PONIEDZIAŁEK: MORAWIECKI DOSTAŁ 7,4 PROCENT, KACZYŃSKI ODZYSKAŁ POSŁA, A BOGACI KUPILI SOBIE HORYZONT

Warszawa

Poniedziałek dobiegł końca i można już powiedzieć, że ludzkość ponownie przetrwała dzień, choć nie wszędzie z jednakową godnością.

W Rumunii strzelano do rosyjskich dronów. W Berlinie opłakiwano ofiary zamachu. W Andach odśnieżano dachy i wyciągano ciężarówki z zasp. Na światowych rynkach ropa taniała po chwilowym uciszeniu rakiet, a sztuczna inteligencja szykowała się do przejęcia kolejnych obowiązków człowieka, najwyraźniej nie rozumiejąc jeszcze, że człowiek pozbył się ich głównie dlatego, że sam nie miał ochoty ich wykonywać.

W Polsce natomiast trwało wielkie liczenie.

Jarosław Kaczyński liczył, ilu ludzi zostało mu w partii. Mateusz Morawiecki liczył, ilu udało mu się wyprowadzić. Dziennikarze liczyli posłów, politolodzy mandaty, Rafał Bochenek godziny do wtorkowego zebrania, a Donald Tusk zapewniał, że nie będzie płakał po PiS, choć minę miał taką, jak człowiek, który właśnie usłyszał, że sąsiad wyprowadza się, lecz zostawia mu działkę i komplet narzędzi.

Obywatel także liczył. Głównie do dziesięciu, żeby nie rzucić telefonem o ścianę.

Pierwszy sondaż po rozłamie w PiS przyniósł wiadomość, że ewentualne ugrupowanie Mateusza Morawieckiego mogłoby zdobyć 7,4 procent głosów. PiS Jarosława Kaczyńskiego spadł do 17,3 procent, choć na początku lipca miał jeszcze 23,2.

Morawiecki oderwał więc prezesowi niemal sześć punktów, część działaczy, fragment klubu parlamentarnego i zapewne kilka serwetek z partyjnego kredensu.

Kaczyński chciał usunąć drzazgę, a amputował sobie meblościankę.

Były premier natychmiast wyrósł na potencjalnego rozgrywającego przyszłego Sejmu. Profesor Jarosław Flis wyliczył, że bez ugrupowania Morawieckiego prawica nie miałaby większości.

Jest to niezwykle polski awans. Jeszcze w piątek Morawiecki był zdrajcą, wichrzycielem i człowiekiem brutalnie wypchniętym z partii. W poniedziałek został już niezbędnym architektem przyszłej większości.

W naszej polityce do wielkości nie dochodzi się stopniowo. Wystarczy wyjść z właściwego budynku w towarzystwie czterdziestu posłów.

Morawiecki jeszcze nie ma partii, lecz posiada poparcie. Nie ma nazwy, ale ma sondaż. Nie ma struktur, lecz ma trasę po kraju. Nie ma wspólnego stanowiska swoich zwolenników, ale ma już rolę rozgrywającego.

To jak ogłosić sukces restauracji przed wynajęciem lokalu, ponieważ siedem procent ankietowanych odpowiedziało, że być może kiedyś spróbowałoby zupy.

Wynik 7,4 procent jest jednocześnie dobry i zły. Dobry, ponieważ pozwala wejść do Sejmu. Zły, ponieważ zmusza do wejścia do Sejmu z ludźmi, którzy przez ostatnie lata już w nim byli, a mimo to wielu wyborców oczekiwało czegoś nowego.

Morawiecki chce bowiem stworzyć świeżą ofertę z polityków, którzy zdążyli się zestarzeć przy poprzedniej.

To jak otworzyć sklep z nową odzieżą, wystawiając w witrynie te same marynarki, tylko odwrócone podszewką na zewnątrz.

Były premier zapewnia, że interesują go rozwój, przedsiębiorcy, samorządy, młodzież, inwestycje i nowoczesny konserwatyzm. Nie interesują go natomiast partyjne rozgrywki, choć od kilku miesięcy zajmuje się nimi z profesjonalizmem człowieka, który nie lubi hazardu, ale właśnie sprzedał mieszkanie, żeby kupić kasyno.

Kaczyński ma natomiast problem poważniejszy. Przez lata był właścicielem prawicy, jej administratorem, dozorcą, księgowym i jedynym człowiekiem uprawnionym do wydawania kluczy. Każdy, kto chciał funkcjonować po tej stronie polityki, musiał najpierw przyjść na Nowogrodzką, zdjąć czapkę i poczekać, aż prezes zdecyduje, czy kandydat nadaje się na patriotę.

Teraz prawica przypomina kamienicę po uwłaszczeniu lokatorów.

Morawiecki zajął parter. Konfederacja urządziła bar w piwnicy. Grzegorz Braun wszedł na strych, skąd krzyczy przez komin. PiS pozostał w salonie, ale brakuje mu części mebli, a Kaczyński chodzi po korytarzu i sprawdza, kto wyniósł telewizor.

Na Koalicję Obywatelską chciało głosować 30,1 procent badanych. Konfederacja miała 12,3 procent, partia Brauna około 10, Lewica 7. Pod progiem znalazły się Razem, PSL i Polska 2050.

Polska scena polityczna zaczyna więc przypominać autobus podczas gwałtownego hamowania. KO siedzi z przodu, PiS spada z siedzenia, Morawiecki łapie poręcz, Konfederacja przepycha się do kierowcy, Lewica kurczowo trzyma bilet, a PSL z Polską 2050 biegną za pojazdem i krzyczą, że przecież miały miesięczny.

Najbardziej niepokojące jest dziesięć procent Grzegorza Brauna. Co dziesiąty ankietowany uznał, że najlepszą odpowiedzią na skomplikowany świat jest człowiek, który widzi wszędzie spisek, zdradę, obcy interes albo gaśnicę wymagającą ideologicznego użycia.

Dziesięć procent to nie jest już grupa ekscentrycznych krewnych, których sadza się na końcu stołu podczas wesela.

To osobny stół, orkiestra i połowa oczepin.

Wszystko to wydarzyło się jeszcze przed wtorkowym posiedzeniem Komitetu Politycznego PiS, który ma formalnie rozstrzygnąć los buntowników. Prezes twierdził wcześniej, że sprawa jest zakończona. Najwyraźniej zapomniał, że w polskiej partii nic nie jest zakończone, dopóki nie odbędzie się zebranie, na którym wszyscy potwierdzą, że nie było o czym rozmawiać.

Pierwsze ruchy powrotne już się zaczęły. Poseł Grzegorz Lorek opuścił stowarzyszenie Rozwój Plus i wrócił do PiS.

To musiała być wyczerpująca emigracja polityczna.

Człowiek wyszedł z partii w piątek, spędził weekend na uchodźstwie, zobaczył kawałek wolnego świata i w poniedziałek powrócił do ojczyzny. Jeszcze chwila, a napisze pamiętniki: „Trzy dni poza prezesem. Moja walka o przetrwanie”.

Lorek nie tyle zmienił zdanie, ile wykonał manewr znany każdemu, kto w zatłoczonym autobusie przypadkiem wysiadł o jeden przystanek za wcześnie. Rozejrzał się, zobaczył, że pada, i wsiadł z powrotem.

Zapewne nie będzie ostatni. Politycy są zwierzętami stadnymi, ale stado wybierają dopiero po sprawdzeniu, gdzie znajduje się paśnik. Przez najbliższe tygodnie będziemy więc oglądać wędrówki posłów między Morawieckim a Kaczyńskim, podobne do ruchu wahadłowego podmiejskich busów.

Każdy będzie mówił o sumieniu. Każdy będzie myślał o miejscu na liście.

Równocześnie PiS ogłosił, że jego kandydatem na wicemarszałka Sejmu zostanie Marcin Ociepa. Partia od wyborów nie miała swojego przedstawiciela w prezydium, ponieważ większość sejmowa nie zgodziła się na Elżbietę Witek.

Ociepa jest kandydatem ciekawym. Umiarkowanym, spokojnym, potrafiącym zbudować zdanie bez natychmiastowego oskarżenia Niemiec, Tuska i cywilizacji zachodniej. Posiada więc zestaw cech, które w dzisiejszym PiS mogą zostać uznane za działalność frakcyjną.

Wysunięcie Ociepy przypomina próbę wejścia do eleganckiej restauracji po wcześniejszym rzucaniu krzesłami przed wejściem. PiS nagle odkrył, że można zaproponować kandydata, który nie wywołuje u połowy Sejmu odruchu obronnego.

Nie wiadomo, czy Ociepa uzyska poparcie. Wiadomo, że sama jego kandydatura pokazuje, iż nawet partia Kaczyńskiego potrafi wykonać ruch rozsądny, jeśli wszystkie nierozsądne zostały wcześniej przetestowane.

Donald Tusk, pytany o rozłam, powiedział:

„Ja nie będę płakał po PiS-ie, ale z całą pewnością nie ma się z czego cieszyć, jak widzimy, co się dzieje z najważniejszą, największą partią opozycyjną”.

Premier ma rację. Silna demokracja potrzebuje poważnej opozycji, która kontroluje rząd, przedstawia alternatywę, pilnuje instytucji i od czasu do czasu mówi coś mądrego przed upływem programu.

Polska otrzymała zamiast tego rodzinny serial o dziedziczeniu schedy po Kaczyńskim, emitowany codziennie, z powtórkami w weekend.

Tusk nie będzie płakał, ale może dyskretnie podsunąć chusteczki obu stronom. Rozłam prawicy jest dla niego politycznym prezentem, choć prezent przyniesiono bez paragonu i może się jeszcze okazać bombą z opóźnionym zapłonem.

Morawiecki mający 7,4 procent nie stanowi dziś zagrożenia dla KO. Morawiecki mający kilkudziesięciu posłów, zdolność koalicyjną i wizerunek człowieka bardziej umiarkowanego od Czarnka oraz mniej jarmarcznego od Konfederacji może nim zostać.

Na razie jednak były premier przeprowadza najważniejszą operację swojej kariery: próbuje oddzielić Mateusza Morawieckiego od ośmiu lat rządów Mateusza Morawieckiego.

To zabieg trudniejszy niż rozdzielenie bliźniąt syjamskich, ponieważ obie części używają tego samego garnituru i pamiętają te same konferencje prasowe.

Do operacji wkroczył również Jacek Kurski. Komentator „Rzeczpospolitej” nazwał go anty-Midasem, ponieważ czego dotknie, tego nie zamienia w złoto, lecz w materiał do drwin.

Kurski atakujący Morawieckiego to dla Morawieckiego znakomita reklama. Były premier może teraz mówić: „Spójrzcie, kto jest przeciwko mnie”, i połowa kampanii robi się sama.

Jacek Kurski posiada szczególny talent polityczny. Potrafi bronić sprawy w taki sposób, że zaczynają się jej wstydzić nawet ludzie, którzy wcześniej byli za. Gdyby został rzecznikiem lata, po tygodniu Polacy poprosiliby o listopad.

PiS chciał uderzyć w Morawieckiego, a wysłał Kurskiego. To jak próbować precyzyjnie usunąć drzazgę przy pomocy orkiestry wojskowej i spychacza.

Były prezes TVP przypomina człowieka, który przychodzi ugasić świeczkę za pomocą kanistra benzyny, a potem oskarża knot o eskalację.

Tymczasem prokuratura zajęła się ujawnieniem nagrań z przesłuchania Jarosława Kaczyńskiego. Sprawdza, kto opublikował materiały i czy doszło do naruszenia prawa.

Sama sprawa ma znaczenie, ponieważ przesłuchanie nie jest programem rozrywkowym, a akta postępowania nie powinny być dostarczane odbiorcom między prognozą pogody a reklamą suplementu na wątrobę.

Ale internet ma inną filozofię. Jeśli coś nagrano, musi zostać opublikowane. Jeśli nie wolno publikować, zainteresowanie rośnie. Jeśli wszczęto śledztwo w sprawie publikacji, materiał otrzymuje drugie życie, trzy omówienia i eksperta od mowy ciała, który wyjaśni, co Kaczyński naprawdę powiedział lewą brwią.

Współczesne państwo próbuje chronić tajemnicę postępowania w świecie, w którym człowiek fotografuje własne śniadanie, trasę biegu, wynik badań, dziecko, samochód, pogrzeb wuja i ekran komputera z widocznym hasłem.

Tajemnica procesowa ma szanse przetrwać mniej więcej takie jak kostka masła położona w lipcu na masce samochodu.

W gospodarce pojawił się natomiast pomysł, aby Polski Fundusz Rozwoju wszedł między Orlen i Synthos w projekcie małych reaktorów jądrowych we Włocławku.

Samo sformułowanie „PFR wejdzie między Orlen i Synthos” brzmi jak zapowiedź interwencji rodzinnego mediatora podczas sporu o działkę, tylko że działka jest warta miliardy, a w piwnicy ma powstać reaktor.

Projekt małego atomu jest Polsce potrzebny, ale w naszym kraju słowo „mały” przed wielką inwestycją nie powinno nikogo uspokajać. Mieliśmy już małe opóźnienia, niewielkie przekroczenia kosztów i drobne problemy organizacyjne, które kończyły się kwotą wystarczającą na zakup średniej wielkości województwa.

PFR ma uporządkować relacje między państwowym koncernem a prywatnym partnerem. Być może dzięki temu powstanie pierwszy reaktor. Być może powstanie następna spółka, rada nadzorcza, zespół sterujący, komitet koordynacyjny i prezentacja pokazująca, że reaktor znajduje się w zaawansowanej fazie koncepcyjnego zbliżania do realizacji.

Polska energetyka od lat przypomina człowieka budującego dom wyłącznie za pomocą wizualizacji. Ma już widok salonu, kolor elewacji, nazwę osiedla oraz film z drona. Brakuje fundamentów, przyłącza i domu.

Najwięcej energii produkujemy podczas konferencji o przyszłej produkcji energii.

Poza Polską świat również nie odpoczywał.

Rosyjskie drony nadal naruszały przestrzeń powietrzną Rumunii. Incydenty przestały być incydentami, ponieważ zaczęły występować regularniej niż niektóre autobusy. NATO reagowało, Rumunia protestowała, a Rosja konsekwentnie udawała, że urządzenia pojawiają się nad cudzym terytorium w wyniku naturalnych procesów atmosferycznych.

Rosyjski dron jest zjawiskiem podobnym do rosyjskiego turysty w czasach imperialnych. Wchodzi bez zaproszenia, rozgląda się, robi zdjęcia, a kiedy gospodarz protestuje, Moskwa pyta, dlaczego jest tak nieprzyjazny.

W Berlinie potwierdzono, że kobieta, która zginęła podczas ataku na Paradę Równości, była Polką.

Tu humor musi zamilknąć.

Człowiek wyszedł na ulicę, żeby uczestniczyć w święcie wolności, i stracił życie. Żadna ideologia, religia ani polityczny interes nie daje prawa do mordowania ludzi za to, kim są i z kim chcą iść przez miasto.

Dowcip można skierować jedynie przeciw tym, którzy zanim rodzina ofiary zdąży otrzymać pełne informacje, już ustawiają tragedię w swoim politycznym przekazie, wybierają winnego spośród ulubionych przeciwników i przygotowują pasek do telewizji.

Śmierć człowieka jest dla rodziny końcem świata. Dla cynicznego polityka bywa początkiem konferencji prasowej.

W Andach tymczasem śnieżyce odcięły przełęcze i uwięziły ciężarówki na granicy Argentyny z Chile. Maximiliano Torres odśnieżał dach restauracji w Puente del Inca, zapewne nie wiedząc, że został „zdjęciem dnia” w polskim newsletterze.

