywatne badanie, trzecie prawdopodobnie do przyszłości, bo termin znajdował się tak daleko, że wymagał wiary w postęp medycyny oraz osobistą długowieczność.
Pomyślałem wtedy, że polska ochrona zdrowia przypomina mój organizm. Ma znakomite serce, sprawne ręce wielu lekarzy i pielęgniarek, nowoczesne urządzenia oraz ogromną wolę życia. Gorzej z układem nerwowym. Poszczególne części funkcjonują, ale informacje między nimi wędrują jak pismo urzędowe wysłane gołębiem, który przeszedł na pracę zdalną.
Nie podnośmy więc składki tylko dlatego, że najłatwiej przesunąć cyfrę w ustawie. Najpierw pokażmy obywatelowi, jak wykorzystujemy to, co już płaci. Do wypisu dołączajmy rzeczywisty koszt leczenia. Porównujmy wyniki placówek. Łączmy zakupy, laboratoria, zaplecze i systemy informatyczne tam, gdzie ma to sens. Usuwajmy powielane badania, puste przebiegi dokumentów i oddziały utrzymywane wyłącznie dlatego, że lokalny polityk chce mieć własną tablicę na budynku.
Stwórzmy wzorcowe procesy, testujmy je, poprawiajmy i aktualizujmy. Niech fachowcy od medycyny, zarządzania, finansów i analizy procesów usiądą przy jednym stole, zanim politycy postawią na nim kolejną reformę w wazonie.
Dodatkowe pieniądze mogą być kiedyś potrzebne. Ale najpierw państwo musi udowodnić, że potrafi zarządzać obecnymi inaczej niż pijany wujek rachunkiem weselnym: dużo zapłacić, nie wiedzieć za co, a rano oskarżyć orkiestrę.
Im jestem starszy, tym mniej interesują mnie wielkie programy. Chcę lekarza, diagnozy, skoordynowanego leczenia i pewności, że wynik badania dotrze przede mną do gabinetu.
Nie chcę kupować cztery razy prawa do tej samej kolejki.
Polski pacjent nie potrzebuje kolejnej reformy, wyższej składki i nowej nazwy programu. Potrzebuje systemu, który zanim zacznie ratować własne finanse, przypomni sobie, że miał ratować jego.

Dodaj komentarz