
Jest w tym coś niezwykle zabawnego, że żyjemy w epoce wolności większej niż kiedykolwiek wcześniej, a jednocześnie coraz częściej musimy tłumaczyć się z rzeczy, które jeszcze niedawno nikogo nie obchodziły. Człowiek może dziś rozmawiać przez telefon z Australią, zamówić obiad z drugiego końca miasta, obejrzeć film nakręcony w Korei i wysłać zdjęcie kota do znajomego w Kanadzie w czasie krótszym niż potrzebnym kiedyś na zagotowanie czajnika. A mimo to coraz częściej odnosi wrażenie, że kiedy chce zwyczajnie wypłacić własne pieniądze, staje się postacią podejrzaną.
Jeszcze niedawno wyglądało to prosto. Szło się do bankomatu, naciskało kilka przycisków, maszyna oddawała człowiekowi jego własne pieniądze i wszyscy rozchodzili się w zgodzie. Bank był szczęśliwy, klient był szczęśliwy, a bankomat wykonywał swoje obowiązki z godnością urzędnika pocztowego z lat siedemdziesiątych.
Dzisiaj ta sama operacja zaczyna przypominać próbę wydobycia skarbu z królewskiego lochu. Najpierw dowiadujemy się, że dla naszego dobra pojawiają się kolejne limity. Potem słyszymy, że chodzi o bezpieczeństwo. Następnie o wygodę. Potem o nowoczesność. Jeszcze później o walkę z przestępczością, terroryzmem, praniem pieniędzy i zapewne także z plagą szarańczy oraz niesprzyjającymi układami gwiazd.
Nikt oczywiście nie mówi wprost, że gotówka przeszkadza. To byłoby nieeleganckie.
Współczesna cywilizacja nie odbiera ludziom rzeczy brutalnie. Ona robi to delikatnie. Z uśmiechem. Z prezentacją w PowerPoincie. Z ekspertami siedzącymi w telewizji i tłumaczącymi, że wszystko odbywa się dla naszego komfortu. To trochę tak, jakby ktoś codziennie wynosił po jednej desce z mostu, a jednocześnie przekonywał przechodniów, że most staje się dzięki temu bardziej innowacyjny.
Ostatnio okazało się na przykład, że w części bankomatów jednorazowa wypłata gotówki przy pomocy BLIK-a została ograniczona do dwustu złotych. Dwustu. To kwota, która jeszcze kilka lat temu wystarczała na solidne zakupy, a dziś pozwala głównie spojrzeć na paragon z takim samym zdumieniem, z jakim średniowieczny chłop oglądałby rachunek za serwis samochodu.
Jeżeli więc ktoś chce wypłacić większą sumę, może to zrobić. Oczywiście. Nikt mu nie zabrania. Wystarczy powtarzać operację tyle razy, aż osiągnie cel. To rozwiązanie przypomina trochę sytuację człowieka, któremu pozwolono przewieźć tonę piasku przy pomocy łyżeczki do herbaty. Formalnie wszystko jest możliwe. W praktyce człowiek zaczyna podejrzewać, że ktoś robi sobie z niego żarty.
Najzabawniejsze jest jednak to, że jednocześnie trwa wielka kampania wychowawcza. Z każdej strony słyszymy, że gotówka należy do przeszłości. Że przyszłość jest cyfrowa. Że wszystko powinno odbywać się elektronicznie. Że płatność telefonem jest szybsza, wygodniejsza i nowocześniejsza.
I rzeczywiście jest. Do momentu, kiedy nie ma internetu. Albo prądu. Albo awarii systemu. Albo błędu aplikacji. Albo bank uzna, że właśnie wykrył podejrzaną aktywność, ponieważ kupiłeś dwa kebaby w odstępie piętnastu minut.
Wtedy okazuje się, że całe to technologiczne imperium przypomina bardzo nowoczesny pałac zbudowany na jednej przedłużce. Wystarczy ją wyjąć z kontaktu i nagle człowiek nie może kupić nawet bułki.
Gotówka ma natomiast jedną straszliwą wadę. Jest banalnie prosta. Nie potrzebuje aktualizacji. Nie wymaga hasła. Nie wysyła kodów SMS. Nie informuje o zmianie regulaminu liczącego czterdzieści stron. Nie prosi o zaakceptowanie plików cookies. Nie wyświetla komunikatu, że poprawa jakości usług jest dla niej priorytetem.
Banknot zachowuje się wręcz bezczelnie. Po prostu działa. I właśnie dlatego coraz bardziej przeszkadza. Współczesny świat kocha rzeczy skomplikowane. Kocha procedury, identyfikacje, autoryzacje, potwierdzenia, zgody i regulaminy. Uwielbia zostawiać ślady. Zbierać dane. Analizować zachowania. Tworzyć profile. Przewidywać decyzje.
Gotówka jest pod tym względem jak stary kot mieszkający na wsi. Chodzi własnymi drogami i nie zamierza się nikomu tłumaczyć. Być może właśnie dlatego budzi taki niepokój.
Patrzę czasem na ten marsz ku bezgotówkowej przyszłości i przypomina mi się stary dowcip o człowieku, który dla wygody kupił sobie więcej urządzeń. Po kilku latach miał inteligentny dom, inteligentny telefon, inteligentny telewizor, inteligentny samochód i inteligentną lodówkę. Jedyną istotą pozbawioną inteligencji okazał się właściciel, który nie wiedział już nawet, gdzie znajdują się wyłączniki.
Mam nieodparte wrażenie, że z pieniędzmi może być podobnie. Pewnego dnia obudzimy się w świecie absolutnie nowoczesnym, perfekcyjnie cyfrowym i niewiarygodnie wygodnym. Świecie pełnym aplikacji, kodów, identyfikatorów, biometrii i elektronicznych portfeli, a wtedy wnuk zapyta dziadka:
– Dziadku, podobno kiedyś ludzie nosili przy sobie gotówkę?
Dziadek westchnie, spojrzy przez okno i odpowie z melancholią człowieka wspominającego dawno utraconą cywilizację:
– Tak. I wyobraź sobie, że działała nawet wtedy, kiedy padł internet.
Wnuk nie uwierzy.
Tak samo jak my nie wierzymy dziś opowieściom o świecie, w którym człowiek posiadał własne pieniądze i nikt nie pytał go, dlaczego chce je wypłacić.

Dodaj komentarz