
Karol Nawrocki, ten od żyrandola, ale też od ambicji z IPN-u i smutnych korytarzy Pałacu Prezydenckiego, postanowił, że jego prezydentura będzie inna. Nie taka jak Dudy – bez przecieków, krzyków i dryfu emocjonalnego w stronę otchłani. On chce być kimś. Strażnikiem. Cieniem. Wzorem. Ale też wrednym szefem, który każdemu z ministrow wyrwałby telefon z ręki, gdyby próbował zadzwonić do „Wyborczej”.
Nawrocki wprowadził nową modę: Pałac zamknięty jak konserwa, żadnych przecieków, żadnych Mastalerków udających wiceprezydentów. Każdy ma znać swoje miejsce, najlepiej gdzieś między gabinetem a prywatnym piekiełkiem ambicji. Jak nie przystosujesz się do klimatu z IPN – wypadasz. Jak chcesz się lansować – wypadasz. Jak wiesz, co to ironia – to nie jesteś z tego zespołu.
Prezydent, niczym robot z niskim zużyciem nerwów, rządzi przez SMS-y. Z Tuskiem dogaduje się krótkimi komunikatami jak na Tinderze: minimum słów, maksimum napięcia. I wbrew pozorom – dogadują się. Bo tak, Nawrocki gra w grę, ale nie własnymi figurami. Przeciwników ustawia tak, by to oni się potknęli. Jak z Boguckim – nie był premierem technicznym, bo Nawrocki nie chciał kończyć jak Duda z Glińskim.
Spotkania z posłami? Jak trzeba. Konfederacja przyszła, bo uwielbia czuć się ważna. PSL spóźniło się, bo samolot nie mógł wystartować – technika zawiodła, jak zawsze w tej partii. Lewica nie przyszła w ogóle – bo niby mają godność, a tak naprawdę nie wiedzieli, o czym mają rozmawiać. Czarzasty robi za dystyngowanego obrażalskiego, a Hołownia? Ten to już w ogóle przerobił karierę duchowego influencera na męczennika III RP. O świętości opowiada audiobookiem, a do polityki wszedł, jakby chciał się dać ukrzyżować przez Pełczyńską-Nałęcz i Paulinę Hennig-Kloskę. Cierpi, więc może jeszcze święty z tego będzie. Albo przynajmniej mem.
Wracając do Pałacu. Tam teraz pełno typów z PiS-u, Cenckiewiczów, Przydaczów, ludzi z twarzami jak z gabloty IPN. I tylko Nawrocki próbuje nimi zarządzać jak trener Ancelotti – cicho, z godnością i nadzieją, że kiedyś to wszystko nie wybuchnie mu w twarz.
Ale już wybucha. Pół roku po wyborach połowa ludzi nie wie, czy go lubi. Kobiety mniej entuzjastyczne – może dlatego, że Nawrocki woli beton od empatii. Młodzi go jeszcze tolerują, bo myślą, że to jakaś forma TikToka dla poważnych ludzi. Starsi mają dość – jakby słyszeli ten styl już za życia innego doktora historii, który miał sporo do powiedzenia, a jeszcze więcej do schowania.
Do tego dochodzi incydent w Auschwitz – nie przywitano Prezydenta. Dramat narodowy! Czy może jednak ktoś po prostu uznał, że w takim miejscu nie robi się PR-u? Kolarski płacze w eterze, że brak powitania to skandal, ale tak naprawdę – kto z nas chciałby być tam w ogóle witany jak celebryta?
Podsumowując: Karol Nawrocki chciałby być strażnikiem normalności, ale w otoczeniu, które bardziej przypomina reality show z czasów PRL-u niż liberalną demokrację. A skoro już cytują Ancelottiego, to my też: prawdziwego przywódcę poznasz po tym, jak radzi sobie z chaosem, nie po tym, jak starannie milczy, kiedy bałagan robi się za drzwiami jego gabinetu.
Zatem pytanie nie brzmi: czy Nawrocki przetrwa, tylko: kiedy ten jego system zamieni się w kolejną wersję pałacowej telenoweli. Bo żyrandol, niestety, świeci wszystkim tak samo – także tym, co pod nim tylko udają, że są kimś więcej niż cieniem prezydenckiej ambicji.

Dodaj komentarz