PONIEDZIAŁEK PO FINALE. HISZPANIA MA PUCHAR, BRYTANIA NOWEGO PREMIERA, A POLSKI PACJENT PIECZĄTKĘ

Warszawa

Poniedziałek rozpoczął się od bolesnego odkrycia, że mundial naprawdę się skończył.

Jeszcze w niedzielę człowiek mógł przez dziewięćdziesiąt minut udawać, że najważniejszym problemem świata jest ustawienie hiszpańskiej linii pomocy. W poniedziałek rano znów musiał sprawdzić saldo, przeczytać wiadomości i przypomnieć sobie, że w przeciwieństwie do finału większość życiowych spotkań nie kończy się wręczeniem pucharu.

Hiszpania uratowała futbol. Argentyna próbowała go zatrzymać faulem, awanturą i negocjacjami z sędzią, ale nawet to się nie udało. Slavko Vinčić stracił kontrolę nad meczem w sposób przypominający urzędnika, który na początku kolejki powiedział „proszę podchodzić pojedynczo”, po czym odkrył, że przed okienkiem stoją Argentyna, historia futbolu, dwanaście kamer i kilku zawodników przekonanych, że przepisy dotyczą przeciwnika.

Finał miał być starciem dwóch wielkich drużyn. Okazał się pokazem jednej drużyny, jednej coraz bardziej sfrustrowanej zbiorowości oraz sędziego, który przez pewien czas sprawiał wrażenie człowieka próbującego rozdzielić bójkę na weselu bez wiedzy, po której stronie jest rodzina panny młodej.

Stefan Szczepłek napisał, że Hiszpania uratowała futbol. To trafne. Hiszpanie grali w piłkę, podczas gdy Argentyna próbowała przekształcić finał w panel dyskusyjny połączony z rekonstrukcją bitwy ulicznej. Relacje po meczu opisywały słabą grę Argentyńczyków i utratę kontroli przez arbitra.

Luis de la Fuente, przez złośliwych nazywany „trenerem z ogłoszenia”, po raz kolejny udowodnił, że człowiek z ogłoszenia może wykonać pracę lepiej niż gwiazda z polecenia. To powinno zaniepokoić polskie spółki Skarbu Państwa.

De la Fuente nie wygląda jak piłkarski mesjasz. Nie chodzi w czarnym golfie, nie wygłasza wykładów o przestrzeniach między liniami i nie patrzy na dziennikarza tak, jakby pytanie o skład naruszało tajemnicę NATO. Po prostu zbudował zespół, który wie, co robi.

W nowoczesnym futbolu jest to innowacja.

Każdy zawodnik Hiszpanii znał swoje miejsce, wiedział, komu podać, kiedy przyspieszyć i dlaczego piłka powinna poruszać się szybciej niż ego. W polityce taki model uchodziłby za autorytarny. Tam każdy zawodnik chce być trenerem, rzecznik uważa się za kapitana, rezerwowi udzielają wywiadów, a prezes federacji wyjaśnia, że wynik 0:3 stanowi sukces procesu transformacyjnego.

Niestety ostatni gwizdek zabrzmiał. Hiszpanie zabrali puchar, Argentyńczycy pretensje, FIFA utarg, a widzowie zostali odesłani do rzeczywistości.

Najboleśniej powrót ten odczuli Brytyjczycy.

Keir Starmer zakończył w poniedziałek „swoją pracę” na stanowisku premiera. Jest to elegancka brytyjska formuła oznaczająca, że człowiek dwa lata wcześniej wygrał wybory z ogromną przewagą, a potem doprowadził do sytuacji, w której własna partia zaczęła patrzeć na niego jak pasażer na kanapkę kupioną na dworcu: drogo kosztowała, miała obiecujący opis, lecz po otwarciu przyniosła głównie rozczarowanie.

Starmer odszedł jako jeden z najmniej popularnych urzędujących premierów. To osiągnięcie niemałe w państwie, które w ostatniej dekadzie produkowało szefów rządu w tempie sezonowych kolekcji odzieżowych.

Theresa May próbowała przeprowadzić Brexit. Boris Johnson próbował przeprowadzić przyjęcie podczas lockdownu. Liz Truss przeprowadziła eksperyment gospodarczy trwający krócej niż część promocji w supermarketach. Rishi Sunak przekonał wyborców, że nawet człowiek bardzo bogaty może wyglądać, jakby martwił się rachunkiem za ogrzewanie. Starmer miał przynieść stabilność.

Przyniósł. Jego niepopularność była bardzo stabilna.

Zastąpił go Andy Burnham, były burmistrz Wielkiego Manchesteru, nazywany „królem Północy”. Po audiencji u Karola III został siódmym brytyjskim premierem w ciągu dekady. Król ma zatem z premierami stosunki podobne do stosunków dyrektora hotelu z gośćmi: wita, rozmawia, życzy powodzenia i wie, że za chwilę przyjedzie następny. Burnham objął urząd po spotkaniu z monarchą.

Nowy premier zapowiedział dziesięcioletni plan naprawy państwa. To odważne, ponieważ jego poprzednicy mieli trudności z dotrwaniem do końca planu trzyletniego. Burnham chce łagodzić kryzys kosztów życia, odradzać przemysł, decentralizować władzę, poprawić opiekę społeczną i ograniczyć bezdomność.

Brzmi to jak program dla człowieka zamierzającego rządzić państwem, a nie wyłącznie przetrwać najbliższy wywiad telewizyjny. W dzisiejszej polityce jest to niemal podejrzane.

Ma trzy lata, żeby zatrzymać skrajnych nacjonalistów. Nigel Farage czeka bowiem obok sceny jak wodzirej, który od dawna wie, że wesele skończy się awanturą, i zamierza przejąć mikrofon dokładnie wtedy, gdy wujek przewróci stół.

Burnham ma być wyrazisty, zdecydowany i bliski zwykłym ludziom. Każdy nowy przywódca jest na początku wyrazisty. Potem spotyka budżet, rynki finansowe, związki zawodowe, administrację, własną partię i pierwszą konferencję, podczas której dziennikarz pyta, skąd weźmie pieniądze.

Po takim spotkaniu wyrazistość zwykle przechodzi w odpowiedzialny pragmatyzm, następnie w trudne decyzje, a na końcu w przemówienie zaczynające się od słów: „Zawsze uważałem, że nadejdzie właściwy moment, by przekazać pałeczkę”.

Brytyjczycy lubią tradycję, więc zmianę premiera doprowadzili niemal do ceremoniału. Człowiek jedzie do pałacu, oddaje władzę królowi, wychodzi innym wejściem, a nowy przyjeżdża chwilę później. Wszystko odbywa się spokojnie, godnie i bez komisji do zbadania legalności fotela.

W Polsce zmiana szefa rządu wymagałaby najpierw ustalenia, czy prezydent uznaje większość sejmową, czy Trybunał uznaje prezydenta, czy marszałek uznaje Trybunał oraz czy transmisję prowadzi telewizja uznawana przez któregokolwiek z uczestników.

W Wielkiej Brytanii wystarcza król.

Karol III jest już czwartym premierem własnego panowania. Jeżeli obecne tempo się utrzyma, pod koniec dekady będzie przyjmował nowych szefów rządu grupowo, w blokach piętnastominutowych.

— Czy przysięga pan służyć krajowi?

— Tak.

— Herbata jest na stole, wyjście po lewej, pański następca czeka w korytarzu.

Kiedy Wielka Brytania wymieniała premiera, Komisja Europejska zajęła się AliExpressem. Nałożyła na platformę rekordową karę 550 milionów euro za niedostateczne przeciwdziałanie sprzedaży produktów nielegalnych, niebezpiecznych i podrobionych. Komisja uznała między innymi, że system oceny ryzyka i kontrolowania ofert był niewystarczający. Decyzję ogłosiła oficjalnie Komisja Europejska.

To bardzo poważna kara. W przeliczeniu na ofertę AliExpress wynosi mniej więcej trzy eurocenty za każdy przedmiot, którego zastosowania klient nie rozumiał nawet po dostawie.

Europejski konsument ma teraz zostać uratowany przed niebezpieczną elektroniką, podrobionymi kosmetykami, wadliwymi zabawkami i sukienką, która na zdjęciu wyglądała jak kreacja wieczorowa, a po rozpakowaniu przypominała pokrowiec na skuter.

AliExpress odpowiada, że kara jest nieproporcjonalna i zamierza się odwoływać. Zapewnia także, że poprawiło systemy bezpieczeństwa. Firma ma rację o tyle, że zakupy na chińskiej platformie zawsze zawierały element świadomego ryzyka.

Jeżeli człowiek zamawia „profesjonalne urządzenie laserowe klasy medycznej” za 11,74 zł, z darmową wysyłką z drugiego końca świata, nie kupuje produktu. Kupuje przygodę.

Przesyłka może zawierać laser, latarkę, gwizdek, część do traktora albo kartkę informującą, że urządzenie służy wyłącznie do celów dekoracyjnych. W opisie wszystkie elementy są jednak „premium”, „smart”, „military”, „nano” i „pro”. Chiński handel rozwiązał problem jakości językowo: rzecz, która może zapalić się podczas ładowania, jest po prostu „inteligentnym systemem grzewczym”.

Unia Europejska postanowiła, że nawet najtańszy bazar świata musi przestrzegać prawa. To szlachetne. Europejczyk powinien być chroniony przed toksycznym kosmetykiem i wybuchającą ładowarką, choć nadal wolno mu legalnie palić papierosy, pić alkohol i czytać komentarze polityczne przed snem.

Kara w wysokości 550 milionów euro pokazuje, że Europa potrafi być stanowcza. Potrzebuje jedynie kilku lat postępowania, tysięcy stron dokumentacji, grupy ekspertów i chińskiej platformy, która nie ma prawa głosu w żadnym państwie członkowskim.

Znacznie trudniej jest ukarać europejskiego konsumenta za to, że zamówił dwudziesty organizer do kabli.

A skoro o pieniądzach mowa, wakacje podrożały w tydzień średnio o 122 złote. To największa tegoroczna podwyżka cen wycieczek z wylotem między 3 a 9 sierpnia. Grecja kosztuje już około 6500 złotych, Turcja 5500, a Egipt 3300. Wzrost cen pokazał najnowszy raport rynku turystycznego.

Powody są racjonalne: szczyt sezonu, droższa ropa, słabszy złoty i kapryśna pogoda w Polsce.

Pogoda w Polsce stała się więc czynnikiem inflacyjnym. Kiedy pada, Polak natychmiast chce lecieć do Grecji. Kiedy jest gorąco, chce lecieć do Grecji, bo tam przynajmniej hotel ma klimatyzację. Kiedy temperatura jest idealna, leci do Grecji, ponieważ wyjazd już opłacił.

Biura podróży odkryły, że człowiek pod wpływem deszczu traci zdolność negocjacji.

— Wycieczka podrożała o 122 złote.

— Dlaczego?

— Proszę spojrzeć za okno.

— Biorę.

Po mundialu szczególnie atrakcyjna będzie Hiszpania. Turysta może pojechać do kraju mistrzów świata, zamówić paellę, obejrzeć stadion i przez tydzień czuć, że przebywa w społeczeństwie, które wie, jak ustawić pressing. Polska oferuje tańszy patriotyzm, ale bez gwarancji pogody i z parawanem.

Na szczęście przeciętny Polak zarabia 9401 złotych i 58 groszy brutto. GUS potwierdził to z dokładnością do grosza, dzięki czemu obywatel wie już precyzyjnie, jakiej kwoty nie otrzymał.

Po odjęciu składek i podatku zostaje około 6740 złotych. Wystarczy więc na tygodniową Grecję, pod warunkiem że człowiek nie zamierza w tym samym miesiącu mieszkać, jeść ani wracać.

Średnia pensja jest jak oferta wakacyjna: najlepiej wygląda przed doliczeniem wszystkich opłat.

Tymczasem polski przemysł rośnie, napędzany inwestycjami i zbrojeniówką. To ważna wiadomość, szczególnie że Ukraina może otrzymać dostęp do licencji na produkcję francuskich pocisków Aster, rakiet SCALP i bomb AASM Hammer. Francuska decyzja może rozszerzyć ukraińskie zdolności produkcyjne.

W Europie wreszcie zaczynamy rozumieć, że wojnę można przegrać także z powodu braku fabryk. Patriotyczne przemówienie nie strąca pocisku, nawet jeśli zostanie wygłoszone bardzo stanowczo i na tle odpowiedniej liczby flag.

Ukraina potrzebuje rakiet. Polska produkuje coraz więcej. Wielka Brytania zmienia premiera. Unia karze chiński handel. Świat wygląda więc jak wielka fabryka, w której każdy coś wytwarza.

Hiszpania — futbol.

Francja — licencje.

Chiny — paczki.

Bruksela — kary.

Brytyjczycy — premierów.

Polska ochrona zdrowia produkuje natomiast dokumenty.

Centralny Szpital Kliniczny Uniwersytetu Medycznego w Łodzi wstrzymał przyjęcia nowych pacjentów do części programów lekowych, w tym onkologicznych, z powodu braku możliwości finansowania kolejnych świadczeń. Jedna z pacjentek z rakiem piersi otrzymała informację, że leczenie może rozpocząć się w pierwszym kwartale 2027 roku, o ile zmienią się warunki finansowania. Sprawę ujawniła „Rzeczpospolita”.

Rak najwyraźniej nie zapoznał się z harmonogramem NFZ.

Pacjentka ma więc poczekać, aż choroba, szpital, Fundusz i budżet znajdą wspólny termin. Jest to system oparty na dialogu, z tym że choroba nie odpowiada na pisma.

Szpital wyczerpał limit. Limit jest jedną z najpotężniejszych sił polskiej medycyny. Nie można go zobaczyć na tomografii, nie występuje w organizmie pacjenta i nie zna go lekarz podczas stawiania diagnozy, ale potrafi zatrzymać leczenie skuteczniej niż przeciwwskazania medyczne.

Człowiek może mieć nowotwór bez limitu. Leczyć go wolno tylko do limitu.

Najpiękniejszy jest papier wręczany choremu. Państwo nie może zapewnić terapii, ale może wystawić zaświadczenie, że jej nie zapewniło. Pacjent nie wychodzi więc z niczym. Ma pieczątkę.

Pieczątka pozostaje podstawową jednostką troski instytucjonalnej.

W tym samym czasie rząd chce walczyć z „bilokacją” lekarzy. Szpitale mają raportować NFZ godzinowe grafiki pracy, aby Fundusz mógł wykrywać lekarzy wykazywanych jednocześnie w kilku placówkach. Projekt trafił do konsultacji publicznych.

To wiadomość przełomowa. Polska medycyna przyznała oficjalnie, że część lekarzy osiągnęła cechę przypisywaną dotąd wyłącznie świętym, cząstkom kwantowym i prezesom zasiadającym w kilku radach nadzorczych.

Lekarz mógł według dokumentacji pracować w dwóch miejscach naraz. Pacjent nie może dostać się do niego w żadnym.

Rząd odpowie systemem raportowania. Powstanie więc centralna baza, do której szpitale wpiszą, że doktor Kowalski od ósmej do czternastej operuje w Łodzi, konsultuje w Kutnie i dyżuruje w Radomiu. Komputer wykryje niezgodność, wygeneruje alert, który trafi do pracownika przebywającego akurat na urlopie.

Po powrocie pracownik powoła zespół.

Nie wiadomo, czy bilokacja zniknie. Na pewno zwiększy się liczba grafików. A grafik, podobnie jak lekarz, może występować w wielu wersjach jednocześnie.

Zestawienie poniedziałkowych wiadomości daje więc pełny obraz współczesnej cywilizacji.

Hiszpanie pokazują, że sukces wymaga współpracy.

Argentyńczycy pokazują, że zawsze można mieć pretensje do sędziego.

Brytyjczycy wymieniają premiera, ponieważ poprzedni stracił społeczne zaufanie.

Polacy ufają politykom głównie wtedy, gdy przeszkadzają innym politykom.

Unia Europejska pilnuje, aby zabawka z Chin nie zaszkodziła dziecku.

Polski system zdrowia informuje dorosłego chorego, że na leczenie nie ma finansowania.

Lekarz może być w dwóch szpitalach naraz.

Pacjent nie mieści się w jednym budżecie.

Wakacje drożeją o 122 złote, ale przeciętna pensja rośnie. Wszystko się zatem równoważy, przynajmniej dopóki obywatel nie spróbuje jednocześnie wyjechać, zachorować i sprawdzić konta.

Poniedziałek był dniem wielkiego powrotu do rzeczywistości.

Andy Burnham wszedł na Downing Street i zapowiedział dziesięć lat naprawiania Wielkiej Brytanii. AliExpress otrzymał rachunek na 550 milionów euro. Ukraina może dostać nowe możliwości produkcji rakiet. Polskie fabryki przyspieszają. Biura podróży podnoszą ceny. NFZ zaczyna tropić lekarzy posiadających zdolność bilokacji, a chorzy na raka dowiadują się, że budżet państwa nie potrafi podobnej sztuczki.

Jedynie futbol przez chwilę działał logicznie.

Lepsza drużyna wygrała. Puchar trafił do tych, którzy potrafili współpracować. Słaba gra przyniosła porażkę, a chaos został nazwany chaosem.

Dlatego finał był tak piękny.

W życiu publicznym zwycięzca może przegrać po dwóch latach, przegrany zostać ekspertem, człowiek pracować w trzech miejscach jednocześnie, szpital istnieć bez możliwości leczenia, a pensja wynosić 9401 złotych bez konieczności pojawienia się na koncie.

Na boisku przynajmniej nadal trzeba strzelić gola.

Chociaż po tym, jak sędziował Slavko Vinčić, lepiej zachować paragon.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights