PREZYDENT OD FOCHÓW I PAŃSTWO, KTÓRE MU PRZESZKADZA

Warszawa

Polska polityka coraz bardziej przypomina dziś długą, męczącą podróż autokarem przez kraj pełen objazdów, remontów i nerwowych kierowców. W środku siedzą ludzie zmęczeni awanturami, rosnącym napięciem i nieustannym politycznym teatrem. Ktoś próbuje prowadzić ten pojazd w stronę bezpieczeństwa, nowych sojuszy i poważnej polityki międzynarodowej, ale z ostatnich siedzeń co chwilę dobiega obrażony głos człowieka, który wprawdzie nie prowadzi, nie tankuje i nie planuje trasy, ale za to regularnie krzyczy, że wszystko odbywa się bez jego zgody.

Tym człowiekiem jest dziś Karol Nawrocki.

Donald Tusk poleciał do Londynu i razem z Keirem Starmerem podpisał jeden z najważniejszych traktatów bezpieczeństwa ostatnich lat. To nie jest jakiś symboliczny papierek dla dyplomatów lub kolejna fotografia przy ciężkich kotarach i flagach ustawionych pod odpowiednim kątem dla kamer. To dokument dotyczący realnych spraw: współpracy wojskowej, bezpieczeństwa energetycznego, cyberobrony, ochrony infrastruktury krytycznej, wspólnych projektów zbrojeniowych i przeciwdziałania rosyjskiej agresji.

Innymi słowy — spraw naprawdę fundamentalnych.

W momencie, kiedy Europa zaczyna rozumieć, że świat po rosyjskiej agresji już nigdy nie będzie wyglądał tak samo, Polska próbuje budować możliwie silne sojusze. Brytyjczycy wzmacniają współpracę wojskową z Warszawą, NATO inwestuje we wschodnią flankę, a Unia Europejska uruchamia gigantyczne środki na bezpieczeństwo i obronność. Polska po raz pierwszy od wielu lat rzeczywiście zaczyna być jednym z głównych graczy regionu.

I właśnie wtedy z politycznych mgieł, urażonych ambicji i kancelaryjnego dąsania wyłania się Karol Nawrocki. Nie po to, żeby ten proces wzmocnić. Nie po to, żeby powiedzieć: „to dobrze dla Polski”. Ale po to, żeby oznajmić, że jego kancelarii „dobrze byłoby wcześniej powiedzieć”.

Naprawdę trudno nie odnieść wrażenia, że obecny prezydent coraz częściej traktuje politykę zagraniczną jak prywatny konkurs prestiżu. Państwo negocjuje strategiczny traktat z jednym z najważniejszych europejskich mocarstw wojskowych, a głównym problemem Pałacu Prezydenckiego okazuje się brak odpowiednio ceremonialnego informowania o przebiegu rozmów. To trochę tak, jakby podczas gaszenia pożaru ktoś nagle zaczął awanturę o to, że strażacy nie przedstawili mu wcześniej projektu węża gaśniczego.

Donald Tusk zareagował dziś wyjątkowo spokojnie. Powiedział jedynie, że blokowanie takiego traktatu byłoby „niebezpieczne i niemądre”. W ustach Tuska była to właściwie forma politycznej elegancji graniczącej z heroizmem.

Bo całą sytuację można by przecież opisać znacznie prościej: na Boga, człowieku, przestań przeszkadzać! Karol Nawrocki naprawdę wygląda dziś na polityka głęboko przekonanego, że uczestniczy w wielkiej ustrojowej batalii o prerogatywy głowy państwa. Tymczasem większość obywateli patrzy na to raczej jak na awanturę pasażera, który obraził się na pociąg za to, że odjechał zgodnie z rozkładem.

Podział kompetencji w Polsce naprawdę jest jasny i nie wymaga doktoratu z prawa konstytucyjnego ani wielogodzinnych seminariów prowadzonych przez dawnych publicystów IV Rzeczypospolitej.

Rząd prowadzi politykę zagraniczną. Rząd negocjuje traktaty. Prezydent uczestniczy w procedurze ratyfikacyjnej. To wszystko!

Ale problem polega na tym, że obecna prezydentura coraz częściej nie przypomina instytucji państwowej, tylko emocjonalny projekt polityczny środowiska PiS. Za Nawrockim stoją przecież ci sami ludzie, którzy od lat karmią prawicę opowieścią o wiecznie zdradzanej Polsce, wiecznie oszukiwanym narodzie i spiskach czyhających na nas niemal za każdym unijnym dokumentem.

Przydacz, Cenckiewicz i cała ta grupa zawodowych tropicieli ukrytych zdrad politycznych funkcjonuje dziś trochę jak sekta ludzi przekonanych, że geopolityka polega głównie na obrażaniu się na sojuszników i publikowaniu patriotycznych wpisów późnym wieczorem. W tej wizji Polska ma być krajem nieustannie podejrzliwym, nerwowym i obrażonym. Państwem, które bardziej pielęgnuje własne urazy niż własne interesy.

Tymczasem świat przyspieszył. Rosja prowadzi agresywną politykę. Europa się zbroi. USA pogrążają się w trumpowskim chaosie. Właśnie dlatego traktat polsko-brytyjski jest tak ważny. On nie jest polityczną dekoracją ani dyplomatycznym gadżetem dla ministrów w dobrze skrojonych garniturach. To konkretne projekty: wspólna produkcja nowoczesnej broni, rozwój systemów antydronowych, cyberbezpieczeństwo, współpraca wywiadowcza, ochrona infrastruktury krytycznej i energetyka jądrowa.

Czyli dokładnie to wszystko, co nowoczesne państwo powinno dziś rozwijać z obsesyjną wręcz konsekwencją. I właśnie wtedy pojawia się Nawrocki z miną człowieka, któremu nie spodobał się ton zaproszenia.

Władysław Kosiniak-Kamysz nie wytrzymał i powiedział dziś coś bardzo trafnego: że kancelaria prezydenta „to nie jest pępek świata”. Było w tym więcej prawdy, niż (zapewne) sam minister planował. Największym problemem obecnej prezydentury staje się bowiem coraz wyraźniejsze mylenie własnego ego z interesem państwa. Nawrocki wygląda momentami jak polityk, który uwierzył, że jego podstawowym obowiązkiem nie jest wzmacnianie bezpieczeństwa Polski, tylko ciągłe udowadnianie, że Donald Tusk nie okazuje mu wystarczającego szacunku.

To jest po prostu małe. Zwłaszcza dziś, kiedy Polska naprawdę znalazła się w historycznym momencie. SAFE rusza pełną parą. Do kraju płyną gigantyczne środki na modernizację armii. Powstają nowe projekty wojskowe. Polskie firmy zbrojeniowe zaczynają odgrywać coraz większą rolę w Europie. NATO traktuje wschodnią flankę śmiertelnie poważnie. A w Pałacu Prezydenckim trwa obrażanie się o brak wcześniejszego telefonu.

Najbardziej groteskowe jest jednak to, że środowisko PiS próbuje dziś przedstawiać Nawrockiego jako wielkiego strażnika suwerenności. To naprawdę fascynujące widowisko. Ci sami ludzie przez lata kompromitowali relacje z Unią Europejską, zamieniali dyplomację w ideologiczny kabaret i regularnie psuli relacje z partnerami, którzy gwarantowali Polsce bezpieczeństwo.

A teraz nagle udają ekspertów od geopolitycznej odpowiedzialności. To trochę tak, jakby człowiek, który podpalił kuchnię, wrócił następnego dnia pouczać strażaków o zasadach przeciwpożarowych.

Donald Tusk ma dziś jedną ogromną przewagę. Przy tym całym politycznym chaosie wygląda po prostu jak dorosły człowiek. Nie idealny. Nie bez błędów. Ale jednak dorosły.

A Polska po latach prawicowej histerii chyba najbardziej potrzebuje właśnie normalności. Kompetencji. Spokoju. I polityków, którzy rozumieją, że bezpieczeństwo państwa nie może być zakładnikiem urażonych ambicji.

Historia naprawdę bywa okrutna dla polityków, którzy mylą własne fochy z racją stanu. Zwłaszcza wtedy, gdy za wschodnią granicą siedzi Putin i z ogromną satysfakcją obserwuje każdy polski konflikt, każdą awanturę i każdy akt politycznej dziecinady.

Na Kremlu takie dni muszą wyglądać jak firmowy piknik. Tam prawdopodobnie otwiera się szampana za każdym razem, gdy któryś z polskich politycznych frustratów zaczyna sabotować własne państwo wyłącznie po to, żeby połechtać własne ego.

I chyba właśnie to jest w tej historii najbardziej żenujące. W momencie, gdy Polska realnie wzmacnia swoje bezpieczeństwo i pozycję międzynarodową, część prawicy nadal zachowuje się tak, jakby najważniejszym problemem państwa było to, że ktoś odpowiednio wcześnie nie zadzwonił do Pałacu Prezydenckiego.

Poważne państwa tak się nie zachowują. Ale polityczni wychowankowie Kaczyńskiego od dawna bardziej przypominają emocjonalne kółko urażonych ambicji niż odpowiedzialny obóz państwowy.

I niestety Karol Nawrocki coraz częściej wygląda w tym środowisku jak instruktor permanentnego obrażania się na rzeczywistość.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights