PROKURATURA, EGZORCYSTA I FORT, KTÓRY MA TYSIĄC OJCÓW

Warszawa

Są takie dni, kiedy człowiek budzi się rano, otwiera gazetę, przeciera okulary, bierze łyk kawy i dochodzi do wniosku, że jednak nic nie przebije polskiej polityki. Hollywood może nakręcić sto sezonów thrillerów, Netflix tysiąc seriali o spiskach, a Stephen King napisać kolejną cegłę o demonach, ale i tak przegra z tym, co potrafi wyprodukować rzeczywistość nad Wisłą.

Bo oto żyjemy w kraju, w którym kampania wyborcza po roku zamienia się w kryminał, wspomnienia polityka stają się materiałem dowodowym, a prokuratura otwiera śledztwo nie dlatego, że znalazła nowe dowody, lecz dlatego, że przeczytała książkę. Trudno oprzeć się wrażeniu, że za chwilę wydawnictwa będą musiały na okładkach umieszczać ostrzeżenie: „Uwaga! Lektura może skutkować wszczęciem postępowania przygotowawczego”.

Karol Nawrocki opowiada, że podczas kampanii nagle poczuł się tak, jakby dostał potężny cios w szczękę. Potem stracił przytomność. Według relacji współpracowników wydarzenia przypominały sceny z filmu „Egzorcysta”. A prokuratura, zachowując należytą powagę państwa prawa, postanowiła sprawdzić, czy rzeczywiście mogło dojść do narażenia życia lub zdrowia.

I bardzo dobrze. Od sprawdzania jest prokuratura. Od zadawania pytań są dziennikarze. Od wyciągania wniosków są obywatele.

Problem zaczyna się dopiero wtedy, gdy polityka coraz bardziej przypomina teatr, w którym każda kolejna scena musi być bardziej dramatyczna od poprzedniej, bo inaczej publiczność przełączy kanał.

Współczesny polityk nie może już po prostu ciężko pracować. Musi przeżyć. Najlepiej kilka razy.

Dobrze byłoby jeszcze uciec przed kamerą, zostać otrutym, śledzonym przez tajemniczy obiektyw, a gdzieś pomiędzy jednym wywiadem a drugim zahaczyć o historię, która brzmi jak połączenie sensacyjnego thrillera z opowieścią przy ognisku.

Nie twierdzę, że nic się nie wydarzyło. Twierdzę jedynie, że polityka XXI wieku coraz bardziej przypomina branżę rozrywkową. Kandydaci nie tylko walczą o głosy. Oni walczą o scenariusz. Każdy chciałby zostać bohaterem własnego serialu. Jedni grają niezłomnych wojowników, inni samotnych reformatorów, jeszcze inni ostatnich sprawiedliwych. Reżyseria bywa różna, ale budżet emocjonalny jest zawsze ogromny.

A kiedy człowiek zdąży już ochłonąć po tej historii, zamyka książkę, odkłada ją na stół i sięga po kolejną gazetę. I wtedy okazuje się, że prawdziwy spektakl dopiero się rozpoczyna. Nie dlatego, że pojawiły się nowe fakty, lecz dlatego, że ruszył najstarszy polski konkurs polityczny – wyścig o ojcostwo sukcesu, który jeszcze nie zdążył się wydarzyć.

Fort Trump istnieje dziś przede wszystkim w dokumentach, notatkach, wojskowych analizach i politycznych przemówieniach. Nie wbito jeszcze pierwszej łopaty, nie wskazano ostatecznej lokalizacji, negocjacje wciąż trwają między Warszawą a Waszyngtonem, a mimo to wygląda to tak, jakby uroczyste przecięcie wstęgi miało nastąpić najpóźniej w przyszły wtorek.

Z jednej strony Pałac Prezydencki przekonuje, że gdyby nie osobiste relacje Karola Nawrockiego z Donaldem Trumpem, cała sprawa od miesięcy leżałaby w ministerialnych szufladach. W otoczeniu prezydenta słychać nawet głosy, że to właśnie on „otworzył drzwi”, a administracja amerykańska miała wprost upominać polski rząd, aby wreszcie „się ogarnął” i zaczął prowadzić negocjacje na poważnie.

Z drugiej strony Ministerstwo Obrony Narodowej odpowiada z równie niewzruszoną miną, że drzwi można sobie otwierać do woli, ale budynki stawia się za pieniądze, decyzje administracyjne i podpisy ministrów. Wiceminister Cezary Tomczyk przypomina więc, że to rząd przygotował oficjalną propozycję lokalizacji bazy, prowadzi rozmowy z Pentagonem, negocjuje warunki i dysponuje budżetem. Władysław Kosiniak-Kamysz dorzuca swoje trzy grosze, przekonując, że bez działań MON cała koncepcja pozostałaby jedynie atrakcyjną nazwą wymyśloną jeszcze za czasów Andrzeja Dudy.

I nagle okazuje się, że zamiast dyskusji o bezpieczeństwie Polski obserwujemy rodzinny spór o to, kto pierwszy wpadł na pomysł postawienia choinki. W tej opowieści każdy jest autorem projektu, każdy trzymał ołówek, każdy pierwszy zadzwonił do Amerykanów, każdy napisał najważniejszego SMS-a, a niektórzy sprawiają wrażenie, jakby własnoręcznie wynaleźli Atlantyk i przy okazji przekonali Kolumba, żeby jednak popłynął.

Najbardziej rozbawia mnie jednak coś zupełnie innego. Im głośniej politycy spierają się o autorstwo Fortu Trump, tym ciszej mówi się o samym forcie. Niewiele słychać o tym, jakie jednostki miałyby tam stacjonować, jakie zdolności wojskowe zyska Polska, ile będzie kosztowała infrastruktura, kto za nią zapłaci, jakie korzyści odniosą regiony i jak wpłynie to na bezpieczeństwo całej wschodniej flanki NATO. Zamiast rozmowy o strategii dostajemy spór o napisy końcowe filmu.

Współczesna polityka przypomina bowiem kino bardziej niż administrację państwową. Nie wystarczy już wykonać dobrą robotę. Trzeba jeszcze zadbać o to, żeby kamera uchwyciła właściwy profil, fotograf zrobił odpowiednie ujęcie, a media społecznościowe zdążyły ogłosić światu, kto był reżyserem sukcesu. Efekt coraz częściej przegrywa z narracją, a marketing staje się ważniejszy od inżynierii, dyplomacji i logistyki.

Przypomina mi się stary dowcip o dwóch ludziach wnoszących fortepian na dziesiąte piętro. Jeden naprawdę dźwiga instrument, drugi przez całą drogę tłumaczy wszystkim sąsiadom, że to jego fortepian. Gdy docierają na górę, obaj są zmęczeni. Pierwszy od wysiłku. Drugi od opowiadania o wysiłku. I mam czasem nieodparte wrażenie, że właśnie w tym miejscu spotykają się polityka i kabaret.

Patrzę czasem na polską politykę i odnoszę wrażenie, że ten dowcip dawno przestał być dowcipem. Jedni rzeczywiście prowadzą negocjacje, inni organizują spotkania, kolejni podpisują dokumenty, ale niemal wszyscy równocześnie prowadzą jeszcze drugą, równoległą kampanię – kampanię o to, kto zostanie zapamiętany jako jedyny autor sukcesu. Tymczasem historia jest zaskakująco odporna na polityczny marketing. Nie pamięta najlepiej wyreżyserowanych konferencji prasowych ani najbardziej efektownych wpisów w mediach społecznościowych. Historia z uporem godnym starego księgowego zapisuje wyłącznie rezultaty.

Może właśnie dlatego warto zachować odrobinę zdrowego rozsądku. Jeżeli prokuratura prowadzi śledztwo, niech prowadzi je spokojnie i rzetelnie. Jeżeli państwo negocjuje sprawy dotyczące bezpieczeństwa, niech robi to skutecznie, cierpliwie i bez niepotrzebnego hałasu.

Historia ma bowiem wyjątkowo złośliwy charakter. Nie interesują jej konferencje prasowe, zdjęcia z uściskiem dłoni ani triumfalne wpisy w mediach społecznościowych. Nie wzruszają jej polityczne deklaracje o historycznych sukcesach. Historia jest bezlitosna, ponieważ po latach otwiera księgę rachunkową i sprawdza wyłącznie bilans.

Państwo nie jest konkursem na najlepszego konferansjera ani castingiem na najbardziej fotogenicznego patriotę. Państwo przypomina raczej solidny most rozpięty nad rwącą rzeką. Kiedy przychodzi moment próby, nikogo nie interesuje, kto pierwszy przeciął wstęgę, kto stanął w pierwszym rzędzie ani czyje nazwisko znalazło się większą czcionką na tablicy pamiątkowej. Liczy się wyłącznie to, czy most wytrzyma ciężar ludzi, którzy będą musieli po nim przejść.

I chyba właśnie to odróżnia politykę od państwa. Polityka żyje do następnego sondażu. Państwo powinno przetrwać następne pokolenie.:::


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights