
Karol Nawrocki odkrył w Konstytucji instrument, który wyjątkowo przypadł mu do gustu. Nazywa się weto i został pomyślany jako bezpiecznik ustrojowy na wypadek, gdyby parlament uchwalił coś szczególnie niemądrego, wadliwego albo niebezpiecznego. W rękach obecnego prezydenta bezpiecznik zaczyna jednak przypominać wyłącznik główny, którym można zgasić światło w całym mieszkaniu tylko dlatego, że nie podoba nam się lampa w przedpokoju.
Do 20 sierpnia Nawrocki podpisał 264 ustawy, a 41 zawetował, więc dla porządku trzeba powiedzieć, że większości tego, co przysyła mu parlament, nie wyrzuca do kosza. Nie mamy jeszcze prezydenta, który budzi się rano, przeciąga, pije kawę i pyta, co dziś można zawetować przed śniadaniem. Ale czterdzieści jeden wet w pierwszym roku urzędowania oznacza już coś więcej niż konstytucyjną ostrożność. Zaczyna wyglądać na filozofię sprawowania władzy, zgodnie z którą największym wkładem głowy państwa w rozwój Rzeczypospolitej jest pilnowanie, aby przypadkiem nie rozwinęła się ona w kierunku wybranym przez aktualną większość parlamentarną.
Nie mam nic przeciwko prezydentowi używającemu weta. Prezydent nie jest notariuszem premiera, lokajem Sejmu ani automatem podpisującym dokumenty po wrzuceniu odpowiedniej liczby ustaw do szczeliny. Ma prawo powiedzieć większości parlamentarnej, że napisała ustawę źle. Problem pojawia się dopiero wtedy, gdy prawo do powiedzenia „nie” zaczyna zastępować obowiązek posiadania jakiegokolwiek sensownego „tak”. Karol Nawrocki coraz bardziej przypomina człowieka, który przyszedł na budowę domu, nie przyniósł projektu, cegły ani łopaty, ale za to z niezwykłą energią chodzi między robotnikami i informuje, której ściany nie wolno postawić.
Pierwszym głośnym przykładem była ustawa wiatrakowa. Rząd chciał zmniejszyć minimalną odległość turbin od zabudowań z 700 do 500 metrów, jednocześnie umieszczając w ustawie rozwiązania dotyczące cen energii. Nawrocki wiatraki zatrzymał, choć część dotyczącą cen uznał za potrzebną i zaproponował osobne rozwiązanie. Mamy więc klasyczny sukces polskiej legislacji: najpierw rząd pakuje kilka spraw do jednego worka, następnie prezydent wyrzuca cały worek, po czym obie strony przez tydzień tłumaczą obywatelowi, że właśnie uratowały jego portfel.
Spór o dwieście metrów nabrał przy tym wymiaru niemal cywilizacyjnego. W kraju, który potrzebuje nowych źródeł energii, modernizacji sieci, magazynów energii i gigantycznych inwestycji infrastrukturalnych, dyskusja zeszła do poziomu, na którym turbina wiatrowa zaczyna być oceniana nie według tego, ile produkuje prądu, ale według tego, czy stoi w wystarczająco patriotycznej odległości od stodoły. Jest w tym coś bardzo polskiego. Wiatr nie ma narodowości, ale my mu ją w końcu nadamy, bo inaczej nie da się nad nim zapanować.
Nawrocki może oczywiście twierdzić, że broni mieszkańców przed turbinami stojącymi zbyt blisko domów, a rząd może twierdzić, że bez tych dwustu metrów energia będzie droższa. Kowalski nie musi rozumieć wszystkich modeli energetycznych. Wystarczy, że otworzy rachunek i zobaczy, iż narodowy spór o wiatr nie spowodował na razie, żeby prąd zaczął płynąć taniej z gniazdka. Polski system polityczny ma bowiem cudowną zdolność osiągania ogromnych sukcesów na konferencjach prasowych przy zachowaniu niezmienionego poziomu problemów w życiu codziennym.
Jeszcze bardziej interesująco zrobiło się przy SAFE, czyli europejskim mechanizmie finansowania inwestycji obronnych. Nawrocki zawetował ustawę umożliwiającą pełne wykorzystanie tego rozwiązania, wskazując na kwestie suwerenności, europejskiej warunkowości i swobody zakupów uzbrojenia. Zaproponował własny instrument. I tutaj objawia się kolejna cecha prezydentury Nawrockiego: jeżeli Unia proponuje pieniądze, to najpierw trzeba sprawdzić, czy pieniądze nie są przypadkiem ideologiczne. Euro pochodzące z Brukseli ma bowiem tę podejrzaną właściwość, że zanim kupi się za nie czołg, może próbować naruszyć suwerenność.
W kraju graniczącym z Rosją można byłoby oczekiwać, że rząd, prezydent, wojsko i przemysł obronny usiądą razem i przed uchwaleniem ustawy ustalą, skąd, za ile i co właściwie chcemy kupować. To rozwiązanie byłoby jednak nieznośnie nudne. Nie byłoby weta, dramatycznych wystąpień, patriotycznych deklaracji ani możliwości pokazania elektoratowi, że po drugiej stronie barykady stoją ludzie, którzy chcą sprzedać Polskę za nisko oprocentowaną pożyczkę. Znacznie bardziej zgodne z naszym temperamentem narodowym jest najpierw urządzić bitwę, a dopiero później policzyć, ile zostało amunicji.
Prezydentura Nawrockiego coraz częściej przypomina właśnie takie państwowe zarządzanie przez demonstrację charakteru. Polska może nie wiedzieć, dokąd jedzie, ale za to bardzo stanowczo wie, którędy nie pojedzie.
Najbardziej komicznie wygląda to jednak w przypadku kryptowalut. Nawrocki wetował kolejne wersje ustawy regulującej rynek kryptoaktywów, argumentując między innymi, że przepisy mogą nadmiernie ingerować w wolność gospodarczą i dawać administracji zbyt szerokie możliwości blokowania działalności. Można o tym poważnie dyskutować, bo zła regulacja rynku finansowego potrafi być równie szkodliwa jak brak regulacji. Tyle że rzeczywistość, jak zwykle bezczelna wobec prezydenckiej narracji, postanowiła w tym samym czasie urządzić nam aferę Zondacrypto.
I oto Polska ogląda dziś historię, w której Przemysław Kral składa wyjaśnienia prokuraturze, śledczy badają przepływy pieniędzy, media opisują kontakty biznesu kryptowalutowego z ludźmi prawicy, pojawiają się Zbigniew Ziobro, Przemysław Wipler, Radosław Piesiewicz, Telewizja Republika, Tomasz Sakiewicz, reklamy za dziesiątki milionów, hotel w Monako, spotkania na Ibizie i zegarki, których cena wystarczyłaby przeciętnemu Polakowi na urządzenie mieszkania, o ile wcześniej miałby mieszkanie.
Na razie nie ma dowodów, że prezydenckie weta mają jakikolwiek związek z aferą Zondacrypto, więc nie zamierzam takiego związku wymyślać. Sama zbieżność jest wystarczająco zabawna. W chwili, kiedy Pałac Prezydencki z najwyższą troską pochyla się nad tym, aby państwo nie regulowało kryptowalut zbyt mocno, życie pokazuje właśnie, dlaczego rynek finansowy pozostawiony sam sobie czasami przypomina kasyno, w którym krupier jednocześnie sprzedaje żetony, prowadzi bank, reklamuje stolik i zna kilku posłów.
Prezydent broni wolności rynku, rynek tymczasem korzysta z wolności z rozmachem godnym husarii. Pieniądze galopują, reklamy lecą osiemnaście razy dziennie, politycy przypadkiem spotykają biznesmenów w bardzo nieprzypadkowych miejscach, a kiedy po wszystkim wchodzi prokurator, wszyscy nagle przypominają sobie, że właściwie znali się wyłącznie zawodowo. Jeszcze trochę, a człowiek dowie się, że Monako było miejscem szkolenia z ochrony danych osobowych, Ibiza konferencją samorządową, a złoty zegarek pomocą dydaktyczną do nauki punktualności.
W tym kontekście prezydencka troska o swobodę rynku krypto nabiera urody niemal operowej. Oczywiście państwo nie powinno dusić przedsiębiorczości. Byłoby jednak miło, gdyby czasami umiało odróżnić przedsiębiorczość od przedsiębiorcy, który po prostu bardzo sprawnie przemieszcza cudze pieniądze.
Podobny mechanizm widzimy przy ustawie o statusie osoby najbliższej. Nawrocki ją zawetował, bo uznał, że tworzy rozwiązanie zbyt podobne do małżeństwa, choć pozbawione wszystkich jego zobowiązań. W efekcie państwo nadal może zachowywać się wobec ludzi żyjących wspólnie od dziesięciu czy dwudziestu lat jak przedwojenna ciotka, która wszystko wie, wszystko widziała, ale dopóki nie było ślubu, nie zamierza przyjąć faktów do wiadomości.
Dwoje ludzi może mieszkać razem przez pół życia, wspólnie wychowywać dzieci, kupić mieszkanie, spłacać kredyt, opiekować się sobą w chorobie, przeżyć trzy remonty i dwa psy, czyli osiągnąć poziom więzi znacznie poważniejszy niż niejedno małżeństwo po kościelnym błogosławieństwie. Dla państwa nadal mogą jednak pozostawać prawnie osobami mniej związanymi niż kuzyn, którego ostatni raz widzieli podczas komunii w 1997 roku.
Karol Nawrocki broni w ten sposób małżeństwa z ogromną determinacją, choć małżeństwo samo nie zgłaszało chyba, że czuje się zagrożone tym, iż ktoś inny będzie mógł odziedziczyć mieszkanie po własnym partnerze albo uzyskać informację o jego stanie zdrowia. Polski konserwatyzm ma jednak osobliwą cechę: najlepiej czuje się wtedy, gdy wzmacnia instytucję małżeństwa poprzez utrudnianie życia ludziom, którzy małżeństwa nie zawarli. To trochę tak, jakby promocję kolei prowadzić przez zamykanie autobusów.
Przy ustawie wdrażającej rozwiązania Digital Services Act prezydent także powiedział „nie”, argumentując, że zaproponowane narzędzia mogłyby dać administracji zbyt szeroką możliwość ingerowania w treści internetowe. To zastrzeżenie nie jest pozbawione sensu, ponieważ narzędzia służące do walki z treściami bezprawnymi mogą łatwo stać się narzędziami cenzury. Tyle że znowu pozostajemy z problemem, który od weta nie znika. Facebook, TikTok, Instagram i reszta cyfrowych koncernów nie czekają cierpliwie, aż Karol Nawrocki wraz z rządem osiągną metafizyczny kompromis pomiędzy wolnością słowa a bezpieczeństwem dziecka.
Algorytm nie ma poglądów politycznych. Ma model biznesowy. Dziecko jest dla niego jednocześnie użytkownikiem, produktem, źródłem danych i przyszłym konsumentem. Mark Zuckerberg nie musi wiedzieć, kto jest prezydentem Polski. Wystarczy, że jego system wie, co ogląda polski trzynastolatek o 23.17, kiedy rodzice są przekonani, że już śpi.
Pałac boi się więc, żeby państwo nie miało zbyt wielkiej władzy nad platformami, podczas gdy platformy od dawna nie wykazują podobnej nieśmiałości wobec obywatela. To trochę jak odmowa zamontowania zamka w drzwiach z obawy, że właściciel mieszkania uzyska za dużo kontroli nad złodziejem.
Weto wobec zmian dotyczących tymczasowego aresztowania również da się uzasadniać konkretnymi wadami ustawy. Problem tzw. aresztów wydobywczych jest jednak w Polsce rzeczywisty. Człowiek niewinny do prawomocnego wyroku może spędzić miesiące za kratami, podczas gdy państwo z pełną powagą zapewnia, że jego domniemanie niewinności pozostaje nienaruszone. Jest to jedna z bardziej subtelnych konstrukcji naszego prawa: obywatel pozostaje formalnie niewinny, tylko śpi w celi.
Jeżeli prezydent uważa, że parlament źle rozwiązał ten problem, powinien użyć swojej inicjatywy ustawodawczej i pokazać rozwiązanie lepsze. Tego właśnie oczekiwałbym od aktywnej prezydentury. Weto nie może być ostatnim zdaniem w dyskusji, bo wtedy cały urząd głowy państwa zaczyna przypominać wyjątkowo drogi korektor, który na marginesie każdego projektu pisze, że jest źle, ale nie ma czasu wyjaśnić, jak byłoby dobrze.
Trzeba przy tym oddać Nawrockiemu elementarną sprawiedliwość i nie przypisywać mu wet, których nie było. Ustawę dotyczącą nadzwyczajnych zysków paliwowych prezydent skierował do Trybunału Konstytucyjnego, a nie zawetował. Krytycy Nawrockiego naprawdę nie muszą dopisywać mu osiągnięć. Czterdzieści jeden rzeczywistych wet wystarcza całkowicie. Produkowanie czterdziestego drugiego na potrzeby publicystyczne przypomina dolewanie wody do wódki, która i bez tego jest wystarczająco mocna.
Istota problemu leży gdzie indziej. Nawrocki tworzy model prezydentury, którą można nazwać prezydenturą negatywną. Jej polityczna atrakcyjność jest ogromna, ponieważ blokowanie daje więcej komfortu niż rządzenie. Rząd musi znaleźć pieniądze, przygotować ustawę, przeprowadzić konsultacje, policzyć skutki i ponosić odpowiedzialność, jeśli coś nie zadziała. Prezydent może przeczytać ustawę, znaleźć jej słaby punkt, zawetować ją i ogłosić, że uratował naród przed kolejną katastrofą.
Jeżeli później problem nadal istnieje, winny jest rząd, bo nie przygotował lepszej ustawy. Jeżeli przygotuje nową, prezydent może stwierdzić, że jego weto zmusiło rząd do poprawy. Jeżeli nic się nie zmieni, można ogłosić, że bez weta byłoby jeszcze gorzej. Jest to model polityczny niemal doskonały, bo pozwala odnosić sukces w każdej sytuacji, pod warunkiem że sukces mierzymy liczbą konferencji prasowych, a nie liczbą rozwiązanych problemów.
Nawrocki coraz bardziej przypomina recenzenta restauracji, który nigdy nie stanął przy kuchni, ale każdego dnia przysyła kartkę, że zupa jest za słona, mięso za miękkie, deser za europejski, a rachunek ma znamiona zamachu na suwerenność. Restauracja tymczasem działa, klienci czekają, kucharz przeklina, kelner nie wie, co podać, a recenzent zdobywa popularność, bo zawsze może powiedzieć, że przecież ostrzegał.
Najbardziej wzruszająca pozostaje oczywiście nieustanna troska wszystkich stron o „zwykłego Kowalskiego”. Kowalski jest mityczną postacią polskiej polityki, kimś pomiędzy Piastem Kołodziejem a klientem Biedronki. Każdy go reprezentuje, każdy zna jego potrzeby, każdy wie, czego się boi i czego pragnie, choć sam Kowalski najwyraźniej nie ma dostępu do tych informacji. Rząd uchwala dla Kowalskiego, prezydent wetuje dla Kowalskiego, prawica broni Kowalskiego przed Brukselą, lewica przed rynkiem, liberałowie przed państwem, państwo przed monopolami, a monopole zapewniają w reklamach, że są rodziną Kowalskiego.
Sam Kowalski siedzi natomiast wieczorem przy stole i próbuje ustalić, dlaczego mieszkanie kosztuje fortunę, prąd jest drogi, specjalista dostępny za pół roku, jego syn utopił oszczędności w czymś, co miało rosnąć wiecznie, córka jest doskonale sprofilowana przez amerykański algorytm, a partnerka, z którą mieszka od dwóch dekad, w niektórych sytuacjach prawnych nadal jest dla państwa kimś niewiele bliższym niż pani z kiosku.
I właśnie tutaj kończy się zabawa z wetem, a zaczyna pytanie o sens prezydentury. Nie chodzi o to, czy Karol Nawrocki może powiedzieć „nie”. Oczywiście może. Chodzi o to, czy za każdym jego „nie” pojawia się jakiekolwiek sensowne „zamiast”.
Bo jeśli nie, to czterdzieści jeden wet nie jest dowodem siły prezydenta. Jest czterdziestoma jeden zatrzymanymi procedurami, które trzeba będzie zacząć od nowa.
Państwo nie jest konkursem na najbardziej stanowczy wyraz twarzy. Nie wygrywa ten, kto najczęściej marszczy brwi. Nie jest też wielką debatą telewizyjną, w której wystarczy pokazać, że przeciwnik ma głupszy pomysł. Państwo ma działać, nawet jeśli jest to zajęcie znacznie mniej efektowne niż urządzanie kolejnych konstytucyjnych zapasów z Donaldem Tuskiem.
Karol Nawrocki bardzo lubi przedstawiać się jako prezydent zdecydowany, niezależny i odporny na presję. I rzeczywiście, trudno odmówić mu zdecydowania. Człowiek, który czterdzieści jeden razy odsyła Sejmowi ustawę, z pewnością nie cierpi na niedobór asertywności. Problem w tym, że asertywność nie jest jeszcze programem państwa. Do prowadzenia kraju nie wystarczy wiedzieć, czego się nie chce, podobnie jak do budowy domu nie wystarczy mieć znakomity młotek do rozbijania cudzych ścian.
Może więc podczas następnego spotkania „pięknych umysłów” w Klarysewie warto odstawić na chwilę Karola Wielkiego, neokolonializm, niemieckie imperium, historię Polski i kiełbasę z grilla, a zadać prezydentowi pytanie naprawdę praktyczne: co chce po sobie zostawić poza imponującą kolekcją ustaw, których nie podpisał?
Na na końcu kadencji licznik wet będzie można pięknie oprawić i powiesić w muzeum. Tylko Kowalski raczej nie przyjdzie go oglądać. Będzie miał inne sprawy. Być może właśnie będzie sprawdzał, czy jest prąd.

Dodaj komentarz