
Poniedziałek 31 sierpnia wypada zacząć nie od kolejnej afery, wojny ani sztucznej inteligencji, lecz od trzech krzyży stojących przed Stocznią Gdańską. Mija dziś 46 lat od podpisania Porozumienia Gdańskiego. Lech Wałęsa, jak co roku, wraca pod Pomnik Poległych Stoczniowców, składane są kwiaty, otwierana jest historyczna Brama nr 2 i przez chwilę można sobie przypomnieć, że Polska potrafiła kiedyś dokonać rzeczy niezwykłej bez aplikacji, spin doktorów, influencerów i kampanii w mediach społecznościowych.
W sierpniu 1980 roku nie było nawet internetu, a mimo to ludzie zorientowali się, że są niezadowoleni. To dopiero musiały być czasy.
Było za to 21 postulatów, strajkujący robotnicy, intelektualiści, drukowane biuletyny i władza, która miała czołgi, milicję, partię oraz telewizję, a mimo to została zmuszona do podpisania porozumienia ze społeczeństwem. Lech Wałęsa i wicepremier Mieczysław Jagielski podpisali je 31 sierpnia 1980 roku w sali BHP stoczni. Władza zgodziła się między innymi na niezależne związki zawodowe, prawo do strajku i ograniczenie cenzury.
Czterdzieści sześć lat później największą ironią losu pozostaje chyba samo słowo solidarność. Związek zawodowy ma jedną Solidarność, Wałęsa swoją, prawica własną, liberałowie swoją, historycy jeszcze inną, a kiedy przychodzi do rozmowy o wspólnym interesie, każdy zabiera transparent i staje po swojej stronie płotu.
Być może właśnie dlatego warto zobaczyć dziś Wałęsę pod pomnikiem, nawet jeśli człowiek może mieć wobec niego tysiąc zastrzeżeń. Jest tam bowiem coś większego od dzisiejszych sporów o Wałęsę. Starszy człowiek wraca w miejsce, w którym jako elektryk został symbolem ruchu liczącego później około dziesięciu milionów ludzi, i kładzie kwiaty pod pomnikiem robotników zabitych dziesięć lat wcześniej przez komunistyczne państwo.
Można oczywiście natychmiast rozpocząć dyskusję o teczkach, charakterze, błędach, prezydenturze, ego i tym, kto był ważniejszy. My potrafimy skłócić się nawet przy pomniku ludzi, którzy zginęli, ponieważ wcześniej nie mogli się legalnie skłócić z władzą.
Na tym polega postęp.
Rocznica ma jeszcze jedną wartość, szczególnie dzisiaj. „Solidarność” nie narodziła się dlatego, że wszyscy uczestnicy strajku mieli identyczne poglądy. Wprost przeciwnie. Łączyła ludzi religijnych i świeckich, robotników i profesorów, konserwatystów, socjalistów, liberałów i takich, którzy nie wiedzieli, jak się nazywa ich doktryna, ale wiedzieli, że w sklepie nie ma mięsa. Wielkość polegała właśnie na tym, że przez moment uznano różnice za mniej ważne od wspólnego celu.
Dzisiaj zbudowalibyśmy zapewne cztery Międzyzakładowe Komitety Strajkowe, każdy miałby własny podcast, a po trzech dniach rozpoczęłaby się dyskusja, który prawdziwie reprezentuje naród.
Z Gdańska przechodzimy jednak szybko do współczesności, gdzie solidarność ma dziś również bardzo konkretny wymiar finansowy. Nauczyciele zbierają się przed Kancelarią Premiera, domagając się powiązania swoich wynagrodzeń ze średnią płacą w gospodarce. ZNP przypomina, że obywatelski projekt w tej sprawie od lat leży w Sejmie, a zapowiadane podwyżki nie rozwiązują problemu odpływu ludzi z zawodu.
Historia wykazuje tu pewne poczucie humoru. Rano składamy kwiaty pod pomnikiem ruchu, który wyrósł między innymi z żądania godnego traktowania ludzi pracy, a kilka godzin później nauczyciele jadą do Warszawy przypomnieć państwu, że „godne traktowanie” ma również rubrykę na pasku wynagrodzenia.
Państwo bardzo lubi nauczyciela symbolicznego. Nauczyciel symboliczny wychowuje naród, kształtuje przyszłość i niesie kaganek oświaty. Problem zaczyna się wtedy, kiedy nauczyciel rzeczywisty zagląda do bankowości elektronicznej.
Wtedy okazuje się, że kaganek powinien być energooszczędny.
Do tego wszystkiego Onet proponuje dziś rozmowę z profesorem Grzegorzem Motyką o Wołyniu. Po niedzielnym pogrzebie szczątków 55 Polaków zamordowanych w Ostrówkach i Woli Ostrowieckiej temat nie jest akademicki. Motyka stawia tezę, że rozliczenie Ukrainy z kultem UPA i jednoznaczne potępienie ludobójczej czystki etnicznej powinno należeć do warunków jej wejścia do Unii Europejskiej. Nie jako polska zemsta, lecz jako element europejskiego minimum aksjologicznego.
To argument, którego nie należy zbywać ani nacjonalistycznym wrzaskiem, ani równie niemądrym przekonaniem, że skoro Ukraina walczy dziś z rosyjską agresją, to historię trzeba schować do szuflady.
Można jednocześnie chcieć zwycięstwa Ukrainy i uważać, że mordowanie kobiet oraz dzieci nie powinno być elementem narodowej legendy.
Ta zdolność do utrzymania dwóch myśli naraz jest wprawdzie w polityce rzadka, ale właśnie dlatego należy ją pielęgnować.
Zresztą przyda się za chwilę, bo drugim wielkim tematem poranka jest sztuczna inteligencja. Profesor Dawid Kielak, matematyk z Oksfordu, przestrzega w rozmowie z Onetem przed lekceważeniem jej możliwości. Jego zdaniem szczególnie niemądre jest kategoryczne zapewnianie, że AI czegoś „nigdy” nie będzie potrafiła. Wskazuje, że systemy osiągają już imponujące wyniki również w matematyce i że niektóre zawody zostaną gruntownie przebudowane, a część może zniknąć.
To miłe uzupełnienie naszych ostatnich narodowych debat, w których jedna strona uważa AI za Mesjasza, druga za azbest, a trzecia właśnie poprosiła ją o napisanie obu stanowisk.
Kielak ma rację przynajmniej w jednym zasadniczym punkcie: nie wiemy, gdzie znajduje się granica możliwości tej technologii. Wyśmiewanie jej dlatego, że dzisiejszy model czasem bredzi, może się okazać równie przenikliwe jak przekonanie sprzed trzydziestu lat, że internet będzie głównie miejscem wymiany przepisów i zdjęć kotów.
Internet rzeczywiście został miejscem wymiany zdjęć kotów.
Tylko przy okazji zmienił handel, politykę, media, bankowość, rozrywkę, komunikację i sposób, w jaki ciotka obraża kuzyna na Facebooku.
Najciekawszy dowód na możliwości AI dostarczył nam zresztą tej nocy Donald Trump. Stany Zjednoczone uderzyły w dwie irańskie wyrzutnie rakietowe na wyspie Larak, Iran odpowiedział ogniem, ale prezydent USA poszedł w internecie krok dalej i opublikował wygenerowany przez AI film przedstawiający eksplozje na wyspie Kharg. Trump napisał, że wyspa jest obracana w perzynę, choć Reuters nie znalazł potwierdzenia, że taki atak rzeczywiście nastąpił.
Trudno o lepszą ilustrację problemu.
Profesor z Oksfordu zastanawia się, czy sztuczna inteligencja przewyższy człowieka w matematyce.
Prezydent Stanów Zjednoczonych sprawdza, czy może przewyższyć rzeczywistość w bombardowaniu. AI zdała egzamin. Pozostają wątpliwości wobec użytkownika.
I to właśnie jest chyba poważniejszy problem niż pytanie, czy maszyna kiedyś zacznie myśleć. Już dziś potrafimy stworzyć niezwykle przekonujący obraz wydarzenia, którego nie było, a następnie rozpowszechnić go z konta człowieka dysponującego arsenałem atomowym.
Jeszcze niedawno propaganda polegała na kłamaniu o faktach. Teraz można sobie również fakty wygenerować.
Żeby poniedziałek nie był wyłącznie geopolityczny, „The Telegraph” przygotował listę pięćdziesięciu najlepszych książek wszech czasów, którą Onet uprzejmie nam podsuwa. Na liście znajdują się Homer, Dante, Cervantes, Tołstoj, Joyce i Olga Tokarczuk. Każdy poważny czytelnik może więc od rana sprawdzić, jak bardzo jest niepoważny.
Uwielbiam takie zestawienia, ponieważ mają znakomity wpływ na samoocenę. Człowiek widzi pięćdziesiąt książek, odkrywa, że przeczytał kilkanaście, kilka rozpoczął, jedną kupił i od siedmiu lat trzyma przy łóżku, a następnie podejmuje stanowczą decyzję, że od dzisiejszego wieczoru zaczyna nowe życie.
Wieczorem ogląda serial. Literatura jednak nie obraża się tak łatwo jak polityka i spokojnie czeka.
Poniedziałek ma także akcent sportowy. US Open zaczęło się sensacyjnie: Novak Djoković odpadł już w pierwszej rundzie po pięciosetowym meczu z Mariano Navone, a Iga Świątek przygotowuje się dziś do swojego pierwszego spotkania z Xiyu Wang.
Upadek Djokovicia ma swoją wartość filozoficzną. Człowiek może zdobyć 24 tytuły wielkoszlemowe, być przez lata niemal niepokonany, a potem przychodzi poniedziałek i jakiś Argentyńczyk przypomina mu, że statystyka nie podpisała umowy na wieczność.
To akurat lekcja przydatna również politykom.
I tak wchodzimy w ostatni dzień sierpnia. W Gdańsku Wałęsa wraca pod pomnik ludzi, od których zaczęła się historia polskiej wolności. W Warszawie nauczyciele przypominają, że wolność nie zwalnia państwa od płacenia rachunków. Profesor Motyka domaga się uczciwości wobec historii, profesor Kielak radzi nie lekceważyć przyszłości, a Donald Trump przy pomocy sztucznej inteligencji pokazuje, że teraźniejszość także wymaga ostrożności.
To nawet nie jest zły zestaw na poniedziałek.
Czterdzieści sześć lat temu ludzie w stoczni udowodnili, że system uchodzący za niezwyciężony może ustąpić, jeśli wystarczająco wielu ludzi zacznie myśleć i działać wspólnie.
Dzisiaj, kiedy mamy do dyspozycji sztuczną inteligencję, satelity, internet, algorytmy i moc obliczeniową niewyobrażalną dla uczestników tamtego strajku, dobrze byłoby zachować choć odrobinę ich najbardziej staroświeckiej technologii.
Rozsądek, odwagę i zdolność rozmawiania z człowiekiem stojącym obok.

Dodaj komentarz