PREZES, KTÓRY BYŁ, ALE SIĘ NIE ZORIENTOWAŁ

Warszawa

Zbigniew Kapiński, Pierwszy Prezes Sądu Najwyższego, dokonał właśnie cudu większego niż zamiana wody w wino. Był na posiedzeniu Krajowej Rady Sądownictwa, głosował za wprowadzeniem sprawy do porządku obrad, uczestniczył w dyskusji, milczał podczas głosowania, a następnego dnia ogłosił, że stanowisko KRS przyjął „z zaskoczeniem”. Według rzecznika Rady Kapiński nie tylko znał temat, ale sam poparł jego wprowadzenie do porządku obrad, po czym nie zabrał głosu i nie zagłosował przeciwko uchwale.

Oto nowa szkoła prawa konstytucyjnego: uczestniczyć, nie zauważyć, oburzyć się po fakcie.

Kapiński zachował się jak człowiek, który sam zamówił budowę szamba, obserwował koparkę z tarasu, podpisał odbiór robót, a po tygodniu wybiegł przed dom i zaczął krzyczeć:

— Kto mi tu zrobił dziurę?!

Prezes mógł zabrać głos, ale nie zabrał. Mógł zagłosować przeciw, ale nie zagłosował. Dopiero kiedy uchwała została przyjęta, odkrył w sobie lwa konstytucjonalizmu i napisał oświadczenie.

Najwyraźniej odwaga prawna prezesa potrzebuje do rozwoju ciszy, pustej sali i pewności, że nikt już nie zapyta:

— Panie prezesie, skoro był pan przeciw, to dlaczego siedział pan cicho?

Kapiński jest pierwszym prezesem Sądu Najwyższego, który osiągnął niezawisłość również od własnego zachowania sprzed doby. Wczorajszy Kapiński milczy, dzisiejszy protestuje, a jutrzejszy zapewne wyda uchwałę, że obaj poprzedni działali bez podstawy prawnej.

Spór dotyczy asesorów sądowych, którym Karol Nawrocki wręczył akty mianowania bez kontrasygnaty premiera. KRS uznała, że podpis Donalda Tuska jest konieczny, ponieważ mianowanie asesorów nie znajduje się w konstytucyjnym katalogu prezydenckich prerogatyw. Kapiński powołuje się natomiast na wyrok obecnego Trybunału Konstytucyjnego i twierdzi, że akty były skuteczne od chwili ich doręczenia.

Sprawa jest dość prosta. Konstytucja mówi, że akty urzędowe prezydenta wymagają podpisu premiera, z wyjątkiem dokładnie wymienionych prerogatyw. Mianowania asesorów na tej liście nie ma.

Nie ma. Nie schowało się pod stołem. Nie wypadło podczas drukowania. Nie zostało dopisane atramentem sympatycznym przez Andrzeja Dudę ani Karola Nawrockiego. Po prostu go tam nie ma.

Profesor Marek Chmaj tłumaczy, że obowiązek kontrasygnaty wynika wprost z Konstytucji. Prezes Kapiński odpowiada mniej więcej tak, jakby tłumaczono mu regulamin basenu, a on upierał się, że może wejść do wody w płaszczu, ponieważ w ustawie o guzikach nie ma zakazu pływania.

Dla Kapińskiego Konstytucja nie jest ustawą zasadniczą. Jest kartą dań w restauracji prowadzonej przez obóz PiS.

Jeżeli przepis smakuje Nawrockiemu — podajemy.

Jeżeli wymaga podpisu Tuska — kuchnia nieczynna.

Jeżeli rachunek przynosi KRS — prezes wyraża zaskoczenie, choć sam zamawiał deser.

Kapiński powołuje się oczywiście na wyrok obecnego Trybunału Konstytucyjnego. To rozwiązanie wygodne jak kapcie po Małgorzacie Manowskiej: rozchodzone, miękkie i idealnie dopasowane do poruszania się po konstytucyjnym gruzowisku.

Obecny Trybunał jest dla obozu PiS czymś w rodzaju automatu z napojami. Wrzuca się polityczne zamówienie, naciska odpowiedni przycisk i po chwili wypada orzeczenie. Czasem puszka jest wgnieciona, czasem data ważności budzi niepokój, ale najważniejsze, że na etykiecie widnieje napis: „zgodne z Konstytucją”.

Kapiński jest godnym następcą Manowskiej nie dlatego, że przypomina ją charakterem. Chodzi o funkcję ustrojową. Ma stać na szczycie sądownictwa i zapewniać, że wszystko jest w najlepszym porządku, nawet kiedy podłoga już się zapadła, ściany pękają, a z piwnicy dobiega pytanie, czy ktoś w tym budynku przestrzega jeszcze prawa.

Manowska była konserwatorką systemu stworzonego przez PiS i Ziobrę. Kapiński wygląda na człowieka, który postanowił ten system jeszcze polakierować, aby ładniej błyszczał podczas katastrofy.

Prezydent Nawrocki nie mógł wybrać lepiej. To on powołał Kapińskiego na stanowisko Pierwszego Prezesa Sądu Najwyższego z dniem 27 maja 2026 roku. Potrzebował prezesa niezależnego od rządu, niezależnego od opinii konstytucjonalistów i przede wszystkim niezależnego od własnej pamięci.

Dostał okaz idealny.

Kapiński nie jest bowiem zwykłym sędzią. Jest kombinatorem konstytucyjnym klasy premium. Nie łamie Konstytucji brutalnie, z łomem i kominiarką. Bierze ją pod rękę, prowadzi do bocznego wyjścia, a potem oświadcza, że sama chciała opuścić budynek.

Ma już zresztą odpowiedni dorobek.

Do Sądu Najwyższego trafił w okresie wielkiego pisowskiego meblowania wymiaru sprawiedliwości. Został prezesem Izby Karnej. Pojawiał się w sporach dotyczących Mariusza Kamińskiego, statusu sędziów powołanych w wadliwych procedurach oraz sposobu rozpoznawania wniosków o wyłączenie sędziego.

Prokuratura Krajowa wszczęła śledztwo dotyczące podejrzenia przekroczenia przez niego uprawnień przy wydawaniu w latach 2024–2026 zarządzeń związanych z wnioskami o wyłączenie sędziów. Do Izby Odpowiedzialności Zawodowej skierowano także sprawę dyscyplinarną związaną z postępowaniem dotyczącym mandatów Mariusza Kamińskiego i Macieja Wąsika. Kapiński uważa te działania za skoordynowany atak polityczny. Są to postępowania, nie wyroki, ale jak na człowieka mającego stać na straży prawa — towarzystwo wokół jego togowej biografii jest dość tłoczne.

Jak na strażnika porządku prawnego Kapiński zostawia więc za sobą ślad przypominający drogę ciężarówki przewożącej otwarte beczki z olejem.

Najwyraźniej ma własną teorię niezależności sądów. Sąd jest niezależny wtedy, gdy obywatel nie może zapytać, czy sędzia został prawidłowo powołany. Prezes jest niezależny wtedy, gdy może zdecydować, które wątpliwości zostaną rozpoznane. Konstytucja jest niezależna wtedy, gdy nie przeszkadza prezydentowi.

To wymiar sprawiedliwości urządzony jak prywatne sanatorium. Prosimy się nie denerwować. Prosimy nie zadawać pytań. Prosimy nie kwestionować składu.

W razie wątpliwości prezes wystawi zaświadczenie, że wątpliwości nie stwierdzono.

Szczególnie wymowne jest jednak to, że obecna Krajowa Rada Sądownictwa została wybrana przez Sejm głosami demokratycznej większości. Piętnastu sędziowskich członków Rady wybrano 15 maja 2026 roku po procedurze, w której znaczną część kandydatów wskazały i poparły środowiska sędziowskie. W składzie znaleźli się również kandydaci zgłoszeni przez kluby opozycyjne, ponieważ procedura wymagała uwzględnienia przedstawiciela każdego klubu. Nie jest to więc dawna neo-KRS, wypieczona w politycznej kuchni PiS, pachnąca Ziobrą i zawinięta w partyjny papier.

Jeżeli taka Rada mówi Nawrockiemu i Kapińskiemu: „Panowie, kontrasygnata jest potrzebna”, nie jest to wojna Tuska z Pałacem Prezydenckim. To konstytucyjny organ przypomina dwóm panom o wyjątkowo twórczym stosunku do prawa, że ustawa zasadnicza nie jest książeczką życzeń ani serwetką, na której prezydent może podczas śniadania dopisywać sobie nowe prerogatywy.

Gdy demokratycznie wybrana KRS mówi: „panowie, bez przesady”, oznacza to, że przesada dawno opuściła salę obrad, przekroczyła granicę państwa i jedzie bez biletu w stronę Białorusi.

Kapiński jednak nie ustępuje. Woli przedstawić Radę jako źródło problemu, ponieważ łatwiej oskarżyć KRS o nieuczciwość, niż przyznać, że Karol Nawrocki wręczył asesorom akty mianowania z brakującym podpisem.

To trochę tak, jakby sprzedawca przekazał klientowi samochód bez silnika, a następnie nazwał mechanika sabotażystą, gdy ten odmówił podbicia przeglądu.

Prezes Sądu Najwyższego staje więc w obronie asesorów przed bałaganem, który stworzył jego własny obóz polityczny. Najpierw Pałac Prezydencki wręcza dokumenty o spornej skuteczności, następnie Kapiński błogosławi operację, KRS ostrzega przed konsekwencjami, a winna okazuje się KRS.

Prezes mówi, że stanowisko Rady jest „rażąco nieuczciwe”.

Rażąco nieuczciwe było raczej wręczanie młodym prawnikom aktów, których skuteczność od początku budziła zasadnicze wątpliwości. Ale w obozie Nawrockiego i PiS odpowiedzialność działa odwrotnie niż grawitacja.

Zawsze spada do góry.

Prezydent coś robi bez wymaganej kontrasygnaty. Kapiński to pochwala. KRS ostrzega i winna okazuje się KRS.

To metoda znana ze szkoły Ziobry: najpierw podpalić wymiar sprawiedliwości, a następnie oskarżyć strażaków, że podczas gaszenia zamoczyli Konstytucję.

Pierwszy Prezes Sądu Najwyższego powinien być człowiekiem, który widzi dalej niż polityczny interes Pałacu Prezydenckiego. Kapiński widzi natomiast dokładnie tyle, ile trzeba, aby nie zauważyć Konstytucji leżącej przed nim na stole.

To nie jest ślepota. To starannie dobrana perspektywa.

Zbigniew Kapiński jest więc rzeczywiście znakomitym następcą Małgorzaty Manowskiej. System został utrwalony, dekoracje odkurzone, a aktor wymieniony bez zmiany repertuaru.

Zmienił się prezes. Nie zmienił się sufler. Nadal siedzi w Pałacu Prezydenckim, a Konstytucja nadal występuje w roli statystki, której wolno wejść na scenę tylko wtedy, gdy nie przeszkadza głównym bohaterom.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights