
Człowiek wstaje w poniedziałek rano, otwiera okno i przez krótką, szczęśliwą chwilę widzi świat, który nie ma legitymacji partyjnej.
Drzewo stoi bez deklaracji lojalności. Ptak śpiewa, choć nie należy do żadnego stowarzyszenia. Sąsiad wyrzuca śmieci, nie ogłaszając programu odbudowy państwa. Nawet pies załatwia swoje sprawy dyskretniej niż polski polityk.
Potem człowiek włącza telefon… , i znowu Morawiecki i znowu Kaczyński. I znowu naparzanie frakcji, ultimata, lojalki, zdrady, wykluczenia, nowe otwarcia, stare mordy przy nowych mównicach oraz trzydziestu ekspertów tłumaczących, czy człowiek, którego jeszcze nie wyrzucono, został już wyrzucony z partii, z której podobno sam odszedł, ponieważ bardzo chciał w niej zostać.
Poniedziałek jeszcze nie zdążył założyć spodni, a polska polityka już urządziła mu w kuchni kocioł z głupotą.
Jarosław Kaczyński ogłosił, że ci, którzy nie podpisali deklaracji lojalności, w PiS nie zostaną. Komitet Polityczny ma ich formalnie wyrzucić we wtorek. Mateusz Morawiecki wraz z około czterdziestoma zwolennikami lojalki nie podpisał, lecz nadal zapewnia, że zależy mu na jedności prawicy.
To bardzo wzruszające. Człowiek wychodzi z domu, wynosi telewizor, zabiera lodówkę, odkręca kaloryfery i oświadcza sąsiadom, że przede wszystkim zależy mu na trwałości małżeństwa.
Morawiecki twierdzi, że został „brutalnie wypchnięty”. Kaczyński twierdzi, że buntownicy sami postawili się poza partią. Jedni drugich usuwają z komunikatorów, grup, struktur i wspólnych fotografii, po czym obie strony zapewniają, że nie interesują ich żadne partyjne rozgrywki.
Polityk mówiący, że nie interesują go partyjne rozgrywki, przypomina kota siedzącego w akwarium i zapewniającego, że przyszedł wyłącznie porozmawiać z rybkami o wartościach.
Nie ma tu sporu o Polskę. Nie ma poważnej rozmowy o ochronie zdrowia, mieszkaniach, demografii, edukacji, sądach, bezpieczeństwie ani miejscu kraju w Europie.
Jest spór o szyld, listy wyborcze, pieniądze, stanowiska oraz prawo do sprzedawania tej samej politycznej kaszanki w nowym opakowaniu.
Kaczyński uważa, że oczyszcza partię z nielojalnych. Morawiecki uważa, że uwalnia się od skostniałego prezesa. Obaj wyglądają jak dwaj właściciele podejrzanego komisu, którzy pokłócili się o utarg, a teraz każdy zapewnia, że to właśnie on od początku walczył z kręceniem liczników.
Przez osiem lat działali razem. Kaczyński dawał władzę, Morawiecki dawał jej elegancki garnitur, slajdy i angielskie słownictwo. Prezes dostarczał obsesje, premier przedstawiał je w tabelkach. Jeden mówił o zdradzie, drugi o strategicznym przeformatowaniu suwerenności. Jeden potrząsał szablą, drugi wystawiał fakturę za innowacyjne potrząsanie.
A teraz Morawiecki chce zostać europejską centroprawicą.
To fascynująca przemiana. Jeszcze niedawno był premierem obozu, który przedstawiał Brukselę jako transnarodową bestię, Niemcy jako sprawcę niemal każdego nieszczęścia od rozbiorów po korek na Zakopiance, a unijne instytucje jako bandę urzędników czyhających na polski kotlet, rodzinę i kopalnię.
Dzisiaj Morawiecki prostuje krawat, ścisza głos i ogłasza, że Polexit byłby jednak złym pomysłem, Unia jest potrzebna, a on sam pragnie reprezentować nowoczesny, odpowiedzialny konserwatyzm.
To nie jest przemiana ideowa. To polityczne pranie tapicerki przed sprzedażą samochodu.
Przebieg zostaje ten sam. Silnik ten sam. W bagażniku nadal leżą nocne ustawy, konflikty z Unią, zablokowane fundusze, wybory kopertowe, partyjna telewizja oraz osiem lat traktowania państwa jak rodzinnej altany. Zmieniono jedynie zapach w kabinie i napisano w ogłoszeniu: „Pierwszy właściciel, użytkowany głównie w Europie, bezwypadkowy”.
Morawiecki proponuje „Polskę jednej prędkości”.
Dobrze byłoby ustalić, o jaką prędkość chodzi. Czy o tempo wizyty u specjalisty, budowy mieszkań, naprawy sądów i produkcji Izery? Czy raczej o szybkość, z jaką ludzie związani z władzą potrafili wędrować między bankami, fundacjami, agencjami rządowymi, spółkami Skarbu Państwa oraz radami nadzorczymi?
Bo kiedy zwykły obywatel próbował się dostać do lekarza, Polska poruszała się jak ślimak po środkach uspokajających. Kiedy należało obsadzić znajomego w spółce, nagle zmieniała się w bolid Formuły 1.
Były premier ma także trzy „O”: odwagę, odbudowę i ofertę.
Brzmi pięknie. W praktyce łatwo pomylić je z trzema innymi: oportunizmem, odwracaniem uwagi oraz odpowiedzialnością — oczywiście zawsze cudzą.
Odwaga polega na odejściu od Kaczyńskiego wtedy, gdy prezes już nie rozdaje stanowisk z dawną skutecznością. Odbudowa dotyczy przede wszystkim kariery Morawieckiego. Oferta sprowadza się do propozycji, by po raz kolejny kupić tego samego polityka, lecz tym razem bez charakterystycznego opakowania PiS.
To jakby producent papierosów wprowadził nową markę pod hasłem „świeży oddech” i był oburzony, że ktoś przypomina mu o poprzedniej fabryce.
Tymczasem śledztwo dotyczące Rządowej Agencji Rezerw Strategicznych zbliża się do ludzi z najbliższego otoczenia byłego premiera. Prokuratura bada kontrakty, przepływy pieniędzy, rolę fundacji i spółek oraz możliwe finansowanie internetowych kampanii propagandowych. Kolejne osoby usłyszały zarzuty, jedna trafiła do aresztu, a następne mogą zostać przesłuchane.
Mateusz Morawiecki zarzutów w tej sprawie nie usłyszał. Trzeba to powiedzieć jasno, ponieważ państwo prawa polega również na tym, że najpierw są dowody i postępowanie, a dopiero później wyrok.
Ale odpowiedzialność polityczna nie potrzebuje kajdanek, aby istnieć.
RARS i BGK nie działały na Marsie. Podlegały państwu kierowanemu przez Morawieckiego. Ludzie pojawiający się w śledztwie nie spadli z nieba podczas burzy, lecz krążyli po jego politycznym otoczeniu, gabinetach, bankach, fundacjach i agencjach.
Według śledczych pieniądze mogły służyć między innymi sztucznemu budowaniu zasięgów, produkcji propagandy, czarnemu pijarowi i internetowym farmom trolli.
Czyli obywatel najpierw płacił podatki, potem część tych pieniędzy mogła — według ustaleń badanych przez prokuraturę — pomagać w produkcji przekazu politycznego, a na końcu obywatel siadał przed ekranem i sam ten przekaz rozpowszechniał.
To już nie jest propaganda. To gospodarka o obiegu zamkniętym.
Państwo dostarcza pieniądze. Firma produkuje kłamstwo. Troll podaje je dalej. Obywatel połyka, popija kawą i jeszcze kłóci się z rodziną, że było świeże.
Nie rozgrzeszajmy jednak Kaczyńskiego.
Prezes próbuje dziś przedstawić Morawieckiego jako ciało obce, ambitnego bankiera, który wkradł się do partii, narobił bałaganu, a następnie uciekł z patriotyczną zastawą stołową. Tyle że to Kaczyński zrobił go premierem. To Kaczyński przez lata zatwierdzał jego ludzi, politykę i sposób rządzenia. To Kaczyński korzystał z jego sukcesów, dopóki były sukcesami, i dopiero po utracie władzy odkrył, że Morawiecki posiada wady.
Prezes przypomina właściciela restauracji, który przez osiem lat podaje klientom podejrzany gulasz, a po kontroli sanepidu oznajmia, że od początku nie ufał kucharzowi.
Obie frakcje są produktem tej samej fabryki. Różnią się wyłącznie działem marketingu.
Kaczyński sprzedaje lęk w opakowaniu tradycyjnym: Niemiec, migrant, Bruksela, zdrada, upadek obyczajów, Tusk za rogiem.
Morawiecki sprzedaje lęk w wersji premium: wykres, panel ekspercki, nowoczesny patriotyzm, przedsiębiorczość, dwa skrzydła, trzy „O”, cztery konferencje oraz broszura wydrukowana na papierze sugerującym odpowiedzialność fiskalną.
Pierwszy mówi: „Ojczyzna ginie”.
Drugi mówi: „Ojczyzna wymaga strategicznego procesu odbudowy w ramach zintegrowanego ekosystemu rozwojowego”.
Obaj kończą zdanie słowami: „Dlatego potrzebujemy władzy”.
I to władzy nie na chwilę, nie dla realizacji konkretnego programu, lecz władzy jako stanu metabolicznego. Dla tych ludzi stanowisko nie jest pracą. Jest tlenem, pożywieniem i urządzeniem podtrzymującym poczucie własnej wielkości.
Odciąć ich od władzy to jak odłączyć respirator od ego.
Świat tymczasem próbował w poniedziałek rano przebić się przez polskie naparzanie frakcji z informacjami trochę poważniejszymi.
Na Bliskim Wschodzie trwała ostrożna cisza po wstrzymaniu części ataków. Ceny ropy spadły, giełdy odetchnęły, a analitycy zaczęli mówić o pokoju, choć we współczesnym świecie pokój oznacza często tyle, że przez jedną noc nikt nie wystrzelił wystarczająco wielu rakiet, aby popsuć notowania.
Rumunia strącała kolejne rosyjskie drony, które najwyraźniej uznały przestrzeń NATO za trasę widokową. Bukareszt wzywał rosyjskiego ambasadora, Moskwa zapewne przygotowywała komunikat, że drony nie były rosyjskie, nie istniały, nie przekroczyły granicy i zostały bezprawnie zestrzelone podczas wykonywania pokojowej misji.
W pobliżu Odessy po rosyjskim ostrzale zatonął ukraiński statek. Zginęli ludzie. Francja nadal walczyła z wielkimi pożarami. Setki tysięcy ewakuowanych próbowały ratować domy, podczas gdy internet z pewnością produkował już teorię, że ogień jest projektem Komisji Europejskiej mającym przyspieszyć sprzedaż pomp ciepła.
W Azji chiński producent układów pamięci debiutował na giełdzie z takim rozmachem, że jego notowania wystrzeliły o setki procent. Nvidia miała rozmawiać o przedsięwzięciach liczonych w setkach miliardów dolarów. Świat inwestował w sztuczną inteligencję, półprzewodniki, centra danych oraz technologię przyszłości.
Polska prawica inwestowała w usuwanie ludzi z grupy na WhatsAppie.
Różnica cywilizacyjna zaczyna się czasem od drobiazgu. Jedni budują fabryki chipów. Drudzy ustalają, czy Waldemar Buda może jeszcze oglądać zdjęcia z partyjnego grilla.
A my to czytamy.
To właśnie w tym miejscu kończy się wygodne narzekanie na polityków, a zaczyna niewygodna rozmowa o nas.
Bo polityczni hochsztaplerzy istnieją dzięki publiczności. Handlarz cudownym eliksirem długo nie postoi na rynku, jeśli nikt nie kupuje butelki. Tymczasem my kupujemy. Klikamy. Udostępniamy. Kłócimy się. Oglądamy transmisję na żywo człowieka wychodzącego z budynku, a potem panel sześciu ekspertów analizujących, dlaczego wyszedł lewymi drzwiami.
Przeczytamy dziesięć tekstów o tym, kto zdradził Kaczyńskiego, ale nie znajdziemy dziesięciu minut, żeby sprawdzić, kto odpowiada za lokalny szpital, szkołę albo plan zagospodarowania przestrzennego.
Narzekamy, że politycy kłamią, po czym wybieramy kłamstwo, które najlepiej pasuje do naszych uprzedzeń.
Jedni uwierzą, że Kaczyński oczyszcza prawicę dla dobra Polski. Drudzy, że Morawiecki właśnie narodził się jako umiarkowany europejski konserwatysta. Trzeci uznają, że każda prokuratorska informacja jest już wyrokiem. Czwartym wystarczy, że ich hochsztapler obraża właściwych ludzi.
Nie chcemy prawdy. Chcemy kłamstwa, które zwalnia nas z myślenia i pozwala poczuć się lepszym od sąsiada.
Dlatego politycy mogą zmieniać partie, hasła, fryzury, poglądy na Unię Europejską i liczbę skrzydeł ojczyzny. Wiedzą, że wyborca posiada pamięć krótszą niż reklama przed filmem, lecz urazę potrafi przechowywać przez trzy pokolenia.
Morawiecki zbuduje nową centroprawicę z ludzi, którzy jeszcze wczoraj budowali starą prawicę. Kaczyński ogłosi odnowę PiS przy pomocy polityków siedzących tam od czasów, gdy telefon służył głównie do dzwonienia. Obie strony nazwą się przyszłością. Obie będą miały ten sam majątek, tych samych działaczy, te same rachunki z przeszłości i tego samego Tuska jako uniwersalne wyjaśnienie wszystkich nieszczęść.
A my znów usiądziemy przed ekranem i będziemy oceniać, który z nich bardziej wiarygodnie udaje, że spotkał nas po raz pierwszy.
Poniedziałek trwał ledwie kilka godzin.
Morawiecki zdążył zostać europejskim centrystą. Kaczyński zdążył zostać reformatorem. Ludzie objęci śledztwami pozostali chwilowo tylko ludźmi objętymi śledztwami. Rosyjskie drony spadały, francuskie lasy płonęły, giełdy rosły, ropa taniała, a sztuczna inteligencja szykowała się do pochłonięcia kolejnych miliardów.
Jedynie naturalna inteligencja polskiego wyborcy ponownie została wystawiona na ciężką próbę.
Człowiek odłożył telefon, spojrzał na zimną kawę i poczuł zwykłą, ludzką złość. Nie dlatego, że politycy znowu kłamią. Politycy kłamią jak komary gryzą — taka ich konstrukcja, środowisko i metoda żywienia.
Wściekłość bierze się stąd, że wciąż ustawiamy im talerzyk. Kłamstwo nie rządzi dlatego, że jest genialne. Nie potrzebuje talentu, wykształcenia ani szczególnie sprawnej organizacji. Wystarczy mu polityk bez wstydu, kamera bez pamięci i obywatel, który każdego ranka mówi: zobaczmy, co też dzisiaj powiedział.
I klika.
Pod kotłem z głupotą właśnie zapala się kolejny palnik.

Dodaj komentarz