
Mija właśnie rok od chwili, gdy Karol Nawrocki wprowadził się do Pałacu Prezydenckiego i postanowił zamienić go w największy w kraju punkt dystrybucji oburzenia. Trzeba przyznać, że pod tym względem odniósł sukces.
W Polsce zamykają się szpitale, kuleje edukacja, przedsiębiorcy liczą koszty energii, Europa zbroi się w tempie niewidzianym od dekad, za naszą granicą trwa wojna, Stany Zjednoczone coraz wyraźniej sygnalizują, że mają ważniejsze sprawy niż europejskie bezpieczeństwo, ale prezydent Karol Nawrocki nie traci koncentracji.
On nadal tropi duchy. Czasem są to duchy komunizmu. Czasem duchy Brukseli. Czasem duchy Tuska. Czasem duchy ukryte w ustawach. A czasem duchy UPA. Gdyby nawiedzenia historyczne były źródłem energii odnawialnej, Polska byłaby dziś energetyczną potęgą.
Po roku jego prezydentury coraz trudniej oprzeć się wrażeniu, że mamy do czynienia z człowiekiem, który pomylił urząd głowy państwa z funkcją administratora narodowego muzeum krzywd i pretensji. Nie przypominam sobie ani jednego znaczącego gestu Nawrockiego wobec ludzi, którzy na niego nie głosowali. Ani jednego. To naprawdę imponujące osiągnięcie. Nawet najbardziej sekciarscy politycy zwykle przez kilka miesięcy próbują udawać, że reprezentują cały naród. Nawrocki uznał najwyraźniej, że szkoda czasu na takie fanaberie. Od początku zachowuje się jak zwycięzca konkursu na prezesa fanklubu samego siebie i chyba właśnie dlatego jego notowania wyglądają dziś tak, jak wyglądają.
Jeszcze kilka miesięcy temu miał przewagę ocen pozytywnych. Dzisiaj według badań więcej Polaków ocenia jego prezydenturę źle niż dobrze. Symboliczna granica została przekroczona. Po roku urzędowania prezydent znalazł się pod kreską. To nie jest przypadek. To jest efekt. Efekt prezydentury prowadzonej tak, jakby połowa społeczeństwa była nie obywatelami, lecz przypadkową przeszkodą terenową.
Człowiek przedstawiany jako wielki polityczny taran okazał się przede wszystkim kolekcjonerem wet. Karol Nawrocki wetuje z taką pasją, z jaką filateliści zbierają znaczki. Weto tutaj. Weto tam. Jeszcze jedno na wszelki wypadek. Człowiek zaczyna podejrzewać, że gdyby Sejm uchwalił ustawę o darmowym leczeniu szczeniąt i ratowaniu małych fok, Pałac Prezydencki ogłosiłby analizę wpływu projektu na polską suwerenność.
W krótkim czasie uzbierał ponad trzydzieści wet. To już nie jest instrument konstytucyjny. To hobby. Forma spędzania wolnego czasu. Narodowa kolekcja sprzeciwów. Prezydentura na zasadzie: „nie wiem, co zrobić, ale wiem, czego zabronić”.
Jeszcze ciekawsze jest jego spojrzenie na świat. Karol Nawrocki od początku wygląda jak człowiek, który przeczytał biografię Donalda Trumpa i uznał ją za literaturę duchową. Kiedy Trump kichnie, na polskiej prawicy rozpoczyna się analiza geopolityczna. Kiedy Trump mrugnie, eksperci odkrywają nową doktrynę bezpieczeństwa. Kiedy Trump zmieni zdanie po raz trzeci w ciągu tygodnia, wyznawcy ogłaszają kolejny dowód strategicznego geniuszu. Nawrocki zdaje się należeć do tej szkoły myślenia. Do szkoły, według której Polska nie potrzebuje polityki zagranicznej. Potrzebuje dobrego zdjęcia z Amerykaninem. Najlepiej takim, który ma czerwony krawat i skłonność do publikowania wszystkiego wielkimi literami.
Jednocześnie ten sam prezydent próbuje zostać przywódcą całej polskiej prawicy. To dopiero widowisko. Jarosław Kaczyński chciał być ojcem prawicy. Mentzen chce być jej przyszłością. Bosak jej rozsądkiem. Braun jej apokalipsą a Nawrocki najwyraźniej postanowił zostać wszystkim naraz. Patrząc na te ambicje, można odnieść wrażenie, że prezydent traktuje Pałac Prezydencki jak tymczasową bazę operacyjną do przejęcia całej prawej strony sceny politycznej.
Nie bez powodu coraz częściej mówi się o projekcie politycznym pod nazwą „Karol Nawrocki”. Problem polega na tym, że nawet własny obóz nie jest już nim zachwycony tak jak rok temu. Poparcie spada. Entuzjazm słabnie. Nawet po prawej stronie maleje grupa ludzi przekonanych, że oto pojawił się nowy mesjasz narodowo-konserwatywnej polityki.
Coraz więcej osób widzi bowiem coś znacznie bardziej przyziemnego. Nie politycznego zbawcę. Nie męża stanu. Nie nowego Piłsudskiego. Lecz człowieka, który codziennie budzi się rano i zastanawia, z kim mógłby się dziś jeszcze pokłócić. To jednak trochę za mało jak na prezydenta kraju liczącego niemal czterdzieści milionów obywateli. Zwłaszcza że historia jest pełna polityków przekonanych o własnej dziejowej misji. Większość z nich kończyła jako przypis. Niektórzy jako mem i chyba właśnie o to dziś toczy się gra.
Czy Karol Nawrocki zostanie politykiem zdolnym wyjść poza własny plemienny okop. Czy też pozostanie tym, czym jest obecnie. Prezydentem połowy narodu. Patronem narodowego oburzenia, najbardziej wpływowym komentatorem własnych konferencji prasowych.

Dodaj komentarz