


Poniedziałek zaczyna się powoli, jakby kraj przeciągał się w łóżku po źle przespanej nocy, w której śniły mu się własne kłótnie. Na stole stygnie kawa, która smakuje jak kompromis – niby gorąca, ale bez energii, bez przekonania, bez wiary, że coś jeszcze można naprawić. Za oknem wiosna próbuje wejść do środka, lecz zatrzymuje się na progu jak gość, który nie jest pewien, czy trafił pod właściwy adres.
I wtedy pojawia się liczba. Czterdzieści sześć procent. Nie krzyczy, nie wali w stół, nie ma w sobie patosu. Stoi spokojnie jak rachunek po kolacji, której nikt nie pamięta, a wszyscy muszą zapłacić.
Czterdzieści sześć procent Polaków mówi: największym zagrożeniem dla Polski jesteśmy my sami. Nasz spór. Nasza polaryzacja. Nasza niezdolność do rozmowy, która przypomina dziś bardziej wymianę ognia niż wymianę myśli.
To jest moment, w którym człowiek powinien się zatrzymać. Wziąć oddech. Spojrzeć na siebie jak na sąsiada, którego się nie lubi, ale musi się z nim żyć ściana w ścianę. Ale my nie jesteśmy narodem zatrzymywania się. My jesteśmy narodem przyspieszania konfliktu.
Po jednej stronie stoi Jarosław Kaczyński, człowiek, który przez lata nauczył się traktować politykę jak grę o wszystko, gdzie przeciwnik nie jest partnerem, tylko przeszkodą do usunięcia. Jego świat jest prosty, jak instrukcja obsługi młotka: uderz, zanim ktoś uderzy ciebie. Nie ma tam miejsca na półcienie, bo półcień to już podejrzenie zdrady.
Po drugiej stronie stoi Donald Tusk, który próbuje zszyć kraj po latach rozrywania go jak starego swetra. Problem polega na tym, że szyje w trakcie burzy, a igła co chwilę wypada z ręki, bo ktoś obok krzyczy, że nici są niemieckie, a materiał niepolski.
Między nimi stoi reszta kraju. Rozciągnięta jak płótno, na którym każdy maluje swoją wersję Polski, a potem dziwi się, że obraz nie pasuje do ramy.
Sondaż CBOS mówi jasno: ludzie mają dość. Mają dość krzyku, który zastąpił argumenty. Mają dość emocji, które zastąpiły fakty. Mają dość tego, że każda rozmowa kończy się jak mecz bez sędziego, gdzie każdy ogłasza się zwycięzcą. Ale jednocześnie – i to jest ten moment naprawdę ironiczny – ci sami ludzie codziennie dokładają drewna do tego ognia. Klikają. Udostępniają. Oburzają się. Przytakują swoim. Wykluczają innych. To trochę tak, jakby ktoś narzekał na smog, stojąc przy piecu i dokładając do niego kolejną łopatę węgla.
A świat nie czeka.
Donald Trump, który traktuje geopolitykę jak biznesowy deal na polu golfowym, pozwala rosyjskiej ropie płynąć na Kubę, bo „ludzie muszą jakoś żyć”. W tym jednym zdaniu mieści się cała filozofia polityczna napisana na odwrocie rachunku z restauracji: trochę cynizmu, trochę ignorancji i dużo przekonania, że wszystko można załatwić jednym ruchem ręki.
Ten sam Trump rozważa przejęcie irańskiej ropy, jakby świat był planszą, na której można przestawiać pionki, nie zastanawiając się, czy ktoś przypadkiem nie przewróci stołu.
W tym samym czasie Karol Nawrocki jedzie do Dallas i próbuje tłumaczyć ruchowi MAGA, że Rosja to nie jest romantyczny konserwatyzm, tylko brutalna przemoc w eleganckim opakowaniu. Mówi to spokojnie, mówi to wyraźnie, mówi to w miejscu, gdzie część słuchaczy wolałaby tego nie słyszeć.
Dostaje oklaski. Krótkie. Niepewne. Jakby ktoś klaskał, ale jednocześnie sprawdzał, czy to na pewno bezpieczne.
Kilka dni wcześniej ten sam Nawrocki rozmawiał z Viktorem Orbánem, człowiekiem, który z Putinem rozumie się lepiej niż z mapą Europy. I nagle okazuje się, że polityka zagraniczna przypomina taniec na cienkim lodzie, gdzie każdy krok jest jednocześnie deklaracją i zaprzeczeniem.
A gdzieś dalej, nad Bałtykiem, ukraińskie drony rozbierają rosyjską gospodarkę na części jak mechanik starego Fiata 126p. Porty płoną, eksport staje, miliardy wyciekają szybciej niż ropa z uszkodzonego zbiornika. I nagle widać, że wojna nie jest abstrakcją, tylko konkretem, który ma zapach dymu i temperaturę ognia.
I w tym wszystkim Polska stoi i się kłóci. O historię, którą każdy pamięta inaczej. O przyszłość, której nikt nie potrafi sobie wyobrazić wspólnie. O instytucje, które zamiast być fundamentem, stały się łupem. O Kościół, który jednego dnia powołuje się na Jana Pawła II, a drugiego dnia zapomina, co właściwie powiedział, jeśli nie pasuje to do aktualnej wojny. Bo nagle okazuje się, że nawet wiara stała się narzędziem. Że można ją wyjąć z kieszeni jak argument i użyć przeciwko komuś, kto myśli inaczej.
I wtedy wszystko zaczyna przypominać teatr, w którym aktorzy zapomnieli, że grają dla publiczności, a zaczęli grać przeciwko sobie. Najbardziej niezwykłe w tym wszystkim jest to, że wszyscy widzą problem. Sondaż to pokazuje. Eksperci to mówią. Ludzie to czują. A jednak nikt nie potrafi zrobić tego jednego kroku w tył. Bo ten krok w tył wygląda jak przegrana. A w Polsce przegrana jest grzechem większym niż błąd.
Więc stoimy. Naprzeciw siebie. Z przekonaniem, że bronimy racji. Z pewnością, że to druga strona jest problemem. Z energią, która mogłaby zbudować państwo, ale jest zużywana na to, żeby je sobie nawzajem tłumaczyć.
I tylko ten poniedziałek stoi z boku i patrzy. Cichy. Zwyczajny. Trochę zmęczony. Jakby wiedział coś, czego my jeszcze nie chcemy przyjąć do wiadomości.
Bo prawda jest taka, że kraj nie rozpada się wtedy, gdy ma wrogów. Kraj zaczyna się rozpadać wtedy, gdy jego obywatele bardziej chcą mieć rację niż mieć wspólny dom.
I to jest ten moment, w którym nawet najbardziej optymistyczny felietonista przestaje żartować. Bo można się śmiać z polityków. Można się śmiać z ich słów, gestów i absurdów. Ale trudno się śmiać z lustra. Zwłaszcza wtedy, gdy pokazuje coś, czego naprawdę nie chcemy zobaczyć.
Bo można jeszcze długo udawać, że winni są wszyscy inni, ale prawda jest brutalnie prosta: Polska nie jest dziś krajem podzielonym – Polska jest krajem, który nauczył się żyć z własnym podziałem tak dobrze, że zaczyna go uważać za swoją największą cnotę.

Dodaj komentarz