PONIEDZIAŁEK PO POLSKU: PKB ROŚNIE, INFLACJA WRACA, A PROKURATURA CZYTA KOLEJNE NAZWISKA

Warszawa

Rano była jeszcze 46. rocznica Porozumień Sierpniowych, Wałęsa, Solidarność, uroczystości, przemówienia i tradycyjne zapewnienia, że dialog, odpowiedzialność i wspólnota są dla nas wartościami podstawowymi. Pisałem już o tym rano, więc nie ma sensu drugi raz omawiać tych samych deklaracji. Wystarczy zauważyć, że rocznice Porozumień Sierpniowych mają w Polsce pewną cechę szczególną: wszyscy przez kilka godzin mówią o wartości porozumienia, po czym bardzo szybko wracają do polityki prowadzonej dokładnie tak, jakby porozumienie było czymś podejrzanym.

Można oczywiście wzruszać się wspomnieniem czasu, kiedy przy jednym stole znajdowali się robotnicy, intelektualiści, katolicy, ludzie lewicy, konserwatyści i osoby, które nie potrzebowały żadnej etykiety. Dziś podobne spotkanie nie zostałoby uznane za sukces dialogu, lecz za polityczne zagrożenie. Każdy uczestnik musiałby najpierw ustalić, kto na tym zyska, kto straci, kto kogo zdradził i jak sprawę przedstawić w mediach społecznościowych. Na tym polega postęp polityczny ostatnich kilkudziesięciu lat.

Po południu pojawiły się już informacje znacznie bardziej współczesne.

COLLEGIUM HUMANUM, CZYLI STUDIA DLA LUDZI BARDZO ZAJĘTYCH

Wiadomością dnia została kolejna odsłona sprawy Collegium Humanum. Trudno wskazać drugą instytucję edukacyjną, która tak skutecznie zgromadziła wokół siebie przedstawicieli różnych środowisk politycznych. W czasach, kiedy niemal każda sprawa dzieli Polaków na dwa albo trzy obozy, Collegium Humanum potrafiło zainteresować ludzi związanych z PiS, Koalicją Obywatelską, PSL, Polską 2050 oraz administracją państwową i samorządową.

Można więc powiedzieć, że przynajmniej w jednej dziedzinie udało się osiągnąć ponadpartyjną zgodę. Tą dziedziną okazały się kwalifikacje potrzebne do pełnienia ważnych funkcji.

Prokuratura chce uchylenia immunitetów kilku parlamentarzystów i europosła w związku z kolejnymi wątkami śledztwa dotyczącego uczelni. Trzeba oczywiście powtarzać, że samo pojawienie się nazwiska we wniosku prokuratury nie oznacza winy. Każda z tych spraw ma własny stan faktyczny, a odpowiedzialność karna nie powinna być ustalana ani przez media, ani przez felietonistę. To jednak nie przeszkadza zauważyć, że Collegium Humanum stało się jednym z bardziej trwałych elementów opowieści o polskich kadrach publicznych.

Przez lata MBA uchodziło za potwierdzenie kompetencji menedżerskich i otwierało drogę do rad nadzorczych oraz stanowisk, na których znajomość zarządzania miała być szczególnie przydatna. Problem pojawił się wtedy, gdy okazało się, że w części przypadków proces zdobywania tych kwalifikacji był zadziwiająco sprawny. Zwykły student musi chodzić na zajęcia, zdawać egzaminy, przygotowywać prace i poświęcić na to sporo czasu. Człowiek aktywny politycznie ma znacznie więcej obowiązków, więc najwyraźniej system edukacyjny postanowił uwzględnić jego szczególne potrzeby.

Nie trzeba być przesadnie złośliwym, żeby zauważyć absurd tej sytuacji. Państwo wymaga od zwykłego obywatela zaświadczeń, certyfikatów, punktów, egzaminów, terminów, obecności i dokumentów. Im wyższe stanowisko człowiek zajmuje, tym częściej okazuje się natomiast, że najważniejsza jest skuteczność organizacyjna.

W dawnych czasach kupowało się różne dowody społecznej pozycji. W III RP bardzo cenione okazały się dyplomy, które pozwalały wyglądać kompetentnie również wtedy, gdy późniejsze postępowania prokuratorskie nakazywały przyjrzeć się dokładnie sposobowi ich uzyskania. Nie jest to może najwybitniejsze osiągnięcie polskiej edukacji, ale z całą pewnością jedno z najlepiej udokumentowanych.

PAŃSTWO POLSKIE DZIAŁA. PROBLEM ZACZYNA SIĘ PRZY SYTUACJI KRYZYSOWEJ

Jeszcze poważniejszy jest raport NIK dotyczący powodzi z 2024 roku. Tutaj nie chodzi już o dyplomy, ambicje polityków ani rady nadzorcze. Chodzi o podstawowy obowiązek państwa, czyli sprawne działanie w sytuacji zagrożenia życia, zdrowia i mienia obywateli.

Z ustaleń NIK wynika, że problemy występowały na wielu szczeblach. Zawodziły alerty, łączność, przekazywanie informacji, procedury i reakcje części administracji. Informacje o zagrożeniu istniały, ale nie zawsze docierały tam, gdzie powinny, albo nie powodowały działań podejmowanych odpowiednio wcześnie.

To szczególny rodzaj polskiej administracyjnej porażki. Nie polega ona zazwyczaj na tym, że nikt niczego nie wiedział. Przeciwnie. Wiedzieli meteorolodzy, wiedzieli urzędnicy, istniały prognozy, procedury i struktury odpowiedzialne za reagowanie. Problem polegał na tym, że wszystkie te elementy nie zadziałały razem wystarczająco dobrze.

Później oczywiście rozpoczyna się etap znacznie bardziej uporządkowany. Powstaje raport. Raport wskazuje nieprawidłowości. Pojawiają się zalecenia. Zalecenia analizują kolejne zespoły. Właściwe instytucje informują, że wyciągną wnioski. Obywatel może więc odnieść wrażenie, że najsprawniejszą fazą zarządzania kryzysowego jest ta, która następuje po kryzysie.

NIK używa określenia „systemowy charakter nieprawidłowości”. To język odpowiednio oficjalny i zgodny z urzędowym standardem. W normalnej rozmowie można powiedzieć po prostu, że państwo w wielu miejscach nie wykonało swoich obowiązków tak, jak powinno.

Warto o tym pamiętać, bo katastrofy naturalne nie interesują się tym, kto aktualnie rządzi, kto był wojewodą, kto jest ministrem i która partia ma lepsze sondaże. Woda nie ogląda konferencji prasowych i nie czyta partyjnych oświadczeń. Obywatela interesuje natomiast, czy dostanie ostrzeżenie na czas i czy ktoś podejmie decyzję wtedy, kiedy jest ona potrzebna. Reszta jest politycznym komentarzem sporządzanym po fakcie.

GOSPODARKA ROŚNIE, A CENY PRZYPOMINAJĄ, ŻE TO NIE JEST TA SAMA INFORMACJA

Po raporcie NIK można było przejść do gospodarki, gdzie wiadomości są znacznie przyjemniejsze, przynajmniej do momentu, kiedy zaczynamy czytać je wszystkie.

GUS podał, że polski PKB zwiększył się w drugim kwartale o 3,9 procent rok do roku. To naprawdę dobry wynik. Polska gospodarka rozwija się szybciej niż gospodarki wielu państw europejskich, a nominalny PKB przekroczył 4 biliony złotych. Można więc z pełnym przekonaniem powiedzieć, że kraj jako całość jest bogatszy.

Obywatel ma oczywiście prawo zapytać, kiedy odczuje to w sposób równie jednoznaczny. To pytanie jest mniej wygodne, ponieważ wzrost PKB nie oznacza automatycznie, że każdy ma więcej pieniędzy, niższe rachunki i większą zdolność do oszczędzania. Statystyka makroekonomiczna i domowy budżet opisują tę samą gospodarkę, ale nie zawsze dają człowiekowi podobne wnioski.

Dodatkową komplikacją okazała się inflacja. W sierpniu wyniosła 3,4 procent, czyli więcej, niż oczekiwała większość ekonomistów. Szczególne znaczenie miały ceny paliw. Dla przeciętnego człowieka jest to informacja znacznie łatwiejsza do zrozumienia niż wzrost PKB, ponieważ cenę paliwa widzi kilka razy w tygodniu.

Ekonomiści mają oczywiście uzasadnienia, prognozy i modele. Na tym polega ich praca. Najpierw przewidują przyszłość na podstawie dostępnych danych, potem pojawiają się nowe dane i trzeba wyjaśnić, dlaczego rzeczywistość okazała się inna. Nie ma w tym nic nadzwyczajnego, dopóki pamiętamy, że prognoza ekonomiczna jest prognozą, a nie komunikatem z przyszłości.

Ciekawie wyglądają także dane o cenach żywności. W części kategorii dynamika osłabła, niektóre produkty były tańsze, a statystyczny obraz sytuacji nie zawsze odpowiada temu, co ludzie mówią po wyjściu ze sklepu. Spór obywatela z GUS-em jest jednak nierówny. Obywatel ma paragon z jednego sklepu, a GUS ma metodologię, tysiące danych i cały urząd. Obywatel może więc co najwyżej pozostać przy swoim przekonaniu, że jego własny rachunek nadal jest zbyt wysoki.

GLAPIŃSKI I DOMAŃSKI RAZEM NA SPOTKANIU G20

W tym samym czasie do Stanów Zjednoczonych pojechali minister finansów Andrzej Domański oraz prezes NBP Adam Glapiński, żeby uczestniczyć w spotkaniu G20. Polska zabiega o trwałe miejsce w tym gronie i trudno mieć do tego zastrzeżenia. Jeżeli jesteśmy dużą europejską gospodarką i chcemy uczestniczyć w podejmowaniu decyzji dotyczących światowych finansów, obecność przy takim stole jest po prostu w naszym interesie.

Interesujący jest również sam skład polskiej reprezentacji. Minister finansów obecnego rządu oraz prezes NBP należą do instytucji, między którymi w ostatnich latach nie brakowało sporów, wzajemnych zarzutów i politycznych ocen. Tym razem występują jako przedstawiciele jednego państwa.

To nawet rozsądne rozwiązanie. Za granicą dobrze jest czasem przypomnieć sobie, że minister finansów i prezes banku centralnego reprezentują tę samą gospodarkę. Można się różnić w ocenie stóp procentowych, inflacji, polityki fiskalnej i poprzednich decyzji, ale inwestorzy i partnerzy zagraniczni oczekują przede wszystkim stabilności oraz przewidywalności.

Polska chce być traktowana jak gospodarka należąca do światowej czołówki. W takim razie dobrze byłoby również stopniowo przyzwyczajać się do standardu, w którym najważniejsze instytucje państwa potrafią współpracować bez konieczności publicznego udowadniania sobie nawzajem złych intencji.

Może właśnie to okaże się najtrudniejszą częścią drogi do G20.

JUTRO SZKOŁA. DZIECI DOSTAJĄ NOWE ZASADY, NAUCZYCIELE CZEKAJĄ NA STARE OBIETNICE

Od 1 września uczniowie wracają do szkół, a wraz z nimi wracają kolejne reformy. Zmieniają się zasady korzystania z telefonów, pojawia się nowa podstawa programowa, edukacja zdrowotna i program nazwany „Kompas Jutra”.

Polskie państwo bardzo lubi efektowne nazwy programów. Nazwa ma zazwyczaj informować, że zmiana jest nowoczesna, przyszłościowa i dobrze przemyślana. Problem zaczyna się dopiero wtedy, kiedy nauczyciele, rodzice i uczniowie pytają o szczegóły, finansowanie, przygotowanie szkół i praktyczne skutki zmian.

Tego samego dnia nauczyciele protestują i przypominają o wcześniejszych obietnicach dotyczących wynagrodzeń. Zestawienie jest charakterystyczne. Ministerstwo opowiada o edukacji przyszłości, a część nauczycieli przypomina o pieniądzach należnych za pracę wykonywaną obecnie.

Nie jest to argument przeciwko reformom. Szkoła rzeczywiście wymaga zmian. Trudno jednak oczekiwać entuzjazmu dla kolejnych programów, jeżeli ludzie, którzy mają je realizować, czują, że podstawowe problemy ich zawodu pozostają nierozwiązane.

Osobnym tematem jest ograniczanie dzieciom dostępu do smartfonów. Argumenty dotyczą koncentracji, uzależnienia od mediów społecznościowych, problemów emocjonalnych i dezinformacji. Wszystko to ma sens.

Zabawne robi się dopiero wtedy, gdy przypomnimy sobie, że dorośli, którzy podejmują te decyzje, sami potrafią spędzać znaczną część dnia w internecie. Tam czytają treści znacznie mniej wartościowe niż te, przed którymi chcą chronić dzieci. Potem ci sami dorośli oczekują od szkoły, żeby nauczyła młodych ludzi krytycznego myślenia.

Może więc przydałby się program edukacji medialnej również dla rodziców. Nazwę z pewnością dałoby się wymyślić szybko.

AFD CHCE ZMIENIAĆ UNIĘ, CHOĆ NIEMCY NA OBECNYM UKŁADZIE DUŻO ZARABIAJĄ

W Niemczech rośnie poparcie dla AfD, szczególnie we wschodnich landach. W Saksonii-Anhalt partia osiąga bardzo wysokie wyniki sondażowe, a jej politycy coraz chętniej mówią o pomysłach dotyczących euro, Schengen i dalszej integracji europejskiej.

Politycznie takie hasła są łatwe do sprzedania. Można mówić o odzyskiwaniu kontroli, suwerenności i ograniczaniu wpływu Brukseli. Znacznie trudniej odpowiedzieć na pytanie, jakie byłyby konkretne koszty gospodarcze dla kraju, którego sukces eksportowy w ogromnej części opiera się właśnie na jednolitym rynku europejskim.

Dla Polski nie byłby to zresztą problem wyłącznie niemiecki. Niemcy pozostają naszym największym partnerem handlowym. Jeżeli niemiecka gospodarka zaczęłaby ponosić koszty poważnych zmian w relacjach z Unią Europejską, Polska bardzo szybko odczułaby skutki.

W polityce populistycznej ekonomia ma tę nieprzyjemną cechę, że psuje dobre hasła. Można długo mówić o dumie narodowej, ale przedsiębiorca ostatecznie zapyta o koszty, kurs waluty, eksport, zatrudnienie i dostęp do rynku.

Na te pytania znacznie trudniej odpowiedzieć przemówieniem.

TRUMP ZMIENIA NAZWY NA MAPACH

Donald Trump po raz kolejny pokazał, że jego polityka dotyczy również nazw geograficznych. W amerykańskich usługach mapowych pojawiają się określenia zgodne z decyzjami administracji federalnej, a firmy technologiczne stosują nazewnictwo obowiązujące w danym kraju.

Można oczywiście uznać to za drobiazg. Nazwa na mapie nie zmienia położenia jeziora, jego powierzchni ani granic państwowych. Dobrze jednak pokazuje sposób uprawiania polityki, w którym znaczenie ma także symboliczne narzucenie własnego języka.

Trump doskonale rozumie, że polityka to nie tylko decyzje gospodarcze, podatkowe czy militarne. To także nazwy, symbole i komunikaty, które można łatwo pokazać wyborcy. Zmiana nazwy jest tania, natychmiast zauważalna i pozwala przedstawić ją jako dowód sprawczości.

W Polsce podobne pomysły również nie są nam obce. Zmienialiśmy nazwy ulic, placów, instytucji i programów zależnie od tego, kto aktualnie miał większość. Każda władza jest przekonana, że właściwe nazewnictwo jest ważnym elementem porządku publicznego.

Można więc spokojnie przyjąć, że amerykańska polityka także w tej dziedzinie nie jest nam całkowicie obca.

LITWA WIE, ALE NIE MOŻE POWIEDZIEĆ

Prezydent Litwy oznajmił, że wie, czego dotyczyła wizyta dyrektora CIA w Moskwie, ale nie może ujawnić szczegółów. Dodał, że spotkanie osiągnęło swoje cele i służyło ograniczeniu napięcia.

To niezwykle wygodny rodzaj komunikatu politycznego. Informuje opinię publiczną, że władza posiada ważną wiedzę, jednocześnie zwalniając ją z obowiązku przedstawienia jakichkolwiek szczegółów.

Obywatel dowiaduje się zatem, że sprawa jest poważna, działania zostały podjęte, cel został osiągnięty, ale właściwie nie może wiedzieć nic więcej. Z punktu widzenia komunikacji politycznej trudno o bezpieczniejszą formułę.

Można sobie łatwo wyobrazić zastosowanie jej także w Polsce. Minister finansów mógłby zapewnić, że zna termin wyraźnego spadku inflacji, ale nie może go ujawnić. Minister zdrowia mógłby wiedzieć, kiedy skrócą się kolejki, lecz uznać tę informację za poufną. Minister edukacji mógłby zapewnić, że dokładnie wie, jakie będą skutki kolejnej reformy, tylko trzeba poczekać kilka lat, żeby się o nich przekonać.

W ostatnim przypadku podobna praktyka zresztą funkcjonuje od dawna.

BLISKI WSCHÓD NADAL PODNOSI RYZYKO WZROSTU CEN ROPY

Na Bliskim Wschodzie sytuacja nadal pozostaje napięta. Stany Zjednoczone prowadzą kolejne działania militarne, Iran odpowiada, a rynek ropy reaguje na każdą informację dotyczącą możliwości dalszej eskalacji.

Dla Polski nie jest to odległy problem. Ceny ropy wpływają na ceny paliw, koszty transportu i w konsekwencji na wiele innych elementów gospodarki. Konflikt toczy się tysiące kilometrów od Warszawy, ale jego ekonomiczne skutki mogą stosunkowo szybko pojawić się na polskich stacjach benzynowych.

To także powód, dla którego nie należy zbyt wcześnie zakładać trwałego spadku inflacji. Część jej dalszego przebiegu zależy od czynników, na które polski rząd i NBP mają bardzo ograniczony wpływ.

Możemy prowadzić rozsądną politykę fiskalną i pieniężną, ale nie możemy zdecydować, jaka będzie cena ropy, czy Iran odpowie na kolejny atak ani czy konflikt zostanie ograniczony.

Pozostaje więc obserwować sytuację i mieć nadzieję, że ekonomiści tym razem będą musieli korygować prognozy w przyjemniejszą stronę.

WANDA TRACZYK-STAWSKA. TU IRONIA NIE JEST POTRZEBNA

Na koniec dnia Warszawa pożegnała Wandę Traczyk-Stawską „Pączek”.

W tym miejscu nie ma potrzeby szukać dowcipu. Była żołnierzem Powstania Warszawskiego, a później przez dziesięciolecia angażowała się w sprawy społeczne, pamięć historyczną i obronę ludzi, którzy sami mieli mniejsze możliwości upominania się o swoje prawa.

Należała do pokolenia, dla którego słowa takie jak państwo, niepodległość, odpowiedzialność czy wspólnota nie były elementem bieżącego sporu politycznego. Wynikały z osobistego doświadczenia.

Dlatego ludzie tego pokolenia często mówili o Polsce inaczej niż współcześni politycy. Nie dlatego, że byli bezbłędni albo że należy ich wszystkich traktować jak autorytety w każdej sprawie. Po prostu wiedzieli z własnego życia, co oznacza brak państwa i jak wyglądają konsekwencje politycznych katastrof.

Ich odejście ma więc także znaczenie symboliczne. Coraz mniej jest osób, które mogą powiedzieć, że uczestniczyły w najważniejszych wydarzeniach polskiej historii XX wieku nie jako komentatorzy, lecz jako bezpośredni uczestnicy.

Tego doświadczenia nie zastąpi żaden wpis w mediach społecznościowych, żaden partyjny komunikat i żaden dyplom.

PONIEDZIAŁEK ZAMKNIĘTY

Tak kończy się ostatni poniedziałek sierpnia.

Rano wspominaliśmy Solidarność i Porozumienia Sierpniowe. Później wróciliśmy do spraw znacznie bardziej współczesnych: Collegium Humanum, wniosków o uchylenie immunitetów, raportu NIK pokazującego błędy państwa podczas powodzi, danych o wzroście PKB i wyższej od oczekiwań inflacji.

Polska chce trwale wejść do G20, więc Domański i Glapiński wspólnie reprezentują kraj za granicą. Uczniowie wracają do szkół z nowymi zasadami, podczas gdy nauczyciele przypominają rządowi o swoich wynagrodzeniach. W Niemczech rośnie AfD, chociaż konsekwencje jej gospodarczych pomysłów mogłyby być bardzo niekorzystne także dla Polski. Trump zajmuje się również nazwami geograficznymi, Litwa informuje, że wie więcej, niż może powiedzieć, a wydarzenia na Bliskim Wschodzie nadal mogą wpływać na polskie ceny paliw.

Nie jest to szczególnie niezwykły zestaw wiadomości jak na obecne czasy. Państwo jednego dnia obchodzi rocznicę historycznego porozumienia, a kilka godzin później zajmuje się sporami, śledztwami, raportami o własnych błędach i prognozami kolejnych problemów.

Najbardziej polskie jest chyba to, że równocześnie możemy mieć dobry wzrost gospodarczy, rosnącą inflację, polityków zainteresowanych dyplomami, administrację krytykowaną przez NIK, reformę edukacji, protest nauczycieli i ambicję wejścia do G20.

Każda z tych informacji jest prawdziwa i wszystkie dotyczą tego samego kraju.Jutro wtorek. Nie ma żadnego powodu zakładać, że będzie spokojniej.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights