PREZYDENT OD AWANTUR I POSZUKIWACZ ZAGINIONYCH WOJEN

Warszawa

Są ludzie, którzy wchodzą do pokoju i natychmiast zaczyna się rozmowa. Są tacy, którzy wnoszą spokój, porządek albo choćby odrobinę zdrowego rozsądku. I są wreszcie ludzie szczególnego rodzaju. Tacy, przy których nawet spokojnie stojący czajnik zaczyna wyglądać podejrzanie, a zwykłe zebranie wspólnoty mieszkaniowej nabiera atmosfery konferencji pokojowej po zakończeniu wojny trzydziestoletniej.

Patrząc na pierwszy rok politycznej działalności Karola Nawrockiego w roli prezydenta, coraz częściej odnoszę wrażenie, że mamy do czynienia właśnie z takim talentem. Nie jest to talent do budowania. Nie jest to nawet talent do przekonywania. Jest to znacznie rzadsza umiejętność. Umiejętność odnajdywania konfliktów tam, gdzie inni widzą jeszcze możliwość rozmowy.

Minęło zaledwie kilka miesięcy urzędowania, a prezydent zdążył już wejść w spór z rządem o traktat z Wielką Brytanią, rozpocząć kolejną odsłonę wieloletniej wojny o aneks do raportu z likwidacji WSI i otworzyć nowy front wokół pomysłu odebrania Wołodymyrowi Zełenskiemu Orderu Orła Białego. Gdyby konflikty były dyscypliną olimpijską, Polska mogłaby wystawić drużynę narodową złożoną wyłącznie z doradców Pałacu Prezydenckiego.

Najbardziej fascynujące jest jednak to, że wszystkie te historie mają wspólny mianownik. Nie chodzi w nich tak naprawdę o traktat. Nie chodzi o aneks. Nie chodzi nawet o order. W każdej z tych spraw jak uparty bohater drugiego planu pojawia się ten sam przeciwnik. Donald Tusk. A właściwie coś jeszcze bardziej irytującego niż sam premier. Rzecz, która dla wielu polityków prawicy jest niemal metafizycznym utrapieniem. Rzecz zwana rzeczywistością.

Bo rzeczywistość ma tę przykrą cechę, że nie zawsze podporządkowuje się politycznym emocjom.

Weźmy traktat z Wielką Brytanią. W normalnym kraju wiadomość o pogłębianiu współpracy z państwem dysponującym bronią jądrową i jedną z najpotężniejszych armii Europy wywołałaby debatę o bezpieczeństwie. O wojnie za naszą granicą. O rosyjskich ambicjach. O przyszłości NATO. Tymczasem w Polsce bardzo szybko zeszliśmy do poziomu sporu o to, kto komu pokazał dokument i kiedy. Nagle najważniejszym problemem nie stał się sam traktat, lecz jego obieg kancelaryjny. Państwo przypominało rodzinę, która odziedziczyła pałac, ale od miesiąca kłóci się wyłącznie o to, kto pierwszy otworzył kopertę od notariusza.

Jeszcze piękniej wygląda historia aneksu do raportu z likwidacji WSI. Ten dokument dawno już przestał być dokumentem. Stał się legendą. Funkcjonuje w polskiej polityce jak bursztynowa komnata, potwór z Loch Ness i święty Graal w jednym. Kolejne pokolenia prawicy opowiadają o nim z takim przejęciem, jakby w środku znajdowała się odpowiedź na pytanie o sens życia, wszechświata i wszystkiego innego. Tymczasem dokument leżał przez lata. Przeleżał prezydenturę Lecha Kaczyńskiego. Przeleżał całą epokę Bronisława Komorowskiego. Przeleżał dwie kadencje Andrzeja Dudy. Zestarzał się godniej niż większość polityków, którzy się na niego powołują.

I właśnie wtedy, gdy człowiek zaczynał mieć nadzieję, że przejdzie do historii razem z magnetowidami i modemami telefonicznymi, wrócił triumfalnie na scenę. Po czym okazało się, że znowu potrzebny jest podpis premiera. Polska polityka jest czasem jak kiepska komedia. Bohater przez dwie godziny przedziera się przez góry, bagna i pustynie, odnajduje skarb, pokonuje smoka, po czym na końcu dowiaduje się, że urząd jest nieczynny do poniedziałku.

Najwięcej emocji wywołała jednak sprawa Wołodymyra Zełenskiego. Nie ma żadnych wątpliwości, że decyzja o gloryfikowaniu tradycji UPA była błędem. Była ciosem w polską pamięć historyczną i prezentem dla rosyjskiej propagandy. Problem polega na tym, że polityka wymaga czasem umiejętności rozróżniania między słusznym oburzeniem a politycznym teatrem.

Karol Nawrocki rzucił się do tej sprawy z energią człowieka, który właśnie usłyszał fanfary przeznaczenia. W jego słowach było tyle pasji, że można było odnieść wrażenie, iż los Europy zależy wyłącznie od orderu przypiętego do marynarki ukraińskiego prezydenta. Tymczasem Donald Tusk odpowiedział znacznie chłodniej. Powiedział w istocie coś bardzo prostego. Tak, Ukraina popełniła błąd. Tak, sprawa jest poważna. Ale jeśli Warszawa i Kijów zamienią się teraz w dwa obrażone na siebie muzealne eksponaty, jedynym człowiekiem naprawdę zadowolonym będzie Władimir Putin.

I właśnie tutaj dochodzimy do sedna całej historii.

Karol Nawrocki nie prowadzi tych sporów dlatego, że nie ma ważniejszych problemów. Prowadzi je dlatego, że są politycznie użyteczne. W świecie współczesnej prawicy konflikt jest paliwem równie cennym jak ropa naftowa. Trzeba go stale wydobywać, oczyszczać i dostarczać wyborcom. Spokojny polityk nie trafia do nagłówków. Rozsądny polityk nie wywołuje burzy w mediach społecznościowych. Człowiek, który codziennie szuka nowego frontu, ma natomiast gwarancję zainteresowania.

Dlatego odnoszę czasem wrażenie, że Karol Nawrocki bardziej przypomina lidera jednej z politycznych drużyn niż prezydenta państwa. Jak kapitan stadionowego młyna, który nieustannie rozgląda się za nowym przeciwnikiem, bo cisza na trybunach wydaje mu się czymś nienaturalnym.

Tylko że państwo nie jest stadionem. Rosja nie jest rywalem w ligowej tabeli. Bezpieczeństwo kraju nie jest internetową awanturą. Historia uczy, że wielkie państwa budują zwykle ludzie, którzy potrafią czasem zakończyć spór, a nie tylko znaleźć nowy.

Patrząc na pierwszy rok tej prezydentury, coraz częściej zastanawiam się, czy Karol Nawrocki naprawdę chce być prezydentem wszystkich Polaków, czy może znacznie bardziej odpowiada mu rola człowieka, który bez końca prowadzi swoją polityczną wojnę.

Są ludzie, którzy szukają rozwiązań. Są ludzie, którzy szukają porozumienia i są tacy, którzy wyglądają tak, jakby każdego ranka otwierali okno, sprawdzali pogodę i zadawali sobie tylko jedno pytanie: „Z kim dzisiaj się pokłócimy?” A wojna, nawet ta najmniejsza, nawet o dokument, order czy podpis, zawsze znajdzie swoich kibiców. Właśnie dlatego po roku jego prezydentury coraz częściej odnoszę wrażenie, że Karol Nawrocki nie chce być prezydentem wszystkich Polaków. Znacznie bardziej odpowiada mu rola kapitana jednej z drużyn.

Tylko że państwo nie jest stadionem a prezydent, nawet jeśli bardzo tego pragnie, nie powinien być liderem młyna pod bramką przeciwnika.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights