
Polska prawica pękła z takim wdziękiem, z jakim pęka reklamówka wypchana słoikami: nagle, głośno i dokładnie na środku chodnika. Z jednej strony został Jarosław Kaczyński, z drugiej Mateusz Morawiecki, obok stoją dwie Konfederacje, każda przekonana, że tylko ona jest tą prawdziwą, a nad tym wszystkim unosi się Karol Nawrocki — spokojny, skupiony i całkowicie niezainteresowany. Tak bardzo niezainteresowany, że już prawdopodobnie zamówił sobie koronę z napisem: „Prezydent wszystkich Polaków, a przy okazji kierownik prawicy”.
Nawrocki zapewnia, że rozłam w PiS go nie dotyczy. Jest przecież prezydentem całej Rzeczypospolitej, a nie terapeutą małżeńskim Kaczyńskiego i Morawieckiego. To piękne stanowisko. Przypomina człowieka stojącego przed płonącym domem, który mówi, że nie zamierza mieszać się w sprawy rodzinne, ale na wszelki wypadek pyta strażaków, czy działka po pożarze będzie na sprzedaż.
Prezydent zachowuje dystans. Dystans mniej więcej taki, jaki kot zachowuje wobec talerza z szynką. Siedzi odwrócony, patrzy w okno, udaje filozofa, lecz ogonem już mierzy odległość do stołu.
I trudno mu się dziwić. Prawica urządziła właśnie konkurs na przyszłego wodza, a Nawrocki ma w nim przewagę zasadniczą: jako jedyny nie musi jeszcze krzyczeć, że nim jest. Wystarczy, że milczy z odpowiednio państwową miną. Kaczyński słabnie, Morawiecki się wyprowadza, Bosak negocjuje, Mentzen liczy, Braun podejrzewa spisek, a Nawrocki stoi pośrodku jak właściciel domu weselnego, do którego przyjechało pięć skłóconych rodzin, każda z własnym księdzem, orkiestrą i kandydatem do pierwszego tańca.
Mateusz Morawiecki założył klub Rozwój Plus. Nazwa brzmi jak abonament telefoniczny dla ludzi, którzy wykorzystali już limit cierpliwości w PiS. W pakiecie: czterdziestu posłów, jeden senator, nielimitowane ambicje i bezpłatne rozmowy o przyszłym premierostwie.
Najbardziej wzruszające jest to, że ludzie Morawieckiego wyszli z klubu PiS, ale część nadal może pozostawać w partii. Oto polityczny rozwód po polsku: mąż wyprowadził meble, psa, telewizor i czterdziestu krewnych, lecz wciąż zapewnia, że małżeństwo trwa, bo nie oddał legitymacji do biblioteki.
Morawiecki mówi o strategii dwóch płuc. Jedno ma oddychać tradycyjnym elektoratem PiS, drugie przedsiębiorcami, młodymi i centroprawicą. Brzmi medycznie, nowocześnie i groźnie. Zwłaszcza że przez lata PiS oddychał głównie jednym płucem, drugim wygłaszał konferencje prasowe, a tlen dostarczała Telewizja Polska.
Rozwój Plus ma być świeży, umiarkowany i gospodarczy. Jest tylko jeden drobiazg: jego twórca przez sześć lat był premierem PiS. To trochę tak, jakby kapitan Titanica po zderzeniu z górą lodową otworzył firmę doradczą pod nazwą „Bezpieczna Żegluga Plus” i zaczął pouczać innych, jak omijać przeszkody.
Jarosław Kaczyński oczywiście zarządził lojalność. W PiS lojalność jest bowiem najwyższą cnotą, zaraz po lojalności i jeszcze większej lojalności. Parlamentarzyści mieli podpisywać deklaracje, że nie należą do konkurencyjnych stowarzyszeń. Kto nie podpisał, ten został skierowany do rzecznika dyscypliny. Prawica, która od lat walczy z biurokracją, stworzyła urząd do kontroli nielegalnego przewozu ambicji.
Proszę wyjąć z kieszeni stowarzyszenie. Czy kontaktował się pan z Mateuszem Morawieckim? Czy posiada pan przy sobie więcej niż dozwoloną ilość samodzielnego myślenia? Czy zamierza pan przekroczyć granicę klubu parlamentarnego?
W tym zamieszaniu Marcin Horała nazwał PiS „Konfederacją z Temu”. Trudno o trafniejszy opis. Na zdjęciu produkt wygląda okazale: suwerenność, patriotyzm, groźne miny, walka z Brukselą i obowiązkowy orzeł. Po rozpakowaniu okazuje się, że materiał jest cienki, szwy puszczają, a zamiast programu gospodarczego przysłano przemówienie Przemysława Czarnka w rozmiarze XXL.
PiS biegnie do prawej ściany, gdzie już tłoczą się dwie Konfederacje. Pierwsza, Bosaka i Mentzena, sprzedaje bunt w garniturze, z kalkulatorem, piwem i wykładem o podatkach dla ludzi, którzy jeszcze mieszkają z rodzicami. Druga, Brauna, oferuje bunt w płaszczu, z gaśnicą i miną człowieka, który właśnie znalazł masoński symbol na opakowaniu serka homogenizowanego.
PiS chce być trzecią Konfederacją, tylko większą, starszą i z własną kolejką do lekarza. To strategia restauracji, która traci klientów na rzecz budki z kebabem, więc wprowadza do menu kebab patriotyczny, sos suwerennościowy i frytki przeciwko Zielonemu Ładowi.
A Nawrocki patrzy. Patrzy spokojnie, godnie, prezydencko. Nie miesza się. Nie komentuje. Nie angażuje. Po prostu z każdym dniem staje się naturalnym liderem całego obozu, choć oczywiście niczego takiego nie planuje. To polityczny odpowiednik człowieka, który wchodzi do jubilera tylko zapytać o godzinę, po czym wychodzi z sygnetem, berłem i fakturą za koronę.
Prezydent ma dziś wymarzoną sytuację. Kaczyński może mu przekazać starszy elektorat. Morawiecki — umiarkowanych. Bosak — eleganckich narodowców. Mentzen — internetowych księgowych. Braun — ludzi, którzy uważają, że Unia Europejska steruje pogodą. Nawrocki próbuje zebrać ich wszystkich pod jednym dachem, co przypomina budowanie arki Noego, tylko że każde zwierzę chce być kapitanem, a połowa podejrzewa potop o lewicowe inspiracje.
Mówi się o prawicowym Pakcie Senackim pod patronatem prezydenta. Pomysł jest piękny. Trzeba tylko posadzić przy jednym stole Kaczyńskiego, Morawieckiego, Bosaka, Mentzena i Brauna, a następnie przekonać każdego, że dostał miejsce na czele.
Kaczyński zażąda lojalności. Morawiecki rozwoju. Mentzen niższych podatków. Bosak dobrej kompozycji stołu. Braun sprawdzi, czy krzesła nie są finansowane przez globalistów, a Nawrocki usiądzie pośrodku i oświadczy, że jako prezydent wszystkich Polaków nie zajmuje się ustalaniem miejsc. Po czym przesunie swój fotel o pół metra wyżej.
Prezydencka ambicja jest dziś zjawiskiem niezwykle subtelnym. Nie maszeruje w orkiestrze, nie niesie transparentu, nie krzyczy. Ona kroczy w miękkich kapciach po Pałacu Prezydenckim, zagląda do sondaży i szepcze: „2030”, bo cały ten dystans Nawrockiego ma jeden bardzo konkretny kierunek. Prezydent nie chce zostać rozjemcą prawicy. Rozjemca może przegrać. Mediator może ponieść koszty. Patron nieudanego paktu może dostać politycznej czkawki.
Nawrocki woli być spadkobiercą. Nie zamierza gasić pożaru w PiS. Poczeka, aż wszyscy wyniosą się z płonącego budynku, pokłócą o wiadro i nawzajem oskarżą o podpalenie. Potem wejdzie na pogorzelisko, rozejrzy się państwowym wzrokiem i ogłosi budowę nowego gmachu pod patronatem prezydenta Rzeczypospolitej.
Najlepiej w Juracie, bo właśnie tam Nawrocki chce spotkać się z młodymi. I słusznie. Gdzie bowiem lepiej rozmawiać o problemach młodego pokolenia, cenach mieszkań i wykluczeniu komunikacyjnym niż w prezydenckim ośrodku nad Bałtykiem, pośród sosen, ochrony i limuzyn? Młodzież natychmiast poczuje, że władza rozumie jej codzienność, zwłaszcza gdy strażnik poprosi ją o okazanie przepustki.
Donald Tusk może tymczasem spokojnie parzyć kawę. Prawica robi za niego całą robotę. Morawiecki odbiera głosy PiS, Konfederacje podgryzają się nawzajem, Kaczyński wystawia mandaty za nielojalne parkowanie, a Nawrocki zbiera fragmenty obozu do przyszłej kolekcji.
Prawica nie prowadzi dziś sporu o państwo, zdrowie, szkoły, mieszkania czy demografię. Prowadzi wielką debatę o tym, kto ma być wodzem. Program jest dodatkiem, jak pietruszka na półmisku. Najważniejsze jest krzesło.
Morawiecki chce dowieść, że bez niego PiS zestarzeje się szybciej niż jego elektorat.
Kaczyński chce udowodnić, że bez niego Morawiecki jest tylko prezentacją PowerPoint z własnym klubem.
Konfederacje chcą pokazać, że PiS jest za mało prawicowy.
Nawrocki chce przekonać wszystkich, że nie chce niczego.
I właśnie dlatego chce wszystkiego.
Stoi z boku.
Coraz bliżej środka.

Dodaj komentarz