


Długo zapowiadane, trzygodzinne spotkanie prezydenta Karola „Niepodpiszę” Nawrockiego z ministrami rządu Tuska przypominało spektakl, w którym aktor główny nie zna tekstu, ale bardzo się stara udawać, że to wszystko, to z „głęboka” improwizacja.
Rzecznik Nawrockiego, Rafał Leśkiewicz, pełniący funkcję konferansjera z kabaretu politycznej nieudolności, z powagą godną spowiednika dyktatora, oświadczył, że prezydent „rozważy ponownie” nominacje oficerskie. Cudownie. Rozważy. Może podpisze, może nie, może w piątek, może po herbacie. Może, jeśli ktoś mu powie, co ma zrobić, ale ładnie, z komplementem.
Tymczasem rzetelny jak zegarek z ZUS, Karol Nawrocki znowu udowodnił, że najwyraźniej nie rozumie, że prezydent RP to nie przewodniczący koła gospodyń z Biura Bezpieczeństwa Narodowego. I że nominacje wojskowe to nie konkurs na mistera konstytucji. To sprawa państwa, nie ego.
Po drugiej stronie stołu siedzieli Kosiniak-Kamysz i Tomasz Siemoniak. Ci pierwsi w historii polskiego rządu, którzy na spotkanie z prezydentem przyszli z faktycznymi argumentami, a nie planszami z logiem TV Republika. Wypowiadali się spokojnie, merytorycznie, bez drgawek nerwowych. I co najważniejsze: nie pletli bzdur. Dziękujemy.
Ale najwięcej owacji zebrał rzecz jasna sam prezydent. Od swojego rzecznika, od ludzi ze swojego gabinetu, od ludzi, którzy widzieli kiedyś prezydenta Stanów Zjednoczonych w filmie i uznali, że teraz trzeba udawać, że się ma władzę absolutną. I znowu: groźba, insynuacja, aluzja. Ktoś zdradził tajne akta? Ktoś się uwziął? Ktoś nie sypia spokojnie? Ktoś zdradził prezydenta? To brzmi jak trailer kiepskiego thrillera z wytwórni Telewizji Republika.
Tymczasem przy okazji spotkania padła informacja, że Karol Nawrocki raczej nie podpisze nominacji ambasadorskiej dla Bogdana Klicha. Bo czemu by miał? Świetny dyplomata, były minister obrony, człowiek z klasą? W tej państwowej pantomimie wystarczającym zarzutem jest to, że nie należy do sekty Świętego Andrzeja od Ustawek.
Na drugim biegunie mamy kolejne arcydzieło polskiego wymiaru sprawiedliwości. Posiedzenie sądu w sprawie aresztowania Zbigniewa Ziobry, człowieka, który wcielił w życie zasadę „prawo to ja”, zostało… odroczone. Tym razem z powodu wniosku o wyłączenie sędziego. Następna data: 5 lutego. Gdyby nie to, że chodzi o 26 zarzutów, setki milionów z Funduszu Sprawiedliwości, Pegasusa, azyl na Węgrzech i totalną kompromitację państwa prawa, byłoby to zabawne. A tak to jest tylko żałosne.
Ziobro twierdzi, że wróci do Polski, jak wróci prawo. To wspaniała wiadomość. Już nigdy go nie zobaczymy.
Tak wygląda dzień w kraju, gdzie prezydent udaje monarchę absolutnego, rzecznik udaje poważnego, a Ziobro udaje, że ktokolwiek wierzy w jego niewinność. Na tym tle Siemoniak i Kosiniak wyglądają jak jedyni trzeźwi na weselu konfederackiej rodziny.
Świat się kręci dalej. Polska też. Choć czasem bardziej w miejscu. Jak łódka z urwanym sterem.
Do zobaczenia przy następnym odcinku. Oby nie w prokuraturze.

Dodaj komentarz