
Poniedziałek zaczął się od wiadomości optymistycznej, a więc podejrzanej.
Główny Urząd Statystyczny poinformował, że przeciętne wynagrodzenie w sektorze przedsiębiorstw wyniosło w czerwcu 9401 złotych i 58 groszy brutto. Wiadomość podano rano, zanim większość pracowników zdążyła otworzyć aplikację bankową i zepsuć sobie statystykę.
Przeciętny Polak przeczytał więc, ile zarabia przeciętny Polak, po czym przez chwilę zastanawiał się, czy nie doszło do pomyłki przy przelewie.
— Dziewięć tysięcy czterysta? — zapytał.
Bank milczał. Banki nie wdają się w dyskusje o średniej krajowej. Wiedzą, że klient wcześniej czy później sprawdzi saldo.
Statystyczny pracownik zarabia dziś 9401 złotych brutto. Jest to człowiek niezwykle interesujący. Nie znam go osobiście, nie znają go moi znajomi, nie spotkałem go w sklepie ani w kolejce do lekarza. Prawdopodobnie mieszka w siedzibie GUS, pomiędzy departamentem rachunków narodowych a szafą z formularzami.
Co miesiąc otrzymuje podwyżkę, premię kwartalną, nagrodę jubileuszową i dodatkowe wynagrodzenie z KGHM. Pracuje w firmie zatrudniającej co najmniej dziesięć osób, ma umowę o pracę, nie choruje, nie zmienia etatu i nigdy nie pyta szefa, dlaczego premia uznaniowa została uznana za niepotrzebną.
To prawdziwy bohater polskiej gospodarki. Średnia ma bowiem niezwykłą właściwość: wszyscy się na nią składają, ale mało kto ją otrzymuje.
Jeżeli dziewięciu pracowników zarabia po pięć tysięcy, a prezes pięćdziesiąt tysięcy, przeciętnie całe przedsiębiorstwo należy już do klasy średniej. Pracownicy mogą wrócić do domu z poczuciem sukcesu, a prezes samochodem służbowym. Matematyka jest jedyną dziedziną, w której pieniądze bogatego człowieka poprawiają nastrój biednego bez konieczności przelewu.
Oczywiście 9401 złotych to kwota brutto. Brutto jest najbardziej elegancką formą wynagrodzenia, ponieważ istnieje głównie przed spotkaniem z rzeczywistością. Człowiek widzi ją w umowie, zapamiętuje podczas rozmowy kwalifikacyjnej i nigdy później nie spotyka w całości. Pensja brutto przypomina tort wniesiony na salę weselną. Wygląda imponująco, wszyscy robią zdjęcia, ale zanim dotrze do naszego stolika, swoją porcję zabiera ZUS, NFZ i urząd skarbowy.
Z 9401 złotych i 58 groszy zostaje na rękę mniej więcej 6740 złotych. Około 1290 złotych pochłaniają składki społeczne, 730 złotych ubezpieczenie zdrowotne, a kolejne 640 złotych zaliczka na podatek dochodowy.
Pracownik otrzymuje więc pensję w dwóch etapach. Najpierw państwo gratuluje mu, że zarobił ponad dziewięć tysięcy. Następnie wyjaśnia, że nie powinien się do tej kwoty nadmiernie przywiązywać. Nie jest to kradzież. To obowiązkowa terapia przeciw materializmowi. Człowiek ma zrozumieć, że pieniądze nie są w życiu najważniejsze, szczególnie te, których nie zobaczył.
Po odjęciu składek i podatków zostaje 6740 złotych. Nadal nie jest to kwota tragiczna. Problem zaczyna się wtedy, gdy wynagrodzenie spotyka czynsz, ratę kredytu, rachunki, żywność, paliwo, dentystę i dziecko, które właśnie poinformowało, że wszyscy w klasie mają już nowy telefon. Pensja znika wtedy w sposób nieomal religijny: była, lecz nie można jej wskazać.
Ekonomiści powiedzą, że wynagrodzenia wzrosły w ciągu roku o 5,9 procent, a inflacja wyniosła około 2,5 procent. Realnie płace zwiększyły się więc mniej więcej o 3,3 procent. To naprawdę dobra wiadomość. Po kilku latach, kiedy ceny biegły szybciej niż zarobki, pracownik wreszcie zaczął odrabiać straty. Tyle że odrabianie strat przypomina wychodzenie z piwnicy po awarii windy. Człowiek wspina się konsekwentnie, piętro po piętrze, lecz trudno oczekiwać, żeby na półpiętrze urządził przyjęcie z okazji poprawy mobilności społecznej.
Wynagrodzenia rosną wolniej niż wcześniej. Jeszcze niedawno podwyżki przekraczały dziewięć procent rocznie, potem siedem, teraz zatrzymały się w pobliżu sześciu. Ekonomiści nazywają to wygaszaniem presji płacowej.
Pracownik nazywa to rozmową z szefem.
— Chciałbym porozmawiać o podwyżce.
— Oczywiście. Bardzo cenimy pana wkład w rozwój firmy.
— Dziękuję.
— Szczególnie imponuje nam pańska dojrzałość w rozumieniu trudnego otoczenia gospodarczego.
— Czyli podwyżki nie będzie?
— Będzie rozwój kompetencji.
Rozwój kompetencji jest walutą, której nie przyjmuje żaden sklep, ale firmy chętnie wypłacają w niej całe wynagrodzenie emocjonalne.
Czerwcowy wynik okazał się lepszy od prognoz. Ekonomiści przewidywali wzrost płac o 5,6 procent, a otrzymaliśmy 5,9 procent. Różnica wynosi trzy dziesiąte punktu procentowego, co wystarczyło, by w nagłówkach pojawiło się „zaskoczenie”.
Ekonomistę można zaskoczyć znacznie łatwiej niż zwykłego obywatela. Obywatel od lat nie jest zdziwiony niczym. Widział kredyt, którego rata wzrosła dwukrotnie, promocję droższą od ceny regularnej, rachunek za energię z sześcioma opłatami za samo istnienie energii oraz lokatę oprocentowaną tak atrakcyjnie, że bank oferował ją wyłącznie nowym klientom, przez pierwsze trzy dni, do kwoty odpowiadającej cenie średniej klasy roweru.
Ekonomista natomiast zobaczy różnicę 0,3 punktu procentowego i mówi:
— Interesujące.
To słowo oznacza, że trzeba przygotować nowy wykres.
Na czerwcową średnią wpłynęły dodatkowe wypłaty: premie kwartalne, roczne, uznaniowe, nagrody jubileuszowe oraz podwyżki. Prawdopodobnie pomogły także wysokie premie w KGHM. Jest to kolejny urok średniej krajowej. Kiedy pracownik KGHM dostaje nagrodę, statystycznie cieszy się z nią cały kraj. Pani w sklepie, kierowca, magazynier i pracownik biura mogą niczego nie otrzymać, ale wspólnie uczestniczą w sukcesie polskiego górnictwa miedziowego. Jest to najbardziej ekologiczna forma redystrybucji: nie przenosi pieniędzy, tylko dobre samopoczucie.
Trzeba również pamiętać, że statystyka GUS obejmuje przedsiębiorstwa zatrudniające co najmniej dziesięć osób. Nie uwzględnia małych firm, wielu pracujących na umowach cywilnoprawnych, samozatrudnionych, części budżetówki ani ludzi funkcjonujących zawodowo w formule: „W tym miesiącu powinno już coś wpłynąć”. Średnia krajowa przypomina więc fotografię klasową, z której przed zrobieniem zdjęcia wyproszono najniższych uczniów. Potem patrzymy na fotografię i stwierdzamy, że polskie dzieci są wyjątkowo wysokie.
W sektorze przedsiębiorstw pracuje około 6 milionów 375 tysięcy osób. To ogromna grupa, ale wciąż nie cała Polska. Nagłówek „Tyle zarabiają Polacy” brzmi znacznie lepiej niż „Tyle średnio zarabia część Polaków zatrudnionych na etacie w firmach, które spełniają określone warunki statystyczne, przy uwzględnieniu premii, których większość pozostałych Polaków nie dostała”. Drugi tytuł jest dokładniejszy, lecz zanim czytelnik dotarłby do końca, skończyłaby się przerwa śniadaniowa.
Równocześnie zatrudnienie w przedsiębiorstwach spadło o 0,9 procent w porównaniu z poprzednim rokiem. Ubywa pracowników, ale przeciętne wynagrodzenie rośnie. Gospodarka uczy się więc trudnej sztuki poprawiania średniej przez zmniejszanie liczby ludzi, których trzeba uwzględnić.
Jeżeli trend potrwa odpowiednio długo, na końcu zostanie jeden zatrudniony: prezes. Przeciętne wynagrodzenie osiągnie wtedy poziom historyczny, bezrobocie będzie problemem pozostałych, a raport otrzyma tytuł „Rekordowa produktywność polskiej gospodarki”.
Pracownik przyszłości będzie wykonywał obowiązki pięciu osób, zarabiał jak półtorej i codziennie słyszał, że firma stawia na automatyzację. Automatyzacja jest procesem, w którym maszyna przejmuje obowiązki człowieka, a człowiek przejmuje obowiązki trzech innych ludzi zwolnionych dzięki maszynie.
Gospodarka przyniosła jednak w poniedziałek również inną dobrą wiadomość. Produkcja przemysłowa wzrosła w czerwcu o 7,6 procent w skali roku. To wyraźnie więcej niż w maju i trochę więcej, niż przewidywali analitycy.
Polski przemysł rzeczywiście przyspieszył. Produkcja pozostałego sprzętu transportowego wzrosła prawie o jedną czwartą. Papieru produkujemy o 19 procent więcej, gospodarka odpadami i odzysk surowców wzrosły o 16,5 procent, a produkcja energii, gazu, pary i gorącej wody o 16,4 procent.
Zestawienie brzmi jak kompletny opis funkcjonowania państwa. Najpierw produkujemy więcej papieru. Następnie wypełniamy go dokumentami. Później dokumenty stają się odpadami. Potem odpady odzyskujemy, żeby wyprodukować z nich nowy papier potrzebny do złożenia wniosku o odzyskanie poprzedniego dokumentu.
To prawdziwa gospodarka obiegu zamkniętego. Obywatel również krąży, najczęściej między pokojem numer 12 a kasą na parterze.
Rośnie produkcja maszyn, urządzeń elektrycznych, wyrobów metalowych i sprzętu transportowego. Polska nadal potrafi wytwarzać rzeczy rzeczywiste: ciężkie, skomplikowane, potrzebne i możliwe do upuszczenia na stopę. To ważne w epoce, w której coraz więcej ludzi zarabia na tworzeniu prezentacji opisujących strategię komunikacji innych prezentacji. Przemysł ma tę uczciwą cechę, że na końcu procesu powinno powstać coś, co istnieje. Maszyna, wagon, silnik, kabel, śruba, papier, energia. Jeśli nic nie powstało, trudno przez trzy kwartały tłumaczyć, że najważniejsze były synergie. Choć polska przedsiębiorczość z pewnością podjęłaby próbę.
Spadła natomiast produkcja wyrobów tytoniowych — o ponad 10 procent. Można to uznać za sukces zdrowotny społeczeństwa albo dowód, że po zakupie papierosów na stacji benzynowej człowiek musi przez tydzień oddychać oszczędniej.
Mniej produkujemy również tekstyliów i mebli. Spadek produkcji mebli jest niepokojący, choć może po prostu zabrakło mieszkań, do których dałoby się je wstawić. Polska rodzina chętnie kupiłaby nową szafę, ale najpierw musiałaby znaleźć lokal większy niż szafa. Młody człowiek wynajmuje trzydzieści metrów, z czego dziesięć zajmuje łóżko, pięć praca zdalna, cztery rower, a pozostałe jedenaście właściciel nazywa przestronnym salonem z aneksem i potencjałem inwestycyjnym. Mebel nie ma tam prawa wstępu bez wcześniejszej rezerwacji.
Dane o produkcji są dobre. Dane o płacach także są dobre. Ceny producentów rosną umiarkowanie. Budownictwo przyspiesza. Ekonomista patrzy na poniedziałkowy zestaw liczb i może z uzasadnieniem powiedzieć, że gospodarka znajduje się w niezłej kondycji.
Obywatel patrzy na własne życie i może równie zasadnie zapytać:
— To dlaczego ciągle czuję, że muszę uważać?
Nie jest to dowód, że statystyki kłamią. Statystyki nie kłamią. Statystyki odpowiadają na pytania, które im zadano, a nie na te, które człowieka bolą.
Średnie wynagrodzenie mówi, ile wynosi przeciętna płaca w określonej grupie przedsiębiorstw. Nie mówi, ilu pracowników zarabia mniej. Nie pokazuje, ile kosztuje mieszkanie w mieście, w którym można znaleźć dobrze płatną pracę. Nie mierzy lęku przed zwolnieniem, raty kredytu, niepewności umowy ani tego, czy po opłaceniu wszystkich rachunków zostaje człowiekowi coś więcej niż dostęp do bankowości elektronicznej.
Statystyka jest mapą. Nie jest miejscem, w którym mieszkamy.
Na mapie wszystko wygląda uporządkowanie: tutaj płace rosną o 5,9 procent, tam produkcja o 7,6, inflacja wynosi 2,5, a zatrudnienie spada o 0,9. Linie są proste, kolory czytelne, legenda znajduje się w prawym dolnym rogu.
Życie nie ma legendy.
W życiu podwyżka przychodzi w tym samym miesiącu co nowy czynsz. Premia zbiega się z leczeniem zęba. Spadek inflacji oznacza, że ceny rosną wolniej, choć człowiek naiwnie liczył, że zaczną przepraszać i wracać.
Kiedy ekonomista mówi, że inflacja spadła, obywatel idzie do sklepu i widzi ten sam drogi ser.
— Miałeś tanieć — mówi do sera.
Ser nie odpowiada. Jest produktem mlecznym, ale rozumie politykę komunikacyjną.
Nie należy jednak odrzucać dobrych wiadomości tylko dlatego, że nie są dostatecznie dobre dla wszystkich. Realny wzrost płac ma znaczenie. Rosnąca produkcja ma znaczenie. Stabilniejsze ceny mają znaczenie. Gospodarka nie jest medialnym konkursem, w którym każda wiadomość musi być albo historycznym sukcesem, albo całkowitą katastrofą.
Czasem sytuacja po prostu się poprawia, ale wolniej, nierówno i bez orkiestry.
Problem zaczyna się wtedy, gdy średnią przedstawia się jako doświadczenie każdego człowieka. Wówczas ktoś zarabiający pięć tysięcy brutto słyszy, że przeciętnie otrzymuje dziewięć tysięcy, i zaczyna podejrzewać, że cztery tysiące pobiera za niego jakiś bardziej przedsiębiorczy obywatel.
Politycy lubią średnie, ponieważ średnia jest narodem idealnym. Nie protestuje, nie choruje, nie składa reklamacji i zawsze mieści się na wykresie. Można jej podnieść wynagrodzenie, poprawić dostęp do lekarza, wybudować mieszkanie i zwiększyć poczucie bezpieczeństwa — wszystko podczas jednej konferencji prasowej.
Prawdziwy człowiek jest znacznie bardziej kłopotliwy.
Pyta, dlaczego jego pensja nie wzrosła. Chce wiedzieć, czemu specjalista przyjmie go za osiem miesięcy. Zastanawia się, dlaczego pracuje coraz wydajniej, a na własne mieszkanie nadal musiałby odkładać do wieku, w którym bardziej potrzebna będzie winda.
Średni obywatel nie zadaje takich pytań. Średni obywatel ma 41 lat, 0,8 dziecka, kawałek samochodu, część kredytu i statystycznie chodzi do dentysty 0,7 raza w roku. Jeżeli podczas wizyty otworzy siedem dziesiątych ust, leczenie powinno przebiec bez komplikacji.
Poniedziałkowy poranek pozostaje więc pełen nadziei.
Przeciętna pensja przekroczyła 9400 złotych. Produkcja przemysłowa rośnie. Ekonomiści zostali pozytywnie zaskoczeni. Państwo zebrało składki. Bank pobrał ratę. Pracownik dopił kawę i ruszył do firmy, żeby osobiście podtrzymać wszystkie wskaźniki.
Po drodze może czuć się dumny. Zarabia coraz więcej, produkuje coraz więcej i jest coraz bardziej wydajny. Tylko czasu ma coraz mniej.
I być może właśnie jego brakuje w ekonomicznych tabelach najbardziej. Możemy zmierzyć płacę, produkcję, ceny i zatrudnienie. Trudniej zmierzyć, ile życia człowiek oddaje, żeby wszystkie te wykresy rosły. Ile poranków zaczyna w pośpiechu, ile wieczorów kończy przy służbowej poczcie, ile rozmów z dzieckiem odkłada, bo musi jeszcze coś wysłać, poprawić, dowieźć i zatwierdzić.
Dobra gospodarka nie powinna polegać wyłącznie na tym, że człowiek zarabia więcej. Powinna również sprawiać, że ma kiedy z tych pieniędzy skorzystać.
Na razie statystyczny Polak otrzymuje 9401 złotych brutto. Po potrąceniach zostaje mu około 6740. Po rachunkach znacznie mniej. Po poniedziałku zostaje mu wtorek.
Ale nie narzekajmy.
Produkcja papieru wzrosła o 19 procent, więc jeśli pieniędzy nie wystarczy, przynajmniej będzie na czym wydrukować informację, że przeciętnie powodzi nam się coraz lepiej.

Dodaj komentarz