
W Pałacu Prezydenckim zasiadł nowy lokator. Karol Nawrocki. Uśmiechnięty, pełen werwy, z błyskiem w oku i kalkulatorem w kieszeni, choć baterie w tym kalkulatorze muszą być z innej epoki – najlepiej z PRL-u, gdzie jeden banknot pokrywał całą wieś, a inflacja była tylko ideą filozoficzną. Z entuzjazmem, jakby dopiero co wygrał konkurs na radnego w Pelplinie, Nawrocki wziął się za przebudowę państwa. I gospodarki. I NATO. I listy lektur.
Zacznijmy jednak od rzeczy najważniejszej: to nie jest Andrzej Duda. Karol Nawrocki jest… inny. Trudniej go „obsługiwać”, jak przyznał ktoś z obozu władzy. Bo o ile Duda był prezydentem-pilotem z autopilotem z Nowogrodzkiej, o tyle Nawrocki to już pełnoprawny kapitan lotu, który sam wytycza kurs. Szkoda tylko, że zamiast mapy budżetowej, trzyma w ręku folder z marzeniami. Tymi najdroższymi.
W ciągu tygodnia zapowiedział reformy, które kosztują od 54 do 125 miliardów złotych. Rocznie. Czyli tyle, ile kosztowałoby utrzymanie Polski, gdybyśmy wszyscy zaczęli mówić po fińsku, jeść łososia i podróżować Pendolino z Zakopanego do Kiruny. W obie strony. Z bagażem.
Oto Karol: chce znieść podatek Belki, obniżyć VAT, podnieść progi podatkowe, wprowadzić zerowy PIT dla rodzin z dziećmi, zwiększyć waloryzację emerytur, a przy okazji jeszcze zbudować NATOwską drużynę marzeń – Bukaresztańską Jedenastkę. Brzmi jak Karta Dań z wesela w remizie, gdzie każdy dostaje po schabowym, ale płaci Tusk.
Donald Tusk, co tu dużo mówić, zachowuje się w tym wszystkim jak kierownik zakładu, do którego nagle przyszedł nowy dyrektor z zewnątrz i mówi: „To teraz robimy wszystko inaczej. Po mojemu. I bez liczenia.” Tusk wie, że pieniądz to nie wata cukrowa. I że z pustego to nawet prezydent nie naleje, chyba że pustkę uzna za walutę.
Belka zresztą – ten od prawdziwego banku, nie ten do skakania – mówi wprost: sabotaż. A profesor Belka to nie byle kto. Gdy on mówi „sabotaż”, to nie znaczy, że coś mu się nie podoba, tylko że ktoś właśnie podpalił magazyn z pieniędzmi i wrzuca do środka więcej obietnic. Bo jak wiadomo – ogień można ugasić benzyną, trzeba tylko dobrze uzasadnić.
A prezydent uzasadnia: „To dla rodzin”, „To dla gospodarki”, „To dla Polski”. Tylko że wszystko jest „dla” – nawet komin w elektrowni jest „dla atmosfery”. Problem w tym, że finanse państwa to nie przedszkole z darmowym podwieczorkiem. I ktoś za te kredki i kisiel musi w końcu zapłacić.
BUKARESZTAŃSKA JEDENASTKA, CZYLI FUTBOL GEOPOLITYCZNY
Nie samym VAT-em jednak człowiek żyje. Prezydent Nawrocki, jako prawdziwy mąż stanu, nie ogranicza się do podwórka fiskalnego. Marzy mu się również bycie liderem NATO. Takim europejskim Ronaldem Reaganem w wersji light. Chce, by Bukaresztańska Dziewiątka stała się Jedenastką. Bo Dziewiątka to za mało. To przecież tylko jeden więcej niż Osiem Gwiazdek.
Prezydent mówi, że Polska powinna być „liderem budowania systemu immunologicznego odpowiedzialności wschodniej flanki NATO”. Zdanie piękne. Prawie poetyckie. W sam raz do haftu na kocyku lub pieczęci na nagrobku polityki zagranicznej. Tyle że eksperci, tacy co to czytają książki, nie memy, przypominają: Dziewiątka jest tak centralna w NATO, jak Bełchatów w turystyce kosmicznej.
I chociaż Skandynawia może się dołączyć, to Finlandia bardziej patrzy na Arktykę niż Bukareszt, a Szwecja – cóż – nie ma kompleksu Polski. Ma za to obronę powietrzną, której my nie mamy. Więc rozszerzenie? Owszem, możliwe. Ale tylko jeśli przestaniemy mówić, że jesteśmy liderem i zaczniemy po prostu działać. A nie nadawać sobie stopnie generalskie wśród krajów NATO, mając jednocześnie problemy z deklaracjami szczytów. Bo przypomnę: ostatnie dwa szczyty Bukaresztańskiej Dziewiątki zakończyły się bez wspólnego stanowiska. Dlaczego? Bo Węgry, Rumunia i Bułgaria nie mogą się zdecydować, czy Rosja to wróg, czy tylko dostawca taniego gazu.
NAWROCKI JAKO ZAGROŻENIE? DLA KOGO?
Nie brakuje głosów, że Karol Nawrocki może być „największym problemem Tuska”. Że jest „inny niż Duda”. Że „czyta życiorysy ludzi, z którymi się spotyka”. Owszem. Czyta. Ale to jeszcze nie znaczy, że rozumie, co się w tych życiorysach kryje. Bo gdyby tak było, to wiedziałby, że Duda przynajmniej udawał, że zna konstytucję. A Nawrocki nie udaje. On po prostu pisze swoją własną – pisaną językiem PR-owców i konsultantów podatkowych.
Rząd Tuska traktuje go z powagą, ale bez paniki. Tusk już był w jednym starciu z populistą. I wygrał. Teraz też wie, że walka to nie show w mediach społecznościowych, ale codzienna praca, liczby, decyzje i – o zgrozo – odpowiedzialność.
A Nawrocki? On zapowiada, że spełni wszystkie obietnice. Już miał złożyć sześć ustaw 6 sierpnia. Nie złożył. Ponoć „w najbliższych dniach” coś złoży. Może list gratulacyjny do samego siebie. A może projekt ustawy o obowiązkowym optymizmie. Rzecznik prezydenta już mówi, że nie ma narzędzi. A to ciekawe – bo skoro nie ma narzędzi, to czemu rozkręca meblościankę zwaną budżetem?
I NA KONIEC: SKĄD TEN MANDAT?
PiS powtarza jak mantrę, że Karol Nawrocki ma „silny mandat”. Że Trzaskowski dostał czerwoną kartkę. Szkoda tylko, że różnica głosów wyniosła mniej niż 370 tysięcy. Przy ponad 20 milionach oddanych głosów. To trochę tak, jakby wygrać w ruletkę, ale tylko dlatego, że krupier zasnął.
Nie, ten mandat nie jest mocny. To mandat warunkowy. Wystawiony na próbę. Prezydent, który zaczyna kadencję od obietnicy, której nie spełnia w pierwszym dniu, może być prezydentem nadziei. Ale równie dobrze – może być prezydentem zawodu. Tylko jeszcze nie wiemy, czy w znaczeniu emocjonalnym, czy zawodowym.
MORAŁ?
Karol Nawrocki chce być bohaterem. Pytanie tylko: dramatu czy farsy?
Bo Tusk nie musi się bać prezydenta, który rozdaje pieniądze, których nie ma. Tusk już takich widział. I z nimi wygrał. Polska gospodarka nie potrzebuje magii – potrzebuje logiki, stabilności i szacunku dla liczb.
A jeśli nowy prezydent nadal będzie próbował wywracać scenę polityczną i gospodarkę jednocześnie, to może się okazać, że zostanie mu tylko scena. Tyle że nie polityczna – a kabaretowa.

Dodaj komentarz