W Europie trwały pożary i fale gorąca, a po drugiej stronie świata ludzie zrzucali śnieg z dachów. Planeta wyraźnie próbuje nam coś powiedzieć, lecz ludzkość poprosiła, żeby przesłała krótszą wersję na TikToku.

Jedni stoją w wodzie z wężem strażackim. Drudzy w śniegu z łopatą. Trzeci nadal wyjaśniają, że zmiany klimatu są wymysłem, ponieważ w lutym musieli założyć kurtkę.

Donald Trump z kolei „przypomniał” historię, która się nie wydarzyła. Zapytał odbiorców, czy pamiętają opisywane przez niego zdarzenie, choć pamiętać go mogli jedynie ludzie wyposażeni w dostęp do prezydenckiej wyobraźni.

Trump nie kłamie w sposób zwyczajny. On wytwarza rzeczywistość na bieżąco, jak bajarz, który wszedł do archiwum państwowego i uznał, że dokumentom brakuje rozmachu.

Najpierw opowiada wydarzenie. Potem pyta: „Pamiętacie?”. Następnie miliony ludzi zaczynają się zastanawiać, czy rzeczywiście nie zapomniały. Po tygodniu powstaje film, mem, dyskusja ekspertów oraz grupa świadków, którzy doskonale pamiętają, choć wcześniej nie wiedzieli, że tam byli.

W epoce mediów społecznościowych pamięć nie służy już do przechowywania przeszłości. Służy do głosowania nad nią.

Na koniec dnia pojawił się jeszcze „landmaxxing” — nowy trend wśród najbogatszych, którzy kupują wielkie połacie ziemi, aby zapewnić sobie spokój, prywatność i odpowiedni dystans od innych ludzi.

Dawniej bogaty człowiek kupował duży dom. Potem ogrodzone osiedle. Następnie wyspę. Teraz nabywa fragment krajobrazu, żeby nie widzieć człowieka, który również posiada dom, ale kupił go na kredyt.

Landmaxxing jest naturalnym etapem rozwoju majątku. Najpierw człowiek chce mieć więcej rzeczy. Potem więcej miejsca na rzeczy. Na końcu chce mieć tak dużo miejsca, żeby nie widzieć nikogo, kto mógłby zapytać, skąd wzięły się rzeczy.

Najbogatsi kupują więc lasy, góry, doliny i dostęp do jeziora. Nie kupują ziemi pod dom. Kupują horyzont.

Zwykły obywatel także marzy o prywatności, lecz osiąga ją, kiedy dzieci wyjdą z kuchni, sąsiad przestanie wiercić, a algorytm przez pięć minut nie zaproponuje mu produktu, o którym rozmawiał przy wyłączonym telefonie.

Tak minął poniedziałek.

Morawiecki dostał 7,4 procent i został rozgrywającym, choć nie ma jeszcze partii. Kaczyński stracił prawie sześć punktów i posła, po czym posła odzyskał. KO prowadziła, Konfederacja czekała, Braun rósł, Lewica przekraczała próg, a PSL, Razem i Polska 2050 oglądały go od spodu.

Ociepa został kandydatem na wicemarszałka. Kurski zamienił atak na Morawieckiego w reklamę Morawieckiego. Prokuratura szukała autora przecieku. PFR wchodził między Orlen a Synthos. Rumunia strzelała do dronów. Andy tonęły w śniegu. Trump wspominał wydarzenia, których nie było, a bogaci kupowali sobie miejsce, w którym nie trzeba będzie słuchać biedniejszych.

Donald Tusk nie płakał po PiS.

Obywatel też nie płakał. Patrzył jedynie na sondaż i zastanawiał się, czy siedem nowych partii prawicowych oznacza siedem różnych programów, czy ten sam program podzielony przez ambicje siedmiu liderów.

Następnie wyłączył telefon. Nie dlatego, że świat stał się zrozumiały. Po prostu bateria miała trzy procent poparcia i jako jedyna tego dnia uczciwie przyznała, że długo nie pociągnie.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights