
Pan Zbigniew Szczypiński odbywa ostatnio w „Studio Opinii” serię wypraw krzyżowych, przy czym Ziemia Święta zmienia mu się niemal codziennie. Jeszcze wczoraj ratował portal przede mną, wzywając użytkowników, aby nie komentowali moich tekstów ani komentarzy, ponieważ dyskusje wywołane tym, „co i jak pisze pan Bielejewski”, miały już przekroczyć punkt krytyczny. Dziś, najwyraźniej po uporaniu się z tym zagrożeniem dla cywilizacji, zajął się Romanem Giertychem i jego honorarium. Tempo imponujące. Średniowieczny rycerz po jednej krucjacie musiał przynajmniej napoić konia, a pan Szczypiński już następnego dnia rusza na kolejną.
Najnowszy tekst nosi tytuł „Proste pytanie” i można go przeczytać tutaj: Zbigniew Szczypiński: „Proste pytanie”. Tytuł jest trafiony o tyle, że pytanie rzeczywiście jest proste. Gorzej z rozumowaniem prowadzącym do niego, które przypomina schody zaprojektowane przez człowieka przekonanego, że skoro każde piętro znajduje się wyżej, to można spokojnie pominąć stopnie.
Pan Szczypiński zaczyna od Zondacrypto, Przemysława Krala, gigantycznych strat klientów i współpracy Krala z prokuraturą, by po kilku akapitach dotrzeć do odkrycia, które musiało nim wstrząsnąć: Roman Giertych jako adwokat prawdopodobnie może za swoją pracę otrzymywać honorarium. Giertych rzeczywiście potwierdził, że od maja jest obrońcą Krala, a Krala reprezentuje również Jacek Dubois. I właśnie tutaj pan Szczypiński zatrzymuje się jak podróżnik, który po latach przedzierania się przez dżunglę ujrzał nieznany kontynent. Adwokat może dostać pieniądze od klienta. Co za świat. Jeszcze chwila i ktoś odkryje, że dentysta wystawia rachunek po wyrwaniu zęba, a hydraulik nie naprawia spłuczki z miłości do infrastruktury sanitarnej.
Nie zamierzam przy tym robić z Romana Giertycha świętego Franciszka polskiej palestry. Jest politykiem i adwokatem jednocześnie, postacią od lat wywołującą emocje, a jego udział w tej sprawie naturalnie rodzi pytania o polityczne znaczenie zeznań Krala, konflikt ról, sposób komunikowania się z opinią publiczną czy zwyczajną przejrzystość. Można Giertycha nie lubić, można uważać jego polityczne przemiany za zadziwiające, można podejrzewać, że gdziekolwiek pojawia się mikrofon, mecenas szybko ustala swoje położenie względem kamery. Wszystko to jest uprawnionym materiałem do krytyki. Tyle że pan Szczypiński zamiast pytać o kwestie rzeczywiście interesujące postanowił zbadać, czy adwokat pracuje za pieniądze.
Jeszcze piękniejszy jest argument poprzedzający to śledztwo finansowe. Pan Szczypiński stwierdza, że największych gangsterów i oszustów zawsze broni „kwiat polskiej palestry”, po czym dodaje, że „każdy wie”, iż pieniądze, którymi tacy ludzie płacą, pochodzą z przestępstwa, bo przecież nigdy nie pracowali za normalne wynagrodzenie. Jest to prawnicza innowacja godna osobnego seminarium. Zgodnie z nią ustalenie pochodzenia pieniędzy nie wymaga prokuratora, analizy przepływów, zabezpieczenia majątku ani wyroku sądu. Wystarczy pan Szczypiński i zwrot „przecież każdy wie”.
„Każdy wie” jest w ogóle jednym z najbardziej wydajnych narzędzi polskiej publicystyki. Pozwala zaoszczędzić na dowodach. Każdy wie, że politycy kradną, każdy wie, że biznesmeni kombinują, każdy wie, że adwokaci bronią łajdaków dla pieniędzy, każdy wie, kto sprzedał Polskę i komu. Po zastosowaniu tej metody przypisów właściwie nie potrzeba, ponieważ cały naród staje się jednym wielkim źródłem bibliograficznym.
Problem polega na tym, że wymiar sprawiedliwości oparto na zasadzie nieco mniej atrakcyjnej felietonowo: oskarżony ma prawo do obrony, także wtedy, gdy zarzuty są odrażające, dowody wyglądają bardzo źle, a opinia publiczna najchętniej rozpoczęłaby wykonywanie wyroku przed obiadem. Właśnie dlatego najcięższych przestępców często bronią bardzo dobrzy adwokaci. Nie dlatego, że palestra kocha gangsterów, lecz dlatego, że prawo do obrony ma jakąkolwiek wartość tylko wtedy, gdy przysługuje również człowiekowi, którego nikt nie ma ochoty bronić.
Z tego samego powodu chirurg nie może odmówić operowania pacjenta, bo przeczytał w gazecie, że pacjent jest łajdakiem, a kelner nie bada pochodzenia moralnego pieniędzy przed podaniem schabowego. Adwokat ma oczywiście obowiązki prawne związane z wykonywaniem zawodu i nie wolno mu świadomie uczestniczyć w praniu pieniędzy ani innych przestępstwach, ale z samego faktu, że jego klient jest podejrzany czy oskarżony, nie wynika jeszcze, że każde sto złotych znajdujące się na rachunku klienta ma wytatuowany na banknocie numer aktu oskarżenia.
Co więcej, sam Giertych poinformował, że Kral przedłożył do dyspozycji prokuratury „ogromny majątek”, który ma służyć zabezpieczeniu roszczeń pokrzywdzonych. Można oczywiście weryfikować skalę, źródła i znaczenie tego majątku, ale już sam ten fakt pokazuje, że sytuacja majątkowa Krala jest odrobinę bardziej skomplikowana niż konstrukcja „gangster ma tylko ukradzione pieniądze, więc każdy adwokat otrzymuje zapłatę z kradzieży”.
Prawdziwy klejnot pojawia się jednak dopiero na końcu. Pan Szczypiński oznajmia, że od odpowiedzi na pytanie, czy Giertych i Dubois otrzymują honorarium, uzależnia swoją ocenę całej afery Zondacrypto i jej znaczenia politycznego. Jeżeli bowiem obaj adwokaci zarobią na sprawie duże pieniądze, „efekt medialny tej afery zniknie” i zrobi się z niej „kolejny kapiszon”.
Tu już wchodzimy w obszar logiki, przy którym nawet kryptowaluty wyglądają stabilnie.
Prokuratura może zabezpieczyć dokumenty, Kral może złożyć obszerne wyjaśnienia, śledczy mogą ustalić przepływy setek milionów, mogą pojawić się nowe zarzuty, podejrzani, politycy i fundacje, ale jeżeli na końcu Roman Giertych wystawi fakturę, całość zamienia się w kapiszon. Jest to nowatorska teoria postępowania karnego: waga afery jest odwrotnie proporcjonalna do bezinteresowności adwokata.
Gdyby Giertych bronił Krala za darmo, zeznania byłyby zapewne mocne, uczciwe i społecznie doniosłe. Jeżeli weźmie sto tysięcy, stają się trochę słabsze. Przy milionie zaczynają zanikać. Przy dwóch milionach Zondacrypto nigdy nie istniało, a Przemysław Kral okazuje się postacią literacką.
Nie jestem pewien, jaki wzór matematyczny należałoby tu zastosować, ale proponuję, aby Studio Opinii zwróciło się do któregoś z zaprzyjaźnionych profesorów. Można stworzyć współczynnik Szczypińskiego, określający wiarygodność afery w zależności od stawki godzinowej pełnomocnika. Przy obronie pro publico bono współczynnik wynosiłby 1, przy pięciu tysiącach za godzinę 0,6, a przy wynagrodzeniu success fee afera mogłaby zostać administracyjnie unieważniona.
Jest też w tym wszystkim pewna sympatyczna konsekwencja pana Szczypińskiego. Wczoraj interesowało go, kto powinien komentować moje teksty. Dzisiaj interesuje go, ile powinien zarabiać cudzy adwokat. Człowiek zaczyna podejrzewać, że pan Zbigniew powoli obejmuje funkcję społecznego administratora rzeczywistości. Ustala, kto powinien pisać, kogo należy ignorować, kto może zabierać głos, a teraz jeszcze kto powinien pracować za darmo, aby śledztwo zachowało moralną świeżość.
Pozostaje czekać na kolejne „proste pytania”. Czy kardiochirurg operujący skorumpowanego polityka powinien zwrócić honorarium NFZ? Czy mechanik naprawiający samochód oszusta staje się beneficjentem oszustwa? Czy restaurator, który podał Kralowi kolację, powinien ujawnić wysokość napiwku? I czy producent garnituru Giertycha, wiedząc, że strój może zostać wykorzystany podczas obrony człowieka z zarzutami, nie powinien przypadkiem świadczyć usługi pro publico bono?
Żeby było jasne: pytanie o pieniądze w polityce jest ważne. Pytanie o relacje adwokata będącego posłem z klientem, którego zeznania mogą uderzyć w politycznych przeciwników tego posła, też jest ważne. Można pytać, czy istnieje konflikt interesów, można domagać się szczególnej przejrzystości, można analizować polityczne skutki takiej sytuacji. Ale właśnie dlatego szkoda marnować te pytania na moralizatorskie zdziwienie, że adwokat za swoją pracę może otrzymać honorarium.
Najbardziej zaś osobliwa jest sugestia, że wynagrodzenie obrońców miałoby zmieniać prawdziwość tego, co ustali prokuratura. Dowód pozostaje dowodem niezależnie od tego, czy mecenas przyjechał na przesłuchanie za darmo, za stawkę godzinową czy na białym koniu. Przelew nie unieważnia dokumentu, faktura nie kasuje zeznań, a cennik kancelarii nie jest gumką do śledztwa.
Pan Szczypiński domaga się od Romana Giertycha „prostej odpowiedzi”. Ja natomiast, ponieważ na stronie Studia Opinii odpowiedzieć mu nie mogę, pozwolę sobie postawić równie proste pytanie panu Szczypińskiemu: dlaczego wysokość honorarium adwokata ma decydować o tym, czy dowody dotyczące Zondacrypto są prawdziwe?
Na to pytanie naprawdę chętnie poznałbym odpowiedź.
Najlepiej nie pro publico bono.

Dodaj komentarz