PONIEDZIAŁEK, CZYLI WSZYSCY ZACZYNAJĄ SYPAĆ

Warszawa

Poniedziałek ma tę przewagę nad niedzielą, że już niczego nie udaje. Niedziela jeszcze przebiera się za odpoczynek, rodzinę, rosół i chwilowe zawieszenie broni, natomiast poniedziałek od rana przychodzi z teczką, kalkulatorem i człowiekiem z prokuratury.

Dzisiejszy zaczął się wręcz podręcznikowo: Przemysław Kral zaczął sypać.

Według informacji Onetu szef zbankrutowanej Zondacrypto usłyszał zarzut udziału w oszustwie ogromnych rozmiarów, a prokuratura straty klientów szacuje na co najmniej 2,4 miliarda złotych. Paradoks polega na tym, że sam zarzut ma być elementem jego współpracy ze śledczymi. Kral od miesięcy negocjuje za pośrednictwem Romana Giertycha i Jacka Dubois swój procesowy los, a wiedzę ma podobno szczególnie ciekawą w dziedzinie przepływu pieniędzy ku politycznej prawicy.

W Polsce człowiek może więc stracić na kryptowalutach dwa razy. Najpierw pieniądze, a potem spokój przy oglądaniu wiadomości.

Zondacrypto robi się zresztą coraz mniej „crypto”. W kryptowalutach miało być przecież piękne to, że wszystko jest zdecentralizowane, anonimowe i poza kontrolą państwa. Tymczasem ostatecznie pojawia się prokurator, adwokat, protokół przesłuchania i facet, który zaczyna przypominać sobie, komu płacił.

Blockchain blockchainem, ale pamięć świadka koronnego jest technologią starszą i ciągle niezawodną.

Prawica może więc wejść w poniedziałek w lekkim napięciu. Kiedy bowiem człowiek przez lata widuje biznesmena na konferencjach, galach, imprezach i wydarzeniach patriotycznych, to jest on przedsiębiorcą. Kiedy przedsiębiorca zaczyna zeznawać, staje się nagle „osobą spotkaną raz przelotnie”.

Pod koniec tygodnia możemy się dowiedzieć, że połowa Warszawy znała Krala wyłącznie z widzenia, a druga połowa nigdy nie słyszała o kryptowalutach.

W Polsce zawsze są dwie połowy. Przy większym śledztwie — trzy.

Ale poniedziałek nie byłby poniedziałkiem, gdyby tylko prawica miała się czego bać. Ministerstwo Finansów postanowiło zadbać o równowagę ideologiczną i zabrało się za ryczałtowców.

Rząd szykuje zmiany, według których limit pozwalający korzystać z ryczałtu miałby spaść z 2 milionów euro do 250 tysięcy euro, a w części przypadków pojawić się ma także wyższa stawka. To na razie założenia, nie uchwalone prawo, ale kilkadziesiąt tysięcy przedsiębiorców może już zacząć ćwiczyć charakterystyczny polski ruch głową wykonywany po otwarciu pisma z urzędu skarbowego.

Rząd wcześniej zapowiadał, że na zmianach podatkowych skorzysta klasa średnia. I zapewne skorzysta. Zwłaszcza jeśli wcześniej przestanie być przedsiębiorcą.

Polska reforma podatkowa przypomina bowiem kołdrę w małżeńskim łóżku. Żeby przykryć jednego, trzeba odsłonić drugiego. Premier pokazuje więc obywatelowi dodatkowe 300 zł miesięcznie, minister finansów dyskretnie zagląda przedsiębiorcy do kieszeni, a następnie wszyscy spotykają się na konferencji pod hasłem „sprawiedliwość”.

Sprawiedliwość fiskalna polega przede wszystkim na tym, że każdy kiedyś dostaje swoją kolej.

W Kijowie tymczasem zbiera się dziś „koalicja chętnych”. Sama nazwa jest cudowna. Europa doszła najwyraźniej do etapu, w którym gotowość do obrony Ukrainy trzeba już wpisywać do nazwy organizacji, żeby przypadkiem nikt nie pomylił jej z koalicją niechętnych, umiarkowanie zainteresowanych albo takich, którzy chętnie pomogą, ale po wyborach.

Do Kijowa przyjeżdżają przywódcy europejscy, a spotkaniu współprzewodniczą Emmanuel Macron, Friedrich Merz i nowy brytyjski premier Andy Burnham. To zresztą pierwsza zagraniczna podróż Burnhama od objęcia urzędu 20 lipca. Wielka Brytania ma przy tej okazji wesprzeć Ukrainę w rozwoju produkcji pocisków dalekiego zasięgu poprzez udostępnienie informacji dotyczących brytyjskich komponentów systemu SCALP.

Ukraina obchodzi dziś 35. rocznicę niepodległości i trudno o bardziej ponure przypomnienie, czym niepodległość właściwie jest. Dla nas to słowo wypisywane na transparentach, dla Ukraińców od czterech lat jest to rzecz, którą trzeba codziennie od nowa udowadniać rakietami, dronami i pogrzebami.

Tu dowcip na chwilę odpada.

Ale tylko na chwilę, ponieważ w Polsce mamy nadal chlebowość. A chlebowość to rzecz poważna.

Po katastrofie raportu „Polaków portret własny” Onet próbował ustalić, kto właściwie wymyślił „tradycyjną chlebowość” jako element narodowego DNA. Okazuje się, że koncepcje rodziły się między innymi podczas warsztatów z pracownikami krakowskiej spółki miejskiej i na spotkaniach w hotelu Sobieski, ale dziś — rzecz znamienna — nikt nie chce być ojcem chlebowości.

To niesprawiedliwe.

Naród, który przez tysiąc lat jadł chleb, zasługuje przecież, żeby ktoś wreszcie odkrył, że jest chlebowy.

Za kolejne dwieście tysięcy można zapewne ustalić, że Polska charakteryzuje się również ziemniaczanością, schabowością oraz głębokim pierogowym komponentem tożsamościowym.

Potem wystarczy znaleźć zagranicznego inwestora zainteresowanego bigosem i marka narodowa właściwie gotowa.

Na tym tle Karol Nawrocki dzielnie walczy z medyczną szarlatanerią. Prezydent skierował uchwalone „Lex Szarlatan” do Trybunału Konstytucyjnego i zaproponował własny projekt. Prof. Mikołaj Małecki z UJ ocenił tę propozycję słowami, które trudno poprawić felietoniście: „niepoważny, kazuistyczny gniot”, wskazując między innymi, że konstrukcja przepisu może pozostawiać szarlatanom bardzo wygodne drogi obrony.

To niezwykły moment w historii ustawodawstwa.

Projekt mający zwalczać szarlatanów został przez prawnika uznany za szarlatański.

Koło się zamknęło, pacjent może wracać do domu.

A jeśli będzie mu źle, pozostaje Ziołowa Magia. W szpitalu w Miastku, który ma około 55 milionów złotych długu, piętnastu prezesów w historii ostatnich lat i pracowników czekających na wynagrodzenia, pojawił się jeszcze wątek dyrektorki związanej biznesowo z marką oferującą rozmaite preparaty ziołowe. Onet opisał ten szpital jako galerię zarządczych absurdów, przy której część scenariuszy Barei wygląda jak dokument szkoleniowy OECD.

Piętnastu prezesów. To już nie zarządzanie szpitalem. To casting.

W Świętokrzyskiem z kolei trzeszczy miejscowy bastion PiS, gdzie część działaczy mówi o „imperium Anny Krupki na glinianych nogach”.

Bardzo lubię polskie imperia. Zazwyczaj obejmują trzy powiaty, cztery komitety terenowe i człowieka, który ma kuzyna w radzie nadzorczej.

Ale słowo „imperium” brzmi lepiej. Napoleon też od czegoś zaczynał.

I tak właśnie weszliśmy w poniedziałek. Kral zaczyna mówić, politycy zaczynają nie pamiętać, Ministerstwo Finansów zaczyna liczyć, przedsiębiorcy zaczynają się bać, Europa zaczyna obradować, prezydent zaczyna poprawiać ustawę, a Polska nadal próbuje ustalić, kto wymyślił jej chlebowość.

Czyli wszystko wróciło do normy. Weekend był krótką przerwą techniczną. Polska została ponownie uruchomiona. Na razie działa, ale system już wyświetla komunikat:

„Dostępne są aktualizacje. Nie wyłączaj państwa”.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